Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Edyta Górniak”, czyli wakacje z gwiazdą. Tylko gdzie to życie?

Więcej biografii gwiazd, widz wytrzyma? Więcej biografii gwiazd, widz wytrzyma? mat. pr.
Więcej biografii gwiazd – czy widz to wytrzyma? Dwuczęściowy dokument „Edyta Górniak” sugeruje, że jednak może nie.

Litość i umiar to nie są cnoty konkurujących ze sobą platform streamingowych, po trzyodcinkowym serialu o Dodzie (Prime Video) dostaliśmy więc dwuczęściową „Edytę Górniak” produkcji SkyShowtime. Jedna z największych po 1989 r. gwiazd polskiej estrady, „rozerwana między szaleństwem, prestiżem, zaszczytami a zwykłą prozą życia”, siedzi sobie na wakacjach w Tajlandii, brodzi w wodzie i opowiada (częściowo po angielsku) historie tak przyziemne, że czekamy w napięciu, aż dojdzie do tych naprawdę ważnych. Dość brutalnie przerywają to oczekiwanie napisy końcowe.

Nie twierdzę, że łatwo jest do tego finału dobrnąć. Przeciwnie. Inaczej niż w „Dodzie”, gdzie filmowcy rozpoczęli pracę z jakimś planem i gruntownie przygotowanym researchem w archiwach, tutaj ekipa wyraźnie postawiła na spontan, turystykę filmową oraz długie monologi artystki, z zawieszaniem głosu, szlochem, patrzeniem w zachodzące słońce. Za to bez wyraźniejszej próby zbudowania wokół jej życiorysu jakiejś dramaturgii.

Czytaj też: Doda, Górniak i Lewy. Dokumenty o gwiazdach zalewają streaming. Bliżej im do telenoweli

Z innej epoki

Edyta Górniak, wchodząca na wielką scenę na początku lat 90. sukcesami w Opolu, w obsadzie hitowego musicalu „Metro”, a wreszcie głośnym – i prawie zwycięskim! – występem na Eurowizji, to talent wyszlifowany pod okiem fachowców rodem jeszcze z innej epoki.

Reklama