Kultura

Dlaczego Marek Hłasko wciąż tak fascynuje?

Marek Hłasko Marek Hłasko EAST NEWS
Dziś minęło 50 lat od śmierci Marka Hłaski. Ciągle dużo pisze się o jego życiu, romansach, śmierci i imprezach w Kameralnej, ale czy wraca się do jego twórczości?

Umarł w Niemczech, w Wiesbaden, mając 35 lat (szczyt jego kariery przypadł na czas, kiedy miał dwadzieścia kilka). Prawdopodobnie przedawkował środki nasenne. Miał już kupiony bilet do Izraela, gdzie chciał spotkać się z Esther. Umarł kilka miesięcy po Krzysztofie Komedzie, którego śmierć obrosła legendą. Pisała o niej ostatnio Magdalena Grzebałkowska w biografii muzyka. W październiku 1968 r. w Los Angeles odbyło się feralne przyjęcie u Komedy, w czasie którego Hłasko i Frykowski się pokłócili, a Komeda spadł ze skarpy, kiedy Hłasko próbował go objąć. Hłasko zmagał się potem z potwornym poczuciem winy. „Moje życie to przeklęta bzdura, Jeden Wielki Żart – to już o mnie wszystko” – pisał gorzko do Sonji Ziemann.

Wszyscy kochali się w Hłasce

W ostatnich latach, jeśli pisało się o Hłasce, to głównie o jego życiu. Wyszła korespondencja z bliskimi, kolejne listy miłosne, choćby do panny Czaczkes, czyli Agnieszki Osieckiej: „Jeszcze trochę czekaj. Jeszcze trochę. Jeszcze, jeszcze. Ja też nie jestem szczęśliwy. Czekaj, czekaj”.

Z perspektywy widać, że wszyscy się w nim kochali, i kobiety, i mężczyźni – przede wszystkim pisarze Jerzy Andrzejewski i Wilhelm Mach. We wspomnieniach powracał jako twardy typ z Kameralnej. Roman Śliwonik wspominał, że ich znajomość zaczęła się od picia i planowanej bójki. „Otworzył nam oczy – pisał Henryk Grynberg. – Odtąd każdy chciał być Hłaską”. Nie tylko pisać jak on, ale być jak on. A w „Uchodźcach” tak go sportretował: „Pojawiał się około północy jak duch. Latem w szoferskiej skórze, zimą w szoferskim kożuchu. Wszyscy cisnęli się do baru, żeby zobaczyć, usłyszeć, otrzeć się. Przez niego w Kameralnej zawsze brakowało miejsc. Tylko najodważniejsi ośmielali się do niego odezwać, bo kto się głupio odezwał, dostawał w zęby. No i snoby, którym wszystko imponowało. – Widziałeś, jak mi Hłasko dał w zęby?”.

Czytaj także: Spadkobierca Marka Hłaski

Pierwsze, nieudane dzieła Hłaski

W 2015 r. w Wydawnictwie Iskry ukazał się jego odnaleziony utwór „Wilk”. Okazało się, że przez tyle lat nikt nie zaglądał do maszynopisów, a przecież powstawały kolejne książki o Hłasce. Kiedy czyta się „Wilka”, czytelnik dałby głowę, że pisał to chłopak z Marymontu, warszawski łobuz z nizin społecznych. A tymczasem Hłasko urodził się, owszem, w Warszawie w 1934 r., ale w rodzinie inteligenckiej, ojciec był prawnikiem, matka urzędniczką.

Tuż po wojnie matka z ojczymem przeprowadzili się do Wrocławia, a Hłasko krążył między Wrocławiem a Warszawą, zaczynał szkoły, usuwano go, w końcu jako 16-latek przerwał naukę i zatrudnił się najpierw w stoczni rzecznej, a potem w bazie w Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie pracował przy zwózce drzewa. Kiedy matka przeniosła się w 1951 r. do Warszawy, Marek też tu wrócił. Pracował jako kierowca i korespondent robotniczy „Trybuny Ludu”. No i wtedy właśnie zaczął myśleć poważnie o pisaniu. „Nie miałem jednak gdzie. – wspominał w „Pięknych dwudziestoletnich”. – Poprosiłem moją matkę, aby posprzątała kuchnię, i w trzy noce napisałem dwustustronicową powieść. Tę powieść przeczytał Bogdan Czeszko. Napisał, że książka do niczego, ale jego zdaniem powinienem próbować dalej”.

Ta pierwsza, nieudana powieść to była właśnie „Sonata marymoncka”. Nie podobała się też Newerlemu, który był opiekunem młodych w Związku Literatów Polskich, ale stała się zalążkiem późniejszych tekstów: przede wszystkim „Bazy Sokołowskiej”, opowiadania, którym Hłasko zadebiutował w prasie. W 1954 r. drukował je w odcinkach „Sztandar Młodych”. Prawie nikt nie wiedział, że oprócz „Sonaty” na początku lat 50. powstała jedna książka, właśnie „Wilk”, który przepadł w wydawnictwie, a i sam Hłasko nie był z niego zadowolony.

Hłasko umiał uchwycić polską mentalność

Iwaszkiewicz uważał, że pod brutalnością Hłaski kryje się natura delikatna i czuła, i tak go należy czytać. Rozterki jego bohaterów, którzy najpierw modlą się do kobiet, a potem nazywają je dziwkami – brzmią dzisiaj sztucznie, bohaterowie, którzy za wszelką cenę muszą sprawdzić się jako mężczyźni – też należą do innego świata. Z drugiej strony Hłasko potrafił wychwycić polską niedojrzałość, rozedrganie emocjonalne, które jest aktualne: „Polacy to naród tragiczny: używają słowa ojczyzna tak często jak słowa kurwa”, pisał w opowiadaniu „Targ niewolników”. Hłasko miał też świetny słuch, co widać w dialogach. Potrafił zatrzeć wrażenie, że oto chłopak z inteligenckiej rodziny podsłuchuje robotników. Bardzo umiejętnie od początku budował swoją legendę literacką – prostego chłopaka, swojskiego łobuza z przedmieścia.

Legenda biograficzna przysłoniła z czasem jego twórczość. Kolejne pokolenia nie rozumieją już cytatów z „Pięknych dwudziestoletnich”. Wzór męskości, do którego sam aspirował i który reprezentowali jego bohaterowie – odchodzi w przeszłość. Tymczasem warto wrócić do jego debiutanckiego tomu, który wznowiły niedawno Iskry: „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”.

Czytaj także: Hłasko znalazł wielbicieli w Ameryce

Tańczymy kankana na wulkanie...

Otwieram opowiadanie „Finis perfectus”, a tam wywód bohatera, którego ponura wymowa brzmi dziś bardzo mocno: „Tańczymy kankana na wulkanie. Jesteś pan takim samym głupcem jak wszyscy: dziś każdy człowiek jest tylko głupcem. Czy pan się łudzi, że pan o tym nie myśli? Myli się pan. Wszyscy o tym myślimy. Biedna, zasrana ludzkość. Świat za daleko zabrnął w zbrodnie, aby cokolwiek mogło powstrzymać szalone ręce. Pan myśli, że uda się cokolwiek napisać? Pan myśli, że panu uda się kogoś wzruszyć? Biedny głupcze. Dzisiaj żadne ludzkie cierpienie nie ma formatu. Miłość. Ból. Zazdrość. Nadzieja. To suche patyczki: można je przesadzać, lecz na żadnym z nich nie zakwitnie nic zielonego. (...) Dziś świat cały jest martwym domem”.

Bo to, co się w tych opowiadaniach nie zestarzało, to obraz tego „skulfonionego” życia, które przynosi rozczarowanie. I żadnego optymizmu. Za to są świetne dialogi i obserwacje. Choćby takie jak początek opowiadania „Dwaj na drodze”: „W naszym życiu nie tylko ludzie opuszczają nas i odchodzą. Opuszczają nas także słowa, pojęcia, które z czasem stają się blade i martwe: czas odbiera im siłę i treść. Jeśli po latach napotykamy je, są jak dawno odlane maski i nie możemy w nich poznać niczego, co nas kiedyś wzruszyło lub przyprawiło o gniew. Istnieją słowa – zaklęcia, słowa – pieśni, słowa silne jak nadzieja, lecz istnieją także słowa – wyroki. Takim słowem jest rajzer”.

Po takim początku chce się czytać dalej.

Czytaj także: Literacki kanon na 100-lecie niepodległości

Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną