Film

Finał sagi „Gwiezdnych wojen” ma dziurawy scenariusz

Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” Kadr z filmu „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” mat. pr.
Pisanie o nowych „Gwiezdnych wojnach” jest podwójnie trudne. Po pierwsze, trzeba jakoś unikać spoilerów. Po drugie, nad filmem „Skywalker. Odrodzenie” lepiej się zbyt długo nie zastanawiać, bo można sobie szybko zepsuć zabawę.

Seans finałowej odsłony gwiezdnej sagi był dla mnie raczej źródłem przyjemności niż udręki. Jest w „Skywalkerze” wiele dobrych rzeczy: fantastycznie zrealizowane sceny akcji, parę niezłych żartów, kilka ujmujących (choć nie do końca wykorzystanych) nowych postaci drugoplanowych, sporo przewijających się przez cały film nawiązań do klasycznej trylogii. Ale jednego w tym filmie zdecydowanie zabrakło: trzymającego się kupy scenariusza. „Skywalker. Odrodzenie” przypomina zestawienie sprawdzonych pomysłów i zużytych filmowych klisz zlepionych w całość, która trzeszczy w szwach, a przez fabularne dziury przeleciałby nie tylko Sokół Millennium, lecz nawet imperialny Gwiezdny Niszczyciel.

Nowa trylogia bez spójnej koncepcji

Wiadomo: J.J. Abrams miał przed sobą zadanie niewykonalne: musiał nakręcić film, który zamknie nie tylko trylogię, ale całą dziewięcioczęściową sagę o rodzie Skywalkerów. Film, który będzie satysfakcjonujący nie tylko dla starych fanów „Gwiezdnych wojen”, lecz również dla tych, którzy ten świat zaczęli poznawać dopiero kilka lat temu, wraz z premierą „Przebudzenia mocy”. A na dodatek został do tego projektu włączony dość późno: nad filmem pracował przez dłuższy czas Colin Trevorrow, ale we wrześniu 2017 r. został od produkcji odsunięty, a na jego miejsce ściągnięto Abramsa, który wcześniej sprawdził się przy „Przebudzeniu mocy”. Gotowy scenariusz został wyrzucony na śmietnik, a film musiał powstać od zera w ciągu dwóch lat. To tak naprawdę bardzo mało czasu – George Lucas dłużej pisał scenariusz pierwszych „Gwiezdnych wojen”.

„Skywalker. Odrodzenie” jest więc potwierdzeniem, że nowej trylogii od początku brakowało spójnej koncepcji, jakiejś fabularnej osi, która pozwalałaby poczuć, że mamy do czynienia z zamkniętą, przemyślaną całością. Każda z części próbowała prowadzić opowieść w swoim kierunku. „Przebudzenie mocy” przypominało unowocześniony remake „Nowej nadziei”, tyle że zamiast Luke’a mieliśmy Rey, zamiast Vadera – Kylo Rena, zamiast imperatora Palpatine’a – najwyższego wodza Snoke’a. W porządku, jakoś trzeba było wprowadzić do akcji nowych bohaterów i osadzić ich w rzeczywistości znanej z wcześniejszych filmów. Potem „Ostatni Jedi” usunął Snoke’a, za to uczynił z Kylo Rena najczarniejszy z czarnych charakterów – wszak to w walce z nim Luke poświęcił resztki trzymającej go przy życiu Mocy.

Czytaj także: Przewodnik po „Gwiezdnych wojnach”

Bezmyślnie ciśnięty miecz świetlny

Tymczasem „Skywalker. Odrodzenie” już w pierwszej scenie właściwie wyrzuca sporą część dotychczasowej intrygi na śmietnik, bo okazuje się, że za wszystkim stał nie kto inny, jak Palpatine, który „jakoś” ocalał, choć wszyscy widzieliśmy, że zginął w finale „Powrotu Jedi”. Nagle Kylo – przez dwa filmy pokazywany jako szwarccharakter pozbawiony sumienia (kurczę, bez mrugnięcia okiem zabił własnego ojca Hana Solo) – staje się nie tylko łagodniejszy, lecz jest kluczowym elementem w planie pokonania większego zła.

Fajnie byłoby zobaczyć w tym metaforę współczesnej polityki, ale to nie ten przypadek – tu po prostu brakuje pomysłów na oryginalne rozwiązania. Abrams i jego współscenarzysta Chris Terrio (to on napisał m.in. „Batman v. Superman: Świt sprawiedliwości”, czujcie się ostrzeżeni) bezceremonialnie ściągają pomysły z poprzednich filmów sagi. I nie sposób uznać tego za hołd złożony poprzednikom, bo ile razy można oglądać kosmiczne statki zdolne niszczyć całe planety czy próby przeciągnięcia przeciwnika na ciemną (albo jasną) stronę Mocy?

Na dodatek imperator nie jest jedyną postacią, która pojawia się w „Skywalkerze” niczym deus ex machina – to wybieg stosowany w scenariuszu nader często. Gdy bohaterowie wpadają w kłopoty, nagle pojawia się ktoś, kto ich wesprze, pomoże albo w ostatniej chwili złapie bezmyślnie ciśnięty miecz świetlny. A skoro może wydarzyć się wszystko – także Moc, zarówno po stronie Jedi, jak i po ciemnej stronie Sithów, wydaje się tu o wiele bardziej omnipotentna – to siłą rzeczy coraz mniej obchodzą nas losy bohaterów.

Czytaj także: Fani i Disney kłócą się o „Gwiezdne wojny”

Skywalkerowie na małym ekranie

„Skywalker. Odrodzenie” wygląda tak, jakby Abrams – zapewne pod dyktando producentów – próbował w ostatniej chwili ogarnąć chaos. Usunął postaci, które nie spotkały się z uznaniem fanów – pamiętacie podsycany przez inceli hejt wymierzony w Kelly Marie Tran, aktorkę grającą jedną z ważnych drugoplanowych ról w „Ostatnim Jedi”? W nowym filmie jej postać już tylko przemyka się chyłkiem gdzieś na trzecim planie.

Abrams podomykał na siłę niektóre wątki. Połatał fabularne dziury, czym się dało (znajdziecie tu – zamierzone albo nie – cytaty z „Avengers: Koniec gry”, „Harry’ego Pottera”, a nawet „Matrixa”). W efekcie powstał film, który ma wiele wspaniałych momentów, ale jako całość jest zachowawczy i pozbawiony oryginalności. Doprawdy, gdy George Lucas kręcił 20 lat temu trylogię prequeli, był odważniejszy w próbach poszerzania stworzonego przez siebie świata, nawet jeśli skończyło się to artystyczną porażką.

A fani przecież i tak nie porzucą świata „Gwiezdnych wojen” – już zresztą mogą szykować się na zapowiadane seriale realizowane dla platformy Disney+ oraz majaczące gdzieś na hollywoodzkim horyzoncie zapowiedzi pełnometrażowych filmów. „Skywalker. Odrodzenie” może kończy sagę o Luke’u i Lei, ale jeśli tylko bilans zysków będzie się zgadzał, także Skywalkerowie prędzej czy później wrócą na wielki ekran.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie, reż. J.J. Abrams, prod. USA, 142 min

Czytaj także: Po co nam Han Solo (i inne prequele)

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną