Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. Eurowizja pod ostrzałem. Święto piosenki wyjdzie z cienia Izraela?
„Nie należy mieszać sztuki z polityką” – tego argumentu najchętniej używają ci zanurzeni po czubek głowy w politykę, przeważnie w jej najbrutalniejszej odsłonie. Tak tłumaczyła się delegacja Rosji, która po raz pierwszy od 2022 r. rozgościła się na tegorocznym Biennale Sztuki w Wenecji (co szeroko opisuje w aktualnej „Polityce” Piotr Sarzyński). Niemal dokładnie w ten sam sposób wypowiadali się przedstawiciele Izraela (skądinąd również budzącego sprzeciw w Wenecji) po decyzji o dopuszczeniu reprezentacji tego kraju do tegorocznego konkursu Eurowizji.
Bojkoty głośne i ciche
Święto piosenki (a według złośliwych: święto kiczu) w tym roku zdominowały właśnie protesty przeciwko Izraelowi. Począwszy od tych najbardziej stanowczych, jak bojkot konkursu przez reprezentacje Hiszpanii, Holandii, Islandii, Irlandii i Słowenii (dotyczy to niekiedy również transmisji – w Słowenii w czasie finału zaplanowano emisję dokumentów o Palestynie), po te niewidoczne dla telewidzów. Bo choć organizatorzy zapewniają, że nie wyciszają reakcji publiczności, protesty towarzyszące występowi reprezentującego Izrael Noama Bettana rozpłynęły się w transmisji, mimo że bez trudu można je znaleźć w relacjach z mediów społecznościowych.
Odnosił się do nich zresztą sam Bettan, mówiąc w rozmowie z BBC: „Słyszałem buczenie i wszystko inne. To był mały szok”. W to ostatnie trudno uwierzyć – jego poprzedniczka, reprezentująca w ubiegłym roku Izrael Yuval Raphael, przyznała, że „ćwiczyła bycie wygwizdaną” podczas prób, a w finale jej występ próbowała przerwać dwójka protestujących.