Kultura

Na kłopoty superbohaterowie? Wirusowi nie dali rady

Kadr z filmu „Batman” (2021) Kadr z filmu „Batman” (2021) mat. pr.
Nie powstrzymali ich najeźdźcy z kosmosu, nie powstrzymali terroryści, aż powstrzymała pandemia. Parafrazując znane powiedzenie: i Iron Man cielę, gdy kin otwartych niewiele.

Nie ma co, oczywiście, przenosić filmowej fantazji do rzeczywistości, ale tak się dość pechowo złożyło, że triumfalny, trwający od przeszło dekady superbohaterski pochód przez box-office został zatrzymany. Od premiery ostatniego filmu będącego częścią wywiedzionej z komiksu i rozpiętej na ponad dziesięć lat narracji minęło już kilkanaście miesięcy. Takiej przerwy całe Marvel Cinematic Universe nie zaliczyło praktycznie od swojego zarania. Lokomotywa ze starannie zaplanowanym rozkładem, dotychczas nieprzewidującym żadnych opóźnień, nieoczekiwanie stanęła.

Szczęśliwie zdążono domknąć tkany od lat fabularny rozdział o wojnie z kohortami Thanosa, lecz nieubłagane Hollywood każe kuć żelazo, póki gorące. Dlatego przestój jest dla Marvela podwójnie bolesny: nie dość, że pieniądze przestały płynąć, to powodzenie tej pieczołowicie konstruowanej blockbusterowej sagi zasadza się w dużej mierze na regularności. Jej schemat dystrybucyjny przypomina bowiem, przy odrobinie wyobraźni, plan wydawniczy komiksowych serii; jednego zeszytu od drugiego nie może dzielić rok, bo cały cykl straci rozpęd.

Czytaj też: Międzynarodowe czytanie komiksów

Batman złapał koronawirusa

Entuzjazm publiczności często zależy od kaprysu i nie sposób przewidzieć, jakie będzie powodzenie zaplanowanej na listopad „Czarnej wdowy”. Czy wygłodniali rozrywki fani rzucą się do kin, czy już zwrócili swoją uwagę gdzie indziej? Odpowiedź może być zaskakująca. Lecz wyzwań, przed jakimi stoi MCU i w ogóle kino superbohaterskie, jest więcej. Nie dalej jak kilka dni temu koronawirusa wykryto przecież na planie „Batmana” u grającego rolę tytułową Roberta Pattinsona. Prace nad kolejnymi filmami Marvela ruszą zapewne dopiero w 2021 r., jeśli wierzyć słowom producenta Jasona Bluma, który zwykle wie, co w trawie piszczy. A nie samym opóźnieniom musi stawić czoła Kevin Feige, szef Marvel Studios i mózg całej operacji, szczególnie że MCU ma się rozwijać także na froncie telewizyjnym.

Nie będzie łatwe zbalansowanie produkcji serialowych przeznaczonych na Disney+ z filmami kinowymi, zwłaszcza że niektóre, już gotowe, czekają na swoją kolej, realizację innych przerwała pandemia. Kłopoty, nazwijmy to, logistyczne to jedno, kolejnym znakiem zapytania jest stopień pokrewieństwa między małym a dużym ekranem. Bo nierozsądna wydaje się hipotetyczna decyzja o nierozerwalnym powiązaniu seriali z filmami kinowymi: wykluczyłoby to tych, którzy nie mają abonamentu platformy Disneya. Z drugiej strony – na tym może polegać haczyk mający na celu pozyskanie nowej rzeszy odbiorców skłonnych zapłacić wyłącznie za to, aby czerpać w pełni z MCU. Kwestie czysto merkantylne mogą, w obliczu recesji, wpłynąć także na kreatywne decyzje Feige’a, jakby nie było, zależnego od ogromnej korporacji.

Czytaj też: Wszystkie skandale „Mulan”, czyli Disney pod ostrzałem

Superbohaterowie i superłotrzy

Dlatego otwarte jest pytanie, ile potrwa ustawianie pionków na szachownicy, czy znowu będziemy świadkami mozolnego wylewania fundamentu pod następną kosmiczną intrygę, czy może raczej Marvel Studios postawi na zupełnie autonomiczne filmy? Drugie rozwiązanie wydaje się nieprawdopodobne, lecz kolejne tytuły nie muszą być ściśnięte, jak ostatnio, bardzo mocnym supłem. Sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej po przejęciu przez Disneya studia Fox, a co za tym idzie, licencji do postaci X-Men i Fantastycznej Czwórki, które nierozsądnie byłoby schować na dno szafy, oraz „Deadpoola”. Tyle że filmy z udziałem tego ostatniego, bardzo dochodowe, do tej pory podpadały pod kategorię R, czyli dla widzów starszych, od której Disney stroni.

Feige ma twardy orzech do zgryzienia, zmiennych jest sporo, tak jak potencjalnych rozwiązań. Bo jeśli udostępniona za oceanem tylko na Disney+ aktorska reinterpretacja „Mulan” zaskoczy, to może i niektóre filmy z MCU zostaną przekierowane na telewizory? Pandemia na pewno pokrzyżowała szyki szefowi Marvel Studios, postawiła go przed wyzwaniem, przed jakim jeszcze nie stawał, i to on, nie popadając w zbytni patos, może tu okazać się superbohaterem. Albo superłotrem.

Czytaj też: Superzłoczyńcy Marvela

Marvel na rynku gier wideo

Tymczasem niejako równolegle podjęto próbę rozwinięcia uniwersum Marvela na nie dość jeszcze zagospodarowanym terenie gier wideo. Co prawda towarzyszyły one MCU już na pierwszym etapie jego rozwoju, lecz były to produkcje znacznie odstające i budżetem, i poziomem od kinowych odpowiedników. Mające premierę 4 września „The Avengers” to pierwsza od lat poważniejsza próba realizacji gry czerpiącej ze świata Marvela i być może, jeśli klienci dopiszą, początek, jak reklamują twórcy, „rozwijającego się uniwersum”.

Czytaj też: Zapomniani twórcy komiksowych superbohaterów

Dodajmy przy tej okazji, że zupełnie niepowiązanego z filmami kinowymi, będącego niezależnym bytem. Dość powiedzieć, że po prologu sterujemy Kamalą Khan, miłośniczką superbohaterów, która zyskała moce w wyniku katastrofy spowodowanej, jak wierzy opinia publiczna, nieumyślnie przez samych Avengers. Bohaterowie zaszyli się gdzieś poza zasięgiem nieprzychylnych spojrzeń, a dziewczyna, osaczona przez siły tajemniczej korporacji AIM, przymusowo leczącej ludzi takich jak ona, próbuje odnaleźć rozproszonych herosów. I tu niespodzianka, bo gra w trybie jednoosobowym opowiada historię Kamali właśnie, postaci jeszcze w MCU nieobecnej. Będziemy mieli okazję pokierować także bohaterami z kinowego ekranu, ale to nie oni grają tu pierwsze skrzypce, a gra jest bodaj najciekawsza w tych cichszych, bardziej refleksyjnych momentach niż podczas bombastycznej akcji. Której nie brakuje.

Prócz trybu fabularnego możemy jeszcze wykonywać różnorakie misje w sieci, grając ze znajomymi, ale ten aspekt nadal jest chyba szlifowany. Trudno jeszcze orzec, czy „The Avengers” będą dla całej marki nowym otwarciem. Bo choć gra nieźle sobie poczyna z komiksowymi bohaterami, to wydaje się zbyt zachowawcza, żeby stać się równym partnerem dla filmowego uniwersum. Krzywdząco byłoby powiedzieć, że to zaledwie substytut mający umilić czas do premiery „Czarnej wdowy”. Kamala nie oderwałaby się od pada.

Czytaj też: Komiksowe wojny na zwiastuny

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną