Wspólna lista
Wspólna lista. Modny temat wrócił na agendę. Co z tego będzie?
Będąca modnym tematem w kampanii przed wyborami w 2023 r. jedna lista właśnie powróciła na agendę. Jej wielkim zwolennikiem jest Donald Tusk i – jak słyszę od jednego z jego bliskich współpracowników – premier jest przekonany, że tym razem powstanie, bo to jedyna droga do utrzymania władzy przez koalicję 15 października. Rozmowy z PSL są zaawansowane, bo ludowcy, choć oficjalnie wciąż bajają o samodzielnym starcie „w koalicji z samorządowcami, rzemieślnikami”, to za zamkniętymi drzwiami uczciwie oceniają swoje możliwości (istnieją pojedyncze sondaże, w których zbliżają się do progu wyborczego).
Na horyzoncie nie widać też nikogo, z kim PSL mógłby połączyć siły, jak choćby trzy i pół roku temu, kiedy też szykowano się na wspólny z KO start, ale ostatecznie sprzymierzono się z Szymonem Hołownią, co dla Tuska było sporym i nieprzyjemnym zaskoczeniem. Trzecia Droga odniosła wówczas sukces, ale dziś nie ma jej z czego złożyć. Na pokład zostanie też wzięta Unia Centrum oraz Polska 2050, choć nie cała formacja, istniejąca pozornie, bo to środowisko dawno temu uległo atomizacji, ale konkretni posłowie, którzy dzięki swojej osobistej popularności w regionie mogą jesienią 2027 r. przynieść w wianie głosy wyborców.
Negocjacje są bardziej skomplikowane w przypadku Nowej Lewicy, która według sondaży sama wchodzi do Sejmu. Najbardziej pożądanym scenariuszem byłyby wspólny start z Razem, jako drugi, obok centroprawicowego, blok demokratów, ale na takie wyborcze porozumienie utracono już nadzieję. Stąd od kilku tygodni ludzie Czarzastego ostro atakują formację Zandberga, zarzucając jej i lenistwo, i niepraktyczne pięknoduchostwo. Wspólna z KO i ludowcami lista szczególnego entuzjazmu nie budzi. Niektórzy twierdzą, że będzie to równoznaczne z wyprowadzeniem przez marszałka Sejmu sztandaru Nowej Lewicy.