Kultura

Ewa Demarczyk (1941–2020). Gwiazda, która się wycofała

Ewa Demarczyk (1941–2020) Ewa Demarczyk (1941–2020) Wikipedia
Nie żyje Ewa Demarczyk, od dawna wielka nieobecna polskiej sceny muzycznej. Jej bezkompromisowe podejście do sztuki jednych fascynowało, innych odrzucało. Co do wielkości nie spierał się nikt.

Nie ma zestawienia największych polskich płyt wszech czasów bez czarnego krążka z prostym tytułem „Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego”, pod którym kryje się kwintesencja polskiej piosenki w artystycznej, poetyckiej wizji. Wiersze Białoszewskiego, Tuwima czy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w finezyjnej oprawie i brawurowym wykonaniu wokalistki, która była – jak pisał Stanisław Dygat – „sama sobą wypełniona w nadmiarze”. Ekspresja wokalna zaprowadziła ją z Piwnicy pod Baranami na największe światowe sceny: do Paryża i Nowego Jorku. Utwór „Czarne anioły” przyniósł jej w 1963 r. nagrodę na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu podczas jego pierwszej edycji. Posypały się natychmiast porównania z Édith Piaf. A konferansjer festiwalu Lucjan Kydryński nazwał Demarczyk Czarnym Aniołem.

Dorota Szwarcman: Fenomen Ewy Demarczyk. Wiedziała, co chce przekazać

„Zapala się światło moje”

Urodzona w Krakowie w 1941 r. Demarczyk miała ambicje aktorskie – skończyła miejscową Akademię Sztuk Teatralnych. I prowadząc karierę muzyczną, z teatru właściwie do końca nie wyszła. Magnetyzm, wyjątkowa obecność sceniczna, niezwykła umiejętność koncentrowania uwagi na własnej osobie – to wspominali uczestnicy koncertów polskiej artystki. Po wykonaniach piosenek na żywo zapadała długa, nabożna cisza, dopiero później wybuchały brawa. Niezależnie od tego, czy słuchała publiczność krajowa, czy zagraniczna. Krytyk „New York Timesa” pisał wręcz, że dzięki swojej ekspresji i wrażliwości Demarczyk potrafiła się wznieść poza barierę językową.

„To jest wzajemne branie i wzajemne dawanie. Jak gasną światła, to zapala się światło moje, którego nie widać, ale ono jest i ludzie to czują” – mówiła Demarczyk w jednym z wywiadów, których w miarę upływu czasu udzielała coraz mniej. Dyskografia też nie rosła (drugi album zatytułowany „Ewa Demarczyk”, z piosenką „Rebeka”, ukazał się w Związku Radzieckim w 1975 r., później była jeszcze płyta koncertowa w 1981 r.), nawet koncertów, począwszy od lat 80., przybywało już wolniej. Przez kilkanaście lat wokalistka prowadziła w Krakowie Państwowy Teatr Muzyki i Poezji, który w końcu po przejściach administracyjnych i problemach z własnością budynku straciła – został połączony z Teatrem Ludowym. Ona sama zupełnie znikła ze sceny. Od 20 lat praktycznie nie udzielała się publicznie, jej działalność muzyczna ograniczała się – jak twierdzili dobrze poinformowani – do prowadzenia warsztatów wokalnych za granicą.

Mieszkała w Wieliczce. Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze, autorki pracujące nad jej biografią „Czarny Anioł”, nie zdołały przekonać bohaterki do rozmowy, za to w archiwum Teresy Torańskiej znalazły wiele mówiącą, gorzką notatkę z rozmów z Demarczyk: „Ja się na ludziach zawiodłam”.

Wyrozumiała dla ludzi, dla muzyków bezwzględna

Co było powodem takiego stosunku do świata? Na pewno życiowe perypetie związane z teatrem, prawdopodobnie także przejścia życiowe: Demarczyk dwukrotnie wychodziła za mąż, pierwszy związek nie potrwał długo, a jej kolejny partner wylądował w więzieniu. Wszystko również wskazuje na to, że legendarna wykonawczyni „Karuzeli z madonnami”, która znalazła się w pierwszej dziesiątce czytelniczego plebiscytu „Polityki” „Piosenkarki, piosenkarze i zespoły XX wieku”, nie bardzo odnajdywała się na zmieniającej się scenie muzycznej, a może coraz bardziej już – muzycznym rynku.

Demarczyk nie znosiła playbacku. Miała też wygórowane wymagania sceniczne – liczyła się nie tylko jakość, ale i kolor fortepianu. Była twardą partnerką w pracy nad repertuarem z kompozytorami (owocna kooperacja z Koniecznym skończyła się szybko), a przede wszystkim – perfekcjonistką we współpracy z muzykami. Akompaniująca jej grupa została rozwiązana na przełomie wieków, niedługo po pożegnalnym koncercie w Teatrze Wielkim w Poznaniu.

Grywający z nią długo Zbigniew Wodecki w swoim autobiograficznym wywiadzie rzece mówił, że Demarczyk była impulsywna i wymagająca. Choć miała dużo wyrozumiałości dla ludzi, dla artystów bywała bezwzględna: „Kompozytorzy proponowali formę, a Ewa wypełniała ją swoim jestestwem. A jak już się do czegoś przekonała, o zmianach nie było mowy. (…) Uprawiała artystyczny despotyzm”.

Prywatne archiwa artystki

To pryncypialne podejście do repertuaru w ostatnich latach ograniczało też dostęp do nagrań artystki. Niechętnie udzielała autoryzacji wznowieniom – ukazała się tylko jedna oficjalnie zaaprobowana przez Demarczyk reedycja owej legendarnej płyty z Koniecznym. W tym roku ukazało się wznowienie na winylu. Jej nagrania są też praktycznie nieobecne w domenie cyfrowej – znajdziemy tu tylko zaśpiewane przez innych wykonawców wersje z płyty hołdu „Anioły w kolorze: Piosenki z repertuaru Ewy Demarczyk” (2011).

Negocjacje z wydawcami były dla tych ostatnich trudne – tak jak kiedyś rozmowy z szefem paryskiej Olympii, który bezskutecznie – i podobno na kolanach – proponował Polce dwuletni kontrakt. Wiadomo, że w prywatnym archiwum artystki pozostało wiele niepublikowanych nagrań koncertowych, o czym przypomina książka „Czarny Anioł”. Minister kultury Bogdan Zdrojewski, wręczając Demarczyk swoją nagrodę, zaproponował, że wesprze ich wydanie – ale wniosek o dotację do resortu nigdy nie wpłynął. Paradoksalnie właśnie teraz, po śmierci, podsycone na nowo zainteresowanie dorobkiem może doprowadzić do kolejnych wznowień i przynieść nowe odkrycia.

Czytaj też: Winyle, kasety, polaroidy wracają do łask

Odeszła bardzo świadomie

„Mam wrażenie, że Ewa Demarczyk odeszła bardzo świadomie. Tak jak Greta Garbo” – mówił autorkom biografii Stefan Wojtas, profesor krakowskiej Akademii Muzycznej, który kiedyś akompaniował Demarczyk na fortepianie. „Wszyscy ją pamiętają jako piękną młodą gwiazdę i nikt jej nie widział starszej”. I rzeczywiście, jest w spojrzeniu na tę artystkę z jej od dawna zamkniętym dorobkiem coś z patrzenia na ikonę dawnej kultury. Gwiazdę, która – choćby i nie do końca świadomie, ale w wyniku splotu różnych okoliczności – zeszła ze sceny przedwcześnie, zachowując na zawsze dawny wizerunek.

Do tego dochodzi aspekt niezależności artystycznej. To, co bywało określane jako efekt trudnego charakteru albo wręcz despotyzmu, jest także sygnałem pewnej autonomii. I fascynowało innych polskich artystów – nawet tych działających daleko poza kręgiem piosenki poetyckiej, aktorskiej, w rejonach, które w czasach, kiedy Demarczyk świętowała pierwsze sukcesy, dopiero miały się pojawić. I ta część jej legendy będzie tylko rosła.

Czytaj też: Gdzie się podziała kultura studencka?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Zielony rycerz. Green Knight”: filmowy powrót do mitycznej Brytanii

W filmie „Zielony rycerz. Green Knight” Davida Lowery’ego oglądamy Króla Artura i jego rycerzy Okrągłego Stołu. Znowu. Co takiego tkwi w legendach arturiańskich, że współczesna kultura regularnie do nich wraca?

Marcin Zwierzchowski
27.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną