Fragment książki „1968. Czasy nadchodzą nowe”
Część studentów w mniejszych grupach urządziła burdy na ulicach. Przyłączyli się do nich chuligani i żądna sensacji młodzież szkolna.
Okładka książki „1968. Czasy nadchodzą nowe”
mat. pr.

Okładka książki „1968. Czasy nadchodzą nowe”

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz
mat. pr.

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz

mat. pr.

W poniedziałek 11 marca mecenas Ber Rozencwajg urzęduje w swoim gabinecie przy ulicy Zwycięstwa w centrum Sosnowca. Rozkłada gazetę. Na drugiej stronie „Dziennika Zachodniego” widzi przedruk artykułu z „Trybuny Ludu”.

Rzuca okiem na drobny druk bez żadnych fotografii.

Anonimowy autor tłumaczy czytelnikom kolejność wypadków, do których w ubiegły piątek doszło podobno na uniwersytecie w Warszawie. Sytuacja, ostrzega redakcja, wymaga wyjaśnienia ze względu na narastające plotki.

Tak więc, czyta niechętnie mecenas, grupa studentów wichrzycieli urządziła nielegalną burdę.

Rozdawała ulotki o antypaństwowej treści.

Udała się do rektora, domagając się przywrócenia na uczelnię studentów Michnika i Szlajfera, mówiąc, że jest „legalną opozycją”.

Kiedy na Krakowskie Przedmieście przybyli robotnicy, by sprzeciwić się wichrzycielom oraz dać wyraz poparcia władzy robotniczej i socjalistycznemu państwu – studenci przywitali ich oburzającymi okrzykami: „Ciemniaki, precz z uniwersytetu”. Następnie aktyw robotniczy został obrzucony śniegiem, kamieniami i monetami.

Do zaprowadzenia porządku przystąpili ormowcy. Wiec został rozpędzony, przy czym – jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach – szereg osób zostało poturbowanych. Ofiary są zarówno wśród uczestników wiecu, jak i wśród ormowców.

Część studentów w mniejszych grupach urządziła burdy na ulicach. Przyłączyli się do nich chuligani i żądna sensacji młodzież szkolna. Dopiero wtedy wkroczyła milicja.

Grupa studentów wdarła się do kościoła św. Krzyża, w którym zaczęła demolować ławki, wyrywając z nich drewniane pręty. Proboszcz zwrócił się do milicji o natychmiastową pomoc.

Po wszystkim skrupulatnie sprawdzono dane, z których wynika, że podczas dwudniowych zajść udzielono pomocy lekarskiej 30 uczestnikom. Wszyscy doznali lekkich obrażeń. Dwaj przebywają w szpitalach na obserwacji. Obrażenia odniosło również 28 ormowców. Wszelkie rozsiewane prowokacyjnie pogłoski o jakichkolwiek ofiarach nie mają nic wspólnego z prawdą…

Prawda czy nie, mniejsza – mecenas przerywa lekturę i przerzuca strony.

Po pierwsze, dlatego że mieszka 270 kilometrów od Warszawy, więc prowokacyjne pogłoski nie dotarły do jego miasta. Być może mówili coś w Radiu Wolna Europa, ale musiało to być w czasie sobotniego brydża.

Po drugie, te zamieszki w żadnym stopniu nie dotyczą jego rodziny ani praktyki. Niczego nie zmienią.

Po trzecie, w tym samym numerze gazety George Best, fenomenalny napastnik Manchesteru United, który za dwa dni rozegra rewanżowy mecz z Górnikiem Zabrze na Stadionie Śląskim w Chorzowie, w krótkiej rozmowie zapowiada wynik spotkania. Manchester, według Besta, wygra 3:0. Taki wynik nie zdziwiłby Bera Rozencwajga.

  1. CZERWIEC – WRZESIEŃ

Emilia i Oleńka ściskają kciuki

16-latki Emilia i Oleńka docierają do schroniska na Skrzycznem. Trwa rajd licealistów województwa śląskiego. W tym roku na beskidzkich szlakach.

Kiedy podchodzą do lady, w radiu podają wiadomości. Armia izraelska w zawrotnym tempie wypiera arabskie wojska z półwyspu Synaj. Koledzy z grupy puszczają informację mimo uszu. Dziewczyny spoglądają na siebie i ściskają kciuki. Nie mają odwagi komentować wydarzeń na głos.

Aleksandra to najmłodsze z trojga dzieci adwokata Bera Rozencwajga. Uczennica Liceum im. Emilii Plater. Ber, lublinianin, wybrał przemysłowy Sosnowiec, kiedy po zdobyciu Berlina zrzucił mundur żołnierza 2. Dywizji Kościuszkowskiej. Jest specjalistą, ma opinię wszechstronnego. Obsługuje odszkodowania po upaństwowionym mieniu oraz, chętnie, rozwody. Jak kłopoty, to do Rozencwajga.

Ojciec Emilii Gross zmarł na serce w 1953 roku, głównie z powodu doświadczeń sprzed dekady. Razem z żoną spędzili dziewięć miesięcy w ziemiance w Tarnopolu. Emilię i dwóch braci wychowuje mama.

Obie nastolatki uczą się w tym samym liceum, przedwojennym gmaszysku nad Przemszą, w centrum miasta. Po szkole zwykle raz w tygodniu biegną na Modrzejowską 5, gdzie na pierwszym piętrze mieści się Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów. Należą do sekcji młodzieżowej. W sali klubowej ogląda się telewizję, czyta polskie i żydowskie gazety. Pije się herbatę i rozmawia ze znajomymi. Do sosnowieckiego oddziału towarzystwa należy 115 obywateli.

U Sobelmanów: Nasze Żydki idą na Kair

Dwie ulice dalej mieszka Zygmunt Sobelman, wdowiec. Wychowuje 14-letniego syna Michała, który kończy podstawówkę. Właśnie dostał się do najlepszego w mieście Liceum im. Stanisława Staszica. W sobotę, kiedy trwa ofensywa na Synaju, do Zygmunta przychodzą koledzy z Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego. Zygmunt jest tam kierownikiem bazy zaopatrzenia. Piją wódkę i świętują. Mówią z serdecznością: „Nasze Żydki zwyciężyły nad Arabami Rusków”, „Gnębili Stasia i Nel, to teraz płacą”, „Nasze Żydki idą na Kair”. Tata uśmiecha się do kolegów.

Michał słyszał już o Izraelu, ponieważ kolekcjonuje znaczki. Znaczków z Izraela ma kilkanaście, wszystkie przyszły nalepione na listy od dalekiej ciotki, która wyjechała jeszcze przed urodzeniem Michała. Raz przysłała pomarańcze.

Głośne okrzyki kolegów Zygmunta docierają do uszu sąsiadów w kamienicy, a szczególnie pana Mietka, który jest ormowcem. O radosnych libacjach z powodu izraelskiej agresji grzmi wkrótce w telewizji I sekretarz PZPR Władysław Gomułka. Urządzają je, mówi, syjonistyczne środowiska Żydów, polskich obywateli.

Michał z tatą siedzą przy kolacji przed śnieżącym ekranem. Michał nie może zrozumieć, o kogo chodzi panu sekretarzowi. Tata ma niebieskie oczy i mówi literacką polszczyzną (czego nie można powiedzieć o jego nieuczonych kolegach z zakładu). Mówi, że jest Polakiem, tak jak jego koledzy, którzy chodzą do kościoła. Michał jest ochrzczony i też czasami tam chodzi, żeby spotkać swoich najlepszych kolegów ze szkoły. Tata mówi, że Żydzi zginęli w czasie wojny, nie ma już żadnych Żydów. Nie ma o czym mówić. Więc o kogo w Sosnowcu może chodzić?

W czerwcu 1967 roku Michał rozumie, że niczego nie można być pewnym. Ale wciąż uważa, że mieszka w najpiękniejszym miejscu na świecie.

Fotografie komunijne tylko u Zorskiego

Trzysta metrów od mieszkania Sobelmanów znajduje się główny dworzec kolejowy. W kolejną czerwcową niedzielę na stacji zatrzymuje się pociąg relacji Gliwice – Częstochowa, w którym siedzi Józek Zorski. Jest studentem Akademii Medycznej w Zabrzu Rokitnicy, wcześniej uczył się w klasie z bratem Emilii w Liceum imienia Emilii Plater. Ojciec prowadzi rodzinny zakład fotograficzny przy Modrzejowskiej, głównej ulicy Sosnowca. Jest tak znany, że rodzice komunijnych dzieci zapisują je do atelier Zorski z dużym wyprzedzeniem. Józek jest instruktorem harcerskim i z grupą podopiecznych jedzie na wspinaczkę do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Kiedy pociąg sunie wolno przez Sosnowiec, koleżanka z naprzeciwka komentuje okolice. „Straszne miasto – mówi. – Tu mieszkali kiedyś sami Żydzi i Cyganie”.

Józek nie odpowiada, ale drętwieje.

Oczywiście gdyby miał odwagę, odpowiedziałby jej zdecydowanie, że czuje się zarówno Polakiem, jak i Żydem. W tym momencie bardziej Żydem. Oraz że należy do jednej z zaledwie 50 żydowskich rodzin, które wróciły do miasta po Holocauście. Przedtem w 100-tysięcznym Sosnowcu mieszkało 20 tysięcy Żydów, teraz to jeden wielki cmentarz. Osiem z tych 50 rodzin, w tym Zorscy i Rozencwajgowie, spotyka się co sobota na brydżu w kolejnych mieszkaniach i kłóci zajadle o każde rozdanie. Czym różnią się od innych obywateli?

Ale Józek nie ma odwagi odpowiedzieć. Od wczesnego dzieciństwa ukochana niania martwiła się o jego trudne pochodzenie. W czasie wojny przez półtora roku Florentyna Nowak i jej mąż Franciszek ukrywali jego tatę i dwójkę taty rodzeństwa w centrum Sosnowca, a po wojnie była przekonana, że to jeszcze nie koniec. Radziła Józkowi, żeby śpiąc, swój nos przytrzymywał palcem do góry. Miała nadzieję, że będzie zadarty, ponieważ zaczynał rosnąć w zły sposób.

Nauczyła go, by się nie afiszował, korzystał z dobrego nazwiska i sympatii sosnowiczan dla ojca, znanego fotografa. Więc w pociągu Józek milczy. Zresztą koleżanka więcej się nie odzywa.

Pod koniec czerwca jest już po wojnie sześciodniowej wygranej przez Izrael.

We wrześniu ulicami miasta w kabriolecie przejeżdża generał Charles de Gaulle, gość z innego świata, przez cztery dni w Polsce. Odwiedza ważne miasta wskazane przez organizatorów jego wizyty. Pozdrawia i pozwala się fotografować. Sosnowiczanie długo nie mówią o żadnym innym wydarzeniu. Po wizycie modne stają się czapki „degolówki”, które robi się samemu. Filcowy kaplin moczy się w wodzie i naciąga na garnek. Otrzymaną formę uzupełnia się o daszek usztywniany tekturą. Gotowe.

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, 1968. Czasy nadchodzą nowe, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 117-123

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj