Lewe spory
Lewicowa wojna nad i pod progiem. Skończyła się polityka miłości, a wiosną się zobaczy
„Partio Razem, wasza obecność w tych ławach [Sejmu] polskiemu pracownikowi nie przynosi dokładnie nic. Od wielu lat każdego miesiąca każdy z was pobiera kilkanaście tysięcy złotych i z tych pieniędzy polski pracownik nie ma dokładnie nic. (…) W imieniu milionów ciężko pracujących ludzi w Polsce mam dla was jeden komunikat: do roboty!”.
Te słowa to zaledwie końcówka płomiennego przemówienia, które wygłosiła w Sejmie 6 października ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Była to odpowiedź na zarzuty lidera Razem Adriana Zandberga w sprawie planowanej przez rząd na 2027 r. bardzo nieznacznej podwyżki płacy minimalnej. Dziemianowicz-Bąk z mównicy wyliczała ważne dla lewicowych wyborców zmiany przyjęte przez obecny rząd – takie jak reforma Państwowej Inspekcji Pracy, zniesienie bezpłatnych staży, wzmocnienie związków zawodowych czy wolna Wigilia – podkreślając, że to wszystko wprowadził rząd bez udziału partii Razem.
Skąd te emocje? „Po prostu stwierdziliśmy, że nie będziemy [jak do tej pory] nadstawiać drugiego policzka i na zaczepkę i atak Adriana Zandberga Agnieszka odpowiedziała. I partia Razem musi się do tego przyzwyczaić” – tłumaczył dzień później w Polsat News rzecznik Nowej Lewicy Łukasz Michnik. Według niego zaraz po tym, jak w październiku 2024 r. działacze Razem wyszli z klubu Lewicy, zaczęli traktować Nową Lewicę jak największego wroga. „My to znosiliśmy. Mówiliśmy: chodźmy razem, mamy podobne ideały, załatwiajmy razem sprawy. Dziś stało się coś innego” – tłumaczył Michnik, sugerując, że przed nami czas ostrego sporu dwóch lewic. Zielone światło dał kilka dni wcześniej podczas posiedzenia rady krajowej Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty. Wcześniej w partii panowało nieformalne zawieszenie broni i przykaz, by na zaczepki ze strony Razem nie odpowiadać.