Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kultura

Johan Renck, reżyser filmu „Spaceman”: W sztuce refleksja przychodzi po czasie

Kadr z filmu „Spaceman” Kadr z filmu „Spaceman” mat. pr.
W historii Jakuba i własnej widziałem wiele paralel. W końcu główny bohater to dupek i egocentryk – zwierza się Johan Renck, reżyser serialu „Czarnobyl”, teledysków (m.in. David Bowie i Madonna) i dramatu „Spaceman”, który pojawił się na Netflixie, a premierę miał na tegorocznym Berlinale.

Jego najnowszy film to science fiction o czeskim astronaucie Jakubie Procházce (Adam Sandler), wyruszającym w kilkumiesięczną podróż kosmiczną, aby zbadać pewną tajemniczą anomalię. Na Ziemi zostawia ciężarną żonę Lenkę (Carey Mulligan), która niespodziewanie postanawia od niego odejść – w trakcie misji Jakub będzie musiał zrozumieć, dlaczego do tego doszło i czy w ogóle ma szansę naprawić relację z Lenką.

***

JAN TRACZ: Podobno na potrzeby scen z Mulligan pojechaliście do Pragi i to w Czechach kręciliście część sekwencji z jej udziałem. Czy odwiedzenie tych miejsc było dla was kluczowe? Nie mogliście po prostu zostać w Stanach?
JOHAN RENCK: Praga była dla nas wyjątkowo ważna. Wiadomo, sceny w kosmosie kręciliśmy w studiu i czysto teoretycznie mogliśmy pojechać gdziekolwiek w Europie. Ale chodziło o coś znacznie więcej: chcieliśmy poczuć to miejsce! W końcu to Czech, Jaroslav Kalfař, napisał powieść, na podstawie której kręciliśmy nasz film. Do tego dwójka głównych bohaterów stąd pochodzi i wiele elementów odnosi się do czeskiej kultury – byłoby absurdalne, gdybyśmy „Spacemana” kręcili zupełnie gdzie indziej.

Książka Kalfařa, choć świetna i pomysłowa, nie jest zbyt popularna. Co cię w niej ujęło?
Kiedy ją przeczytałem, pomyślałem, że to genialne, że to jest książka o mnie i moich doświadczeniach. Główny bohater to dupek i egocentryk, który zaniedbuje swoją rodzinę i przyjaciół, więc wszystko się zgadza (śmiech). Sam mam wiele relacji, a nawet małżeństw, które zawaliłem przez swoje narcystyczne pobudki czy skupianie się na własnym ego. Te doświadczenia pozwoliły mi zrozumieć, że sukces i sława to tylko konstrukty społeczne, które sobie stworzyliśmy. Od setek lat skupiamy się na samorozwoju i pokazywaniu innym, jacy to nie jesteśmy, a przecież w życiu liczą się zupełnie inne rzeczy. Od razu chciałem zrobić film z tej historii.

Adaptacja „Spacemana” obdziera powieść z jej politycznego sznytu. Zmienia się nawet zakończenie.
Po pracy nad „Czarnobylem” obiecałem sobie, że już nigdy nie wrócę do polityki Europy Wschodniej – zbyt wiele nasłuchałem się wtedy o wojnach, Gorbaczowie, Stalinie czy Leninie. Powiedziałem sobie: „dosyć!”. Długo się zastanawiałem, czy w ogóle brać się za ekranizowanie książki Kalfařa. Znajdziemy tam np. wątek rosyjskich kosmonautów, którzy ratują głównego bohatera z opresji. W książce było to na swój pokręcony sposób poetyckie, bo dochodzi tam do sceny, w której były ciemiężca nagle staje się dla Jakuba (nie)oczekiwaną deską ratunku. Jednak powieść została napisana kilka lat temu, a dziś za żadne skarby nie wyobrażam sobie scenariusza, w którym portretujemy Rosjan jako „dobrych wybawicieli”.

Scenariusz poszerza też literacki wątek Lenki – adaptacja sporo scen poświęca jej perspektywie, dzięki czemu znacznie łatwiej zrozumieć, przez co przechodzi. W jaki sposób starasz się prowadzić swoje bohaterki?
Jestem facetem, ale miałem całe życie na to, aby zrozumieć emocje kobiet, które poznawałem na swojej wyboistej drodze. Jako reżyser zawsze będę mógł próbować zrozumieć moje bohaterki, niezależnie, czy mówimy o przeczytaniu scenariusza, czy rozmowach z aktorkami. Dawno, dawno temu William Szekspir pisał o duńskich królach – przepraszam bardzo, ale co on o nich wiedział? Nasz film niejako opowiada o procesie odkrywania tego, co właśnie czuje Lenka. Ona jest moją ulubioną postacią – przez cały film jej kibicuję i trzymam kciuki, aby udało jej się zmienić coś w swoim życiu.

Lenka zostaje postawiona przed faktem dokonanym. Jakub decyduje się na podróż bez konsultacji z żoną.
Tak, i jemu trudno to wszystko pojąć. Nie do końca rozumie, gdzie zawinił, w końcu leci dla dobra ojczyzny. Co więcej, jej sytuacja wynika ze społecznej hierarchii – patriarchat sprowadza kobiety na drugi plan. Przede wszystkim liczy się kariera, ona jest na pierwszym miejscu. Kobieta zawsze musi się poświęcić, kiedy mężczyzna ma do wykonania własne obowiązki lub potrzeby do zaspokojenia. Ale czy ktoś w ogóle zapytał ją o zdanie?

Czytaj też: „Czarnobyl” – serial o cenie kłamstw

W filmie (i książce) Jakub uświadamia sobie, jak wiele błędów popełnił, dzięki rozmowom z Hanusem (Paul Dano), pojawiającą się znikąd istotą, która nieco przypomina Aragoga z cyklu o Harrym Potterze. Rozumiem, że niegdyś czułeś się jak Jakub. Ale kto był twoim Hanusem?
Przede wszystkim moja żona, która przez ostatnie dziesięć lat pokazała mi, co tak naprawdę liczy się w życiu. Zmieniła cały mój świat – dzięki niej zacząłem na co dzień podejmować zupełnie inne decyzje. Muszę jednak zaznaczyć, że nie próbowała mnie zmienić; już sama jej obecność wystarczyła, abym zaczął robić coś ze sobą. Na swój sposób dosłownie jest Hanusem, kimś w rodzaju pradawnej istoty, która nie tylko jawi się jako mądra i roztropna osoba, ale i odrobinkę naiwna. W końcu kto inny zaakceptowałby te wszystkie głupstwa popełniane przez zadufanego w sobie, podstarzałego faceta? W historii Jakuba i mojej własnej widziałem bardzo wiele paralel.

Dlaczego akurat Sandler wciela się w Jakuba?
Krótka piłka: jeżeli zapytałbyś mnie, jakiego aktora bym widział w swojej filmowej biografii, to bez namysłu odpowiedziałbym, że właśnie Adama Sandlera (śmiech). Jakub to moje alter ego. Jako reżyser wierzę, że w filmie zawsze będzie choć jedna osoba, która będzie tobą, z którą prędzej czy później się utożsamisz. Tutaj tego typu punktów odniesienia znalazłem tak wiele, że Sandler wydał mi się zupełnie naturalną opcją. Uwielbiam tego gościa – cenię zarówno jego filmy komediowe („Klik: I robisz, co chcesz”), jak i te bardziej dramatyczne role („Nieoszlifowane diamenty” i „Lewy sercowy”). Spotkaliśmy się w Los Angeles, przedstawiłem mu pomysł na „Spacemana”, a trzy tygodnie później nasz film był już w produkcji. Magia Hollywood! Nie chciałem, żeby Adam był kolejną „sandleropodobną” postacią, którą dziesiątki razy mogliśmy zobaczyć na wielkim ekranie. Wiadomo, wszyscy aktorzy w jakimś stopniu grają różne wersje siebie, ale chciałem, aby tym razem Sandler był bardziej powściągliwy i próbował odnaleźć się w trudnym położeniu Jakuba. A nie zapominajmy, że przez cały okres kręcenia mówił wyłącznie do piłeczki tenisowej (śmiech). Ta przy scenach z CGI zastępowała Hanusa, którego dodaliśmy dopiero w postprodukcji. No i cały film kręciliśmy w stanie nieważkości, a to w ogóle nie pomagało! Aktorstwo to nie jest tak prosty zawód, jak wszystkim się zazwyczaj zdaje.

Na początku arachnopodobny Hanus pełni funkcję filmowego „straszydła”. Dopiero później dowiadujemy się, że jego intencje wobec Jakuba są zupełnie inne, przyjacielskie.
To nasza własna interpretacja – w książce autor pozostawia większą przestrzeń czytelnikowi na wyobrażenie sobie „swojego” Hanusa. Mnie zależało, żeby był straszny, wstrętny i odrażający, a zarazem nieco patetyczny, nawet uroczy, a może i słodki. Hanus to bardzo ciekawy przypadek. Jego postać udowadnia, że jeśli coś (lub ktoś) ma dobre serce, to będzie lubiany/a i doceniany/a niezależnie od zewnętrznej prezencji. Długo pracowaliśmy nad wyglądem Hanusa, aby pokazać, że żyjemy w dość prymitywnym świecie, w którym wszystko opiera się na sztucznych konwenansach związanych z ocenianiem ludzi przez pryzmat wyglądu. To bardzo powierzchowne, ale wciąż widoczne na świecie. Tym bardziej bałem się, że ogromnym wyzwaniem okaże się ukazanie tej „jasnej” strony Hanusa; że w 40. minucie filmu widz nadal nie będzie w stanie z nim empatyzować. To było jednak cholernie proste – tego gościa nie da się nie lubić! Przecież to dobro w najczystszej postaci. Okazało się, że świetny scenariusz i kojący głos Paula Dano wystarczą, aby osiągnąć zamierzony efekt.

Oglądając „Spacemana”, od razu pomyślałem o twoich teledyskach dla Davida Bowiego do utworów „Blackstar” i „Lazarus”.
To zupełnie inne rzeczy, ale miałoby to sens – w końcu zostały nakręcone przez tę samą osobę (śmiech). Teledysk do „Blackstar” jest znacznie bardziej teatralny, operuję tam wielopłaszczyznowymi kadrami. Nie zmienia to faktu, że mój język wizualny jest po prostu „mój”. Zmieniają się projekty, ale pozostaję tą samą osobą. Pewnie nawet gdybym chciał, nie dałbym rady zrobić czegoś zupełnie nowego, bo przyzwyczajenia by mi na to nie pozwoliły. Nigdy nie starałem się czymkolwiek inspirować, do swoich projektów zawsze rozplanowuję sobie moodboardy i staram się wymyślić coś, na co nikt inny wcześniej nie wpadł. Cel mojej sztuki jest jeden – pragnę, aby ludzie mogli ją w pełni poczuć. Nigdy nie bawiłem się w porównania i usilne szukanie nawiązań do innych dzieł kultury. Kiedy natknę się na piękną piosenkę, to nie myślę, czy jej akordy usłyszałem już gdzie indziej, tylko cieszę się, że w tym momencie mogę ją przeżywać.

Grzechem byłoby nie zahaczyć o kwestię współpracy z Bowiem. To chyba musiało być bardzo emocjonujące przeżycie. Artysta zmarł na raka dwa dni po premierze ostatniego albumu.
Praca z Bowiem w jego końcowym etapie życia w ogóle nie była wzruszająca. Pewnego razu zaprosił mnie do siebie, abym odsłuchał jego najnowszy singiel. Kiedy spotkaliśmy się w jego biurze w Nowym Jorku, położył rękę na moim ramieniu i ostrzegł, że ten utwór („Blackstar”) trwa aż dziesięć minut. Słuchając, miałem już obrazy w głowie. A potem zapytał, czy chciałbym zrobić teledysk – od razu powiedziałem „tak”. Zaczęliśmy pracować, a jeszcze we wczesnym etapie powiedział mi, że jest ciężko chory, ma raka i prawdopodobnie umrze. Zastrzegł, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć (od razu wypaplałem żonie!), a ja trochę do końca nie chciałem w to uwierzyć. Jestem optymistą, więc byłem pewien, że David przejdzie przez chemioterapię, wyzdrowieje i wszystko wróci do normy.

Co było dalej?
W trakcie naszej pracy Bowie był trochę nieobecny, ale choroba nie objawiała się u niego w żaden drastyczny sposób. W międzyczasie doszedł jeszcze teledysk do utworu „Lazarus”. Wszyscy do dziś mi mówią, że wspólnymi siłami stworzyliśmy wzruszające epitafium dla całej twórczości Bowiego. Gówno prawda! Ja jestem za to odpowiedzialny, bo Bowiego nigdy nie było na planie, a do tego większość elementów z tego teledysku powstała zupełnie przypadkiem. Do tego miałem w głowie jego chorobę, ale część mnie wciąż wierzyła, że Bowie wyjdzie z tego cało. Każdy myśli, że kreatywność to jakiś dogłębny proces wymagający wielu wyrzeczeń. A potem wychodzi na to, że kręcimy ostatni, prawdopodobnie najbardziej wzruszający teledysk Dawida, a przy tym dobrze się bawimy i realizujemy głupie, spontaniczne pomysły. A te nagle nabierają zupełnie nowych znaczeń, bo ktoś doszukuje się w tym głębi. Nomen omen wracamy do punktu wyjścia. Te teledyski mają w sobie moc i wiążą się z naszymi przeżyciami, ale kiedy nad nimi pracowaliśmy, nikt o tym nie myślał w ten sposób, zupełnie tego nie analizowaliśmy, bazowaliśmy na intuicji. W sztuce refleksja przychodzi dopiero po czasie.

***

Johan Renck – szwedzki reżyser filmowy i autor teledysków. Na swoim koncie ma m.in. „Czarnobyl” od HBO, a także pojedyncze epizody do najpopularniejszych produkcji serialowych („Breaking Bad”, „The Walking Dead”, „Wikingowie”). Odpowiedzialny za teledyski dla Davida Bowiego, Madonny czy Robbiego Williamsa. Laureat Emmy i wielu innych prestiżowych nagród.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Walka o słynny pomnik w Rzeszowie. Chcą go przejąć i wyburzyć

Pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie jest dziś dziełem sztuki i zabytkiem. Bernardyni zdecydowali niespodziewanie o przekazaniu go za darmo Stowarzyszeniu Rodzin Żołnierzy Niezłomnych Podkarpacia, które chciałoby go wyburzyć. Wbrew władzom miasta i mieszkańcom.

Jagienka Wilczak
18.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną