Nie ma już powrotu
Pete Doherty dla „Polityki”: Żyłem na krawędzi. Do tego nie ma już powrotu
MICHAŁ KLIMKO: – Początek wieku to jeden z najlepszych momentów, w jakich można było chwycić za gitarę – start jednej z wielkich mód na granie rocka, opisywanej jako nowa rockowa rewolucja. Jako jeden z liderów grupy The Libertines, czołowego brytyjskiego zespołu tego okresu, byłeś w jej samym centrum.
PETE DOHERTY: – To był ekscytujący czas. W każdym pokoleniu są dzieciaki, które wierzą w brzmienie elektrycznych gitar i pisanie piosenek, to marzenie, które nigdy nie umiera. Jest jak pieprzony Struś Pędziwiatr: ciągle prze do przodu, nie odpuszcza. Granie w zespole nigdy nie traci swojego uroku. Ale w czasach, o których wspominasz, widać to było tym bardziej. Gdy w drugiej połowie lat 90. zaczęło się wyczerpywać zjawisko, które media nazwały britpopem – złota era takich zespołów, jak Suede, Pulp, Blur czy Oasis – przez dłuższy czas nie było żadnego nowego gitarowego zespołu, który stałby się naprawdę ważny, który w takim stopniu działałby na wyobraźnię słuchaczy. Mimo to wielu z nas żyło nadzieją, że dane nam będzie usłyszeć nowy zespół, który zachwyci całą Anglię. Tym zespołem mieliśmy być oczywiście my – w taki sposób myślało całe pokolenie. Byliśmy jak szczury pochowane w kanałach zapomnianych portowych brytyjskich miasteczek, czekające na moment, by w końcu wyleźć na powietrze i wygrzać się w cieple letniego słońca. Bo świat miał należeć do nas, trzeba było tylko poczekać.
Ale jako pierwsi z kanałów wyszli The Strokes, bo ta nowa rewolucja zaczęła się po drugiej stronie globu, w Nowym Jorku.
To było szaleństwo, prawdziwy cios. Byli na okładkach każdego muzycznego pisma, na billboardach. A my obserwowaliśmy to jak oszalali, myśląc tylko o tym, że nasze marzenie naprawdę może się spełnić.