Wiek Milesa Davisa. Był gigantem i skandalistą. „Nie chcieliśmy z nim grać, tylko być nim”
W nowojorskiej Juilliard School nauczyciel tłumaczył pewnego razu, że czarni grają bluesa ze względu na biedę i cierpienie. „Podniosłem wtedy rękę, wstałem i mówię: mój ojciec jest bogaty, moja matka piękna, a potrafię grać bluesa – wspominał Miles Davis. – Nie cierpię i nie zamierzam”.
Nie Kanye West ani Jay-Z, nie Kendrick Lamar czy Michael Jackson ostatecznie rozbili w Ameryce stereotypy dotyczące czarnych artystów, przez dekady dojeżdżających do wielkich sal koncertowych specjalnymi wagonami i śpiących tylko w wyznaczonych hotelach. I mimo pieniędzy żyjących w świecie segregacji. Zrobił to Miles Davis przez kilka dekad swojej kariery – jako trębacz, kompozytor, lider, ale i skandalista.
W Polsce do jego najczęściej przywoływanych złotych myśli należy ta, którą ponoć uzasadniał konieczność zaproszenia na „Tutu” Michała Urbaniaka: „Dawać mi tego pieprzonego skrzypka. On ma sound. Fakt, że biały, ale z takim brzmieniem może być nawet zielony i pierdzieć na czerwono”. Tak naprawdę te słowa to trawestacja starszej wypowiedzi Davisa, pokazującej, że w jego świecie bariery rasowe nie miały większego znaczenia. Przed Urbaniakiem regularnie grywał z białymi, chwaląc Joe Zawinula, wcześniej z bezgranicznym zaufaniem odnosząc się do Billa Evansa albo zapraszając do swojego zespołu saksofonistę Lee Konitza, co zresztą wywoływało złośliwe komentarze czarnych jazzmanów.