Żywoty męczennic: Édith Piaf i Billie Holiday

Głosy i losy
Biografie Édith Piaf i Billie Holiday przeglądane w stulecie urodzin jednej i drugiej wyglądają jak żywoty równoległe. Nie całkiem świętych, ale z pewnością męczennic.
Piaf miała niewątpliwy talent, ale przy tym – jak komentowano – wulgarny akcent.
Paris Match/Getty Images

Piaf miała niewątpliwy talent, ale przy tym – jak komentowano – wulgarny akcent.

U Billie Holiday mankamentem był sam głos o niezbyt szerokiej skali, nie tak czysty jak choćby u Elli Fitzgerald.
Charles H. Hewitt/Hulton-Deutsch Collection/Corbis

U Billie Holiday mankamentem był sam głos o niezbyt szerokiej skali, nie tak czysty jak choćby u Elli Fitzgerald.

Dwie najważniejsze wokalistki XX w. dzielił ocean, kolor skóry i barwa głosu. Poza tym miały jednak więcej wspólnego, niż się może wydawać. Obie przyszły na świat w 1915 r. w okolicach społecznych dołów. Holiday urodziła pracująca na kolei samotna niepełnoletnia Afroamerykanka z Filadelfii, Piaf pochodziła ze slumsów wschodniego Paryża, gdzie lądowali wówczas przybywający do francuskiej stolicy imigranci. Obie miały rodziców z doświadczeniem muzycznym, którzy je porzucili. Pierwsza – ojca Clarence’a Holidaya, jazzowego gitarzystę o umiarkowanej sławie, z którym przez lata nie miała kontaktu, lecz mimo to zdecydowała się robić karierę pod jego nazwiskiem. Piaf – matkę, która pozostawiła ją dla kariery wokalnej. Ta jednak okazała się porażką. Line Marsa (pod takim pseudonimem śpiewała) występowała w barach, opłacana winem na kieliszki, a gdy córka zdobyła popularność – przychodziła do niej po pieniądze lub alkohol.

I Holiday, i Piaf zmieniły sobie nazwiska, starając się też kreować własną legendę za pośrednictwem autobiografii lub wywiadów prasowych. Być może więc obraz, jaki dostajemy, jest jeszcze bardziej ponury i dramatyczny, niż w rzeczywistości był. Jednak z całą pewnością jest dużo gorszy niż najbardziej dramatyczne nawet historie dzisiejszych młodych gwiazdek, które próbują podbić telewizyjną publiczność repertuarem obu wokalistek. Przemysł rozrywkowy nie miał wtedy mocy promowania talentów z dnia na dzień, Holiday i Piaf zaczynały jako nastolatki, obie śpiewały w klubach i kabaretach, dla obu też nagrania przyszły w sposób naturalny, niemal niepostrzeżenie. Trudno wskazać ten jeden moment, który zrobił z nich gwiazdy. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to na jakąś wpisaną w DNA siłę popychającą je do przodu.

Śpiewaczki spod czerwonej latarni

Losy dwóch wielkich głosów zaczęły się w domach publicznych. Piaf przeżyła w jednym z nich, biorąc pod uwagę całą resztę życia, chwile spokojnego dzieciństwa. W wieku kilku lat trafiła do normandzkiego maison de tolérance, który – jak sama nazwa wskazuje – był przybytkiem tolerowanym przez władze. Opiekować się nią miała babka, tamtejsza burdelmama, w praktyce jednak dziewczyna stała się maskotką pracujących na miejscu prostytutek, rozpieszczana, przebierana w ich ubrania i – jeśli wierzyć legendzie – karmiona przez smoczek winem. Można spekulować, ile z życia placówki zdołała zobaczyć, cierpiała bowiem na zapalenie rogówki, które – przez lata niezdiagnozowane – niemal całkowicie odebrało jej wzrok. Słyszała za to na pewno popularne melodie, grane tu na pianinie dla nocnych gości.

Wzrok przywróciły jej – jak uważała – modlitwy do św. Teresy. A ojciec, akrobata cyrkowy, wkrótce odebrał od babki i zabrał na występy ze swoją trupą, pokazując uroki życia w trasie. „Oznaczało to nową przybraną matkę średnio co trzy miesiące – wspominała później. – Traktowały mnie różnie, w zależności od tego, czy śpiewanie, które zaczynałam wtedy praktykować, przynosiło nam jakieś pieniądze”. Opiekunki z upływem czasu wiekowo zaczęły się zbliżać do samej Édith, a Louis Gassion, jej ojciec, rekrutował je w kolejnych miastach, dając ogłoszenia w gazetach. Jako 15-latka zrezygnowała z tej opieki i wspólnie z przyjaciółką próbowała się utrzymać, śpiewając na paryskiej ulicy.

W tym wieku Holiday – już w Nowym Jorku – zarabiała jako wokalistka parę dolarów za wieczór, dorabiając sobie dodatkowo „odstawianiem numerków” z klientami lokalu dla mężczyzn. „Wszystkie koleżanki to robiły” – wspominała jej ówczesna znajoma. I nie chodziło o duże pieniądze, chyba że udało się podczas takiego numerka zbadać klientowi zawartość portfela. A tego Billie nauczyła się szybko, podobnie jak picia nielegalnej whisky, palenia marihuany, przeklinania, a nawet wywoływania bijatyk z mężczyznami. Miała już za sobą trzykrotny pobyt w poprawczaku – raz trafiła tam za wagary i brak opieki osób dorosłych, za drugim razem jako ofiara gwałtu (miała 11 lat) ze statusem świadka stanowego, za trzecim – za włóczęgostwo. A właściwie za mieszkanie w domu publicznym, zresztą wspólnie z matką – zostały pojmane przypadkiem, przy okazji obławy na prostytutki. Żeby uniknąć dodatkowych kłopotów, nie przyznały się do pokrewieństwa.

Praca wokalistki nie przypominała tej, jaką dziś znamy. Pieniądze ówczesna publiczność nocnych klubów rzucała na podłogę, czasem odpłacając Holiday napiwkami za jej pracę śpiewającej kelnerki, a gdy brakowało gotówki – płacono jedzeniem. W tym samym czasie Piaf śpiewała na placu Pigalle, gdzie płacono z kolei od korka. Zadaniem artystów było zająć klientelę śpiewaniem, a gdy trzeba – zabawić rozmową. Na koniec dnia obsługa zbierała korki z otwartych przez gości butelek szampana, dostając honorarium za każdy z nich.

Surowy styl

Piosenki na Pigalle pod pewnymi względami przypominały amerykańskie szlagiery bluesowe. W paryskich kawiarniach i kabaretach śpiewano chanson réaliste, piosenki ulicy pokazujące zwyczajne życie z jego najbardziej brutalnymi elementami. Teksty opowiadały o ludziach z marginesu, wydarzeniach z dzielnicy, bohaterami nierzadko bywali złodzieje czy prostytutki – i te ostatnie popłakiwały na pierwszych koncertach Piaf. Bohaterki tekstów jej ówczesnych piosenek zakochiwały się w żołnierzach Legii Cudzoziemskiej, którzy później ginęli na froncie. Zresztą, przerażenie zbliżającą się wojną było słychać w tych utworach jak w gazecie. Traktowano je jako ekspresję wykluczonych (pisał o tym Mirosław Pęczak – POLITYKA 19/07), ale konwencja stawała się atrakcyjna także dla bogatszej miejskiej publiczności, podobnie zresztą jak muzyka czarnych w Ameryce w czasach prohibicji. A wraz z nią ciekawe stawały się wykonawczynie, zwykłe dziewczyny z ulicy.

Ich wokalny styl był surowy. Piaf miała niewątpliwy talent, ale przy tym – jak komentowano – wulgarny akcent. Zniekształcała słowa, a praca nad jej ekspresją przypominała – zdaniem jednego z pierwszych jej mentorów Raymonda Asso – ujarzmianie zwierzęcia. U Billie Holiday mankamentem był sam głos o niezbyt szerokiej skali, niewystarczająco mocny ani nie tak czysty jak choćby u Elli Fitzgerald. Jej mocną stroną było za to poczucie rytmu, wyczucie frazy. I emocjonalna bluesowa interpretacja.

Piaf bywała nadekspresyjna, co przez wiele lat po jej śmierci wydawało się przestarzałym podejściem. Mówiła o tym choćby Joni Mitchell, admiratorka obu wokalistek. Holiday miała jednak rodzaj instynktu, który kazał jej dobierać świetne piosenki (tak było z jednym z pierwszych protest songów, antyrasistowską pieśnią „Strange Fruit”, której tekstu ponoć na początku nie zrozumiała, ale wyczuła emocje) i bezbłędnie je interpretować. „Podczas gdy Ella Fitzgerald śpiewała słowa tak, jak były napisane, Billie Holiday zwracała uwagę na znaczenie i intencje każdego z nich, nawet kosztem intonacji czy barwy” – oceniała Mitchell.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną