Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. M-AI-kel, czyli komu potrzebny ten sztuczny Jackson?
Do zrozumienia istoty rzeczy potrzebne nam są dwie daty: w 2018 r. zmarł w podeszłym wieku Joseph Jackson, hutnik i niezrealizowany bokser, ojciec całej grupy wyjątkowo uzdolnionych muzycznie dzieciaków nagrywających jako The Jackson 5. A już w roku 2019 zaczęto pracować nad filmem o być może najzdolniejszym z nich, Michaelu.
Dlaczego? Bo w każdej hagiografii gwiazdy – a „Michael” w ten nurt filmowy się wpisuje – potrzebny jest czarny charakter i kozioł ofiarny. Tu został nim ojciec artysty, a główną linię fabuły – napisanej przez doświadczonego Johna Logana – stanowią próby wyrwania się młodego Michaela spod kurateli, kontroli, tresury, a nawet fizycznej i psychicznej opresji ojca.
I kolejne dwie daty: w 2024 r. John Branca, prawnik zarządzający dziś majątkiem Jacksona i utworzoną na jego bazie firmą, doprowadził do zdjęcia z serwisu HBO Max serialu „Leaving Neverland”, który stawia pedofilskie zarzuty Jacksonowi. A zatem w roku 2026 można udawać, że nic się nie stało, a nawet kompletnie wygumkować z życia Jacksona seksualność, bo tego właśnie nie widzimy w filmie „Michael”, opowiadającym historię gwiazdora dziecięcego (tu gra go świetnie Juliano Valdi) i wciąż dziecinnego, ale już starszego (tu gra go z nieco większymi problemami, dość sztucznie, Jaafar Jackson, bratanek Michaela).
Czytaj też: Dom zły Michaela Jacksona
Wymazane historie
Nie widzimy też historii, które przeszkadzałyby w tej wersji fabuły. Po pierwsze, że ojciec Michaela próbował zrobić z niego solową gwiazdę już w dzieciństwie (nad solowym debiutem Jacksona twórcy przechodzą do porządku dziennego).