Fragment książki „Bracia Wright”
A potem ruszyli. Orville biegł, co sił w nogach, trzymając skrzydło aż do momentu, gdy nie potrafił już dotrzymać kroku rozpędzonej maszynie.
Okładka książki „Bracia Wright”
mat. pr.

Okładka książki „Bracia Wright”

Orville przybył do Kitty Hawk w piątkowe południe 11 grudnia. Pozostałą część dnia spędzili wraz z Wilburem na rozpakowywaniu wszystkich przywiezionych „dóbr”. W sobotę wiało zbyt słabo, żeby wystartować z płaskiego terenu. Niedziela była jak zawsze dniem wolnym i upłynęła im na zajęciach podobnych do tych, którym oddawali się w Dayton: czytaniu i spotkaniach towarzyskich. Tego dnia odwiedził ich Adam Etheridge ze stacji ratownictwa wodnego; przyszedł do nich wraz z żoną i dziećmi, żeby się przywitać i obejrzeć nową maszynę, o której tyle się mówiło w okolicy.

W poniedziałek 14 grudnia po południu wszystkie prace naprawcze zostały już ostatecznie ukończone, a bracia uznali, że są gotowi. Z pomocą Johna T. Danielsa, którego tężyzna sugerowała, że bez trudu mógłby przenieść cały dom, oraz jeszcze dwóch mężczyzn ze stacji ratunkowej, przeciągnęli ważącego 274 kilogramy Flyera na położone około czterystu metrów dalej wzgórze Big Hill i umieścili go na zboczu, gdzie wcześniej zainstalowali osiemnastometrowy tor startowy.

Gdy uruchomiono silnik, wydał on dziki ryk. Kilku małych chłopców, którzy przyszli tam zaciekawieni, tak się przeraziło, że prędko uciekli na drugą stronę wzgórza.

Wszystko było gotowe. Zamiast tracić czas na dyskusje, który z nich powinien polecieć pierwszy, bracia po prostu rzucili monetą. Wygrał Wilbur, więc to on wgramolił się przez kratownice między śmigła i położył płasko na brzuchu obok silnika. Biodra miał ułożone w miękko wyściełanej „kołysce” sterującej skręcaniem skrzydeł poprzez ruchy tułowia, głowę zaś unosił w górę, patrząc przed siebie ponad sterem wysokości, dzięki któremu można było kontrolować pochylenie maszyny.

Orville chwycił pionową rozpórkę na krańcu prawego podwójnego skrzydła, żeby samolot nie stracił równowagi podczas zjazdu po torze.

A potem ruszyli. Orville biegł, co sił w nogach, trzymając skrzydło aż do momentu, gdy nie potrafił już dotrzymać kroku rozpędzonej maszynie.

Jednak przy samym końcu toru Wilbur popełnił błąd. Zbyt mocno wychylił ster, w wyniku czego samolot za ostro wyleciał w górę. Skontrował, pochylając dziób w dół, ale znów zrobił to zbyt gwałtownie, przez co maszyna zaryła w piasek jakieś trzydzieści metrów od końca toru.

Braci ogarnęła euforia. Zarówno silnik, jak i tor startowy działały bez zarzutu. Uszkodzenia okazały się nieznaczne. Jak powiedział Wilbur pozostałym, jedyną przyczyną niepowodzenia był jego własny błąd, który wynikał wyłącznie z braku doświadczenia z tego rodzaju maszyną. To samo wyjaśnienie zawarł w liście do siostry i ojca.

Naprawa Flyera zajęła kolejne dwa dni. Dopiero późnym popołudniem 16 grudnia wszystko było gotowe. Podczas gdy umieszczali ją na torze przed hangarem, sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu, podszedł do nich jakiś nieznajomy, który przyglądał się całej konstrukcji, i spytał, co to jest. Jak pisał później Orville:

Gdy go poinformowaliśmy, że to maszyna latająca, spytał, czy zamierzamy nią latać. Powiedzieliśmy, że owszem, kiedy tylko wiatr będzie odpowiedni. Przyglądał się jej jeszcze przez kilka minut, aż w końcu, zapewne przez grzeczność, wygłosił uwagę, że wygląda ona, jakby mogła polecieć, „przy odpowiednim wietrze”.

Braci ta uwaga rozbawiła, uznali bowiem, że przez „odpowiedni wiatr” mężczyzna ten zapewne rozumiał coś w rodzaju szalejących niedawno wichur osiągających prędkości rzędu stu dwudziestu kilometrów na godzinę. (…)

Jako że trzy dni wcześniej rzut monetą wskazał Wilbura, teraz przyszła kolej na Orville’a. Bracia uścisnęli sobie ręce, jakby się ze sobą żegnali. Później zaś Wilbur podszedł do pozostałych i powiedział, żeby nie siedzieli z takimi ponurymi minami, tylko dopingowali Orville’a.

„Staraliśmy się” – wspominał Daniels. „Ale słabo nam wychodziło wznoszenie radosnych okrzyków, bo nie czuliśmy do tego przekonania”.

W czasie, który upłynął od roku 1900, gdy Wilbur ruszył w pojedynkę na swoją pierwszą wyprawę do Kitty Hawk i zabrał ze sobą aparat, bracia coraz bardziej zainteresowali się fotografią, która stała się bardzo ważnym elementem ich eksperymentów lotniczych. Zaczęli nawet sprzedawać sprzęt fotograficzny w sklepie rowerowym. W roku 1902 dokonali sporej jak na ich możliwości inwestycji – wydali pięćdziesiąt pięć dolarów i pięćdziesiąt pięć centów na najlepszy aparat, jaki produkowano w owym czasie w Ameryce. Był to dość spory sprzęt marki Gundlach Korona, na płyty szklane formatu pięć na siedem cali, z migawką pneumatyczną. 17 grudnia wczesnym rankiem Orville ustawił tenże aparat na drewnianym statywie jakieś dziesięć metrów od szyny startowej i polecił Johnowi T. Danielsowi nacisnąć gumową gruszkę spustu migawki w chwili, gdy Flyer będzie mijać to właśnie miejsce.

Tym razem to Orville położył się na brzuchu przy sterach, podczas gdy Wilbur stanął po prawej stronie, przy krańcu dolnego skrzydła, gotów pilnować, żeby samolot się zbyt mocno nie przechylał, gdy ruszy po torze. Mijały kolejne minuty, podczas których silnik się rozgrzewał. Jak podkreślali później bracia, żaden z nich nie miał „wcześniejszych doświadczeń” z tak skonstruowaną maszyną oraz właściwymi jej mechanizmami sterowania.

Dokładnie o godzinie dziesiątej trzydzieści pięć Orville uwolnił linę utrzymującą Flyera i maszyna ruszyła naprzód, choć niezbyt prędko, ponieważ wciąż wiał porywisty wiatr. Wilbur, trzymając lewą dłoń na skrzydle, bez trudu nadążał za sunącą po torze maszyną.

Na końcu toru Flyer uniósł się w powietrze, a John T. Daniels, który nigdy wcześniej nie obsługiwał aparatu fotograficznego, uruchomił migawkę, żeby zrobić zdjęcie – miało ono stać się jednym z najbardziej znanych historycznych ujęć stulecia.

***

David McCullough, Bracia Wright, przeł. Agnieszka Wilga, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 416

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj