Międzynarodowe Czytanie

Fragment książki: „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”

Jego pióro było jak magiczna różdżka wyczarowująca duchy przyszłości. Jak to robił? W jaki sposób Conrad, jak ujął to swego czasu karaibski pisarz V.S. Naipaul, „był wszędzie przede mną”?

Wraz z warszawskim Teatrem Studio redakcja „Polityki” proponuje swoistą alternatywę – lub uzupełnienie – do czytanych podczas Narodowego Czytania „nowel polskich”. Wyboru książek dokonało jury, w którego skład weszli: filozofka Agata Bielik-Robson, pisarka Małgorzata Rejmer, zastępca dyrektora Teatru Studio Tomasz Plata oraz nasi redakcyjni koledzy Justyna Sobolewska i Edwin Bendyk. Jedną z naszych propozycji jest książka „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, której fragment publikujemy poniżej.

***

Okładka książki „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”mat. pr.Okładka książki „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”

Ponad sto lat temu polski marynarz Konrad Korzeniowski również wybrał się do Konga; wyprawa zdawała się odwlekać bez końca, aż nagle wszystko ruszyło. W listopadzie 1889 roku Korzeniowski odbył rozmowę o pracę ze spółką mającą siedzibę w Brukseli. Dotyczyła ona stanowiska kapitana parowca na rzece Kongo. Obiecano mu posadę, lecz jego kolejne listy pozostawały bez odpowiedzi, a gdy udał się tam osobiście, by raz jeszcze dopytać o sprawę, nakazano mu czekać. Po sześciu miesiącach milczenia i niepewności Konrad otrzymał od spółki wiadomość, że stanowisko jest wolne. Miał wyruszyć do Afryki w ciągu tygodnia.

„Gdybyś tylko wiedział, w jakim byłem diabelskim pośpiechu!” – pisał do przyjaciela. „Gdybyś tylko widział te metalowe skrzynie, te rewolwery, te wysokie buty i te wzruszające pożegnania […], gdybyś tylko wiedział, ilem ze sobą wziął butelek z lekarstwami i ile czułych życzeń”. Konrad miał zostać w Kongu przez trzy lata, ale rzucił posadę po zaledwie jednym rejsie w górę i w dół rzeki, między Kinszasą a Kisangani. Dostrzegł w Kongu europejskie rządy oparte na przerażającej chciwości, przemocy i hipokryzji, i opuścił Afrykę w stanie psychicznej i moralnej rozpaczy. Dziewięć lat później, gdy na dobre osiadł w Anglii i przyjął zanglicyzowaną wersję swojego imienia i nazwiska – Joseph Conrad – przełożył te doświadczenia na powieść Jądro ciemności (1899).

Wybierałam się do Konga, ponieważ chciałam zobaczyć, co tylko się da z tego, co dostrzegł tam Conrad – bo to, co dostrzegł Conrad, kształtuje w dużej mierze to, co od tamtego czasu zobaczyli inni. Jądro ciemności pozostaje jedną z najpowszechniej czytanych powieści napisanych w języku angielskim, a adaptacja filmowa Czas apokalipsy przyciągnęła do jej literackiej wersji jeszcze więcej czytelników. Sam tytuł zaczął żyć własnym życiem. Powieść stała się probierzem dla myślenia o Afryce i Europie, cywilizacji i okrucieństwie, imperializmie, ludobójstwie, szaleństwie – o samej ludzkiej naturze.

Stała się ona także punktem zapalnym. W latach 70. XX wieku nigeryjski powieściopisarz Chinua Achebe nazwał Jądro ciemności „obelżywym i oburzającym utworem”, przesiąkniętym poniżającymi stereotypami na temat Afryki i Afrykanów. Conrad, jak stwierdził Achebe, był „cholernym rasistą”. Niedługo później znajomi spytali pewnego studenta, Baracka Obamę, pół Amerykanina, pół Kenijczyka, dlaczego czyta ten „rasistowski traktat”. „Bo [powieść] była zadana […] – zacukał się Obama. – I dlatego, że wiele się z niej dowiaduję. […] O białych. Rozumiesz, ta książka tak naprawdę nie mówi o Afryce. Ani o czarnych. Ona mówi o człowieku, który ją napisał. O Europejczyku, Amerykaninie. O pewnym sposobie patrzenia na świat”.

Gdy po raz pierwszy przeczytałam Jądro ciemności na lekcję angielskiego w szkole średniej w Ithace, cyniczne, krytyczne spojrzenie Conrada na europejski imperializm wydało mi się ekscytujące i odważne. Kiedy później czytałam esej Achebego ze swoimi studentami na Harvardzie, zaczęłam doceniać perspektywę przyjętą przez Conrada z tych samych powodów co Obama: nie tylko pomimo pewnych jej braków, lecz z ich powodu. Conrad uchwycił coś ze sposobu, w jaki władza oddziaływała na kontynenty i rasy, coś, co wydawało się równie warte zaangażowania dziś, jak w chwili gdy zaczął pisać.

A przecież Jądro ciemności było dopiero początkiem. Kiedy już zabrałam się do lektury kolejnych książek tego pisarza, raz po raz zadziwiała mnie prorocza głębia owego „pewnego sposobu patrzenia na świat”. Po 11 września i eskalacji islamskiego terroryzmu z zaskoczeniem przypomniałam sobie, że ten sam autor, który w Jądrze ciemności potępiał imperializm, napisał także Tajnego agenta (1907), którego akcja skupia się wokół terrorystycznego zamachu bombowego w Londynie. Po kryzysie finansowym 2008 roku dostrzegłam, że w Nostromie (1904) Conrad przedstawia międzynarodowy kapitalizm uciekający się do tych samych sztuczek, o jakich czytałam w dziennikach. Gdy tempa nabrała rewolucja cyfrowa, odkryłam, że w Lordzie Jimie (1900) i wielu innych dziełach Conrad poruszająco pisał o skutkach wstrząsu technologicznego w branży, którą znał najlepiej – transporcie morskim. Kiedy zaś Europę i Stany Zjednoczone elektryzowały dyskusje na temat emigrantów, na nowo zdumiewało mnie, jak Conrad zdołał napisać którąkolwiek z tych książek po angielsku – w jego trzecim języku, którego nauczył się dopiero jako człowiek dorosły.

Jego pióro było jak magiczna różdżka wyczarowująca duchy przyszłości. Jak to robił? W jaki sposób Conrad, jak ujął to swego czasu karaibski pisarz V.S. Naipaul, „był wszędzie przede mną”? Jak zdołał przed stu laty „rozmyślać nad mym światem, światem, który dziś rozpoznaję”? Gdybym mogła to zrozumieć, dowiedziałabym się czegoś o jego czasach – ale także o moich własnych.

***

„Tak na morzu, jak na lądzie – pisał o sobie Conrad – mój punkt widzenia jest angielski; ale z tego nie należy wyprowadzać, że stałem się Anglikiem. Tak nie jest. W moim razie homo duplex ma więcej niż jedno znaczenie”. Zmienił imię i nazwisko, a także narodowość. Pisał po angielsku, nie po polsku. Mówił, że papiery jego ojca spłonęły, że sam spalił listy rodziców.

Nie mógł jednak zniszczyć tego, co wypalono w jego umyśle. „Życie wspomnieniami to okrutne zajęcie” – dumał. „Ja, który mam podwójne życie – jedno z nich zaludnione tylko przez cienie, które z biegiem lat stają mi się coraz droższe – wiem coś o tym”. Od czasu do czasu, gdy pytano go o rodzinę, oddawał się wspomnieniom. Pamiętał przesiadywanie na łóżku chorego Apollona i czytanie korekt ojcowskich przekładów. Pamiętał ojca jako „człowiek[a] o wielkiej delikatności uczuć, egzaltowanym i marzycielskim usposobieniu”, głęboko religijnego i z „inklinacją do ponurości”. Wspominał go jako kogoś obdarzonego „straszliwym darem ironii”.

Conrad nigdy nie pisał otwarcie o porażce przedsięwzięć politycznych ojca, ale poczucie, że siła zmiażdży ideały – i że ideały pociągają za sobą ofiary – powracało w całym jego pisarstwie. Dokładnie w czasie, gdy pisał Tajnego agenta, mógł zauważyć jeszcze jedną ofiarę entuzjazmu rewolucyjnego. Choć autorami ataków terrorystycznych i morderstw w Wielkiej Brytanii byli w przeważającej mierze brytyjscy poddani – fenianie, indyjscy nacjonaliści i inni – groźba anarchizmu zwiększała natywistyczną wrogość wobec europejskich imigrantów, których liczba gwałtownie wzrosła. Z 7000 „Rosjan i rosyjskich Polaków” w Londynie, do którego przybył Conrad pod koniec lat 70. XIX wieku, w 1906 roku – gdy pisał Tajnego agenta – zrobiło się ponad 100 000 przybyszów, głównie Żydów. Słysząc nazwisko „Korzeniowski”, Brytyjczycy nie pomyśleliby w pierwszej chwili o bohaterskich polskich bojownikach o wolność, ale raczej o Żydach – a tych postrzegali jako biednych i brudnych albo przylizanych i pazernych, a przy tym niezdolnych i niechętnych do przystosowania się. Londyn trawiła „inwazja obcych”, jak ostrzegali działacze antyemigracyjni. Twierdzili oni (wbrew statystykom), że z powodu imigrantów spadają płace, rosną czynsze, a także kwitną porubstwo i przestępczość.

Gdy człowiek sądzi, że obcokrajowiec może mu zabrać pracę, protestuje. Gdy myśli, że może go zabić – wpada w panikę. Żadna liczba patroli nie zapewni Wielkiej Brytanii bezpieczeństwa – ostrzegali detektywi – kiedy „ludziom o bardzo niebezpiecznych skłonnościach” pozwala się „lądować w naszym kraju, w praktyce »nie stawiając im żadnych pytań«”. Niedługo po bombie w Greenwich konserwatysta, markiz Salisbury, przedstawił parlamentowi projekt ustawy mającej na celu ograniczenie emigracji i wydalenie podejrzanych obcokrajowców. Brytyjczycy „zawsze uwielbiali uważać tę wyspę za azyl tych, którzy przegrali w politycznych bojach”, przyznawał, ale „bieg wydarzeń spowodował całkowitą zmianę w owej idei prawa azylu”. W 1905 roku współpracownicy markiza uchwalili Ustawę o cudzoziemcach, po raz pierwszy w historii Wielkiej Brytanii ograniczając emigrację. Liberałowie próbowali zachować dogodne warunki dla jak największej liczby uchodźców, umożliwiając wjazd na terytorium kraju każdemu, kto stawia czoło „zagrożeniu dla życia, zdrowia i wolności”. Czyż nie jest tak, że wedle brytyjskich standardów niemal wszyscy mierzą się z zagrożeniem dla wolności? – pytali w odpowiedzi konserwatyści. Ponieważ Wielka Brytania nie mogła przyjąć wszystkich, wykreślono słowo „wolność”.

Conrad zaczął pisać Tajnego agenta kilka tygodni po wejściu ustawy w życie. Akcję książki postanowił umieścić w 1886 roku – a nie w 1894, gdy doszło do zajścia w Greenwich – czyli w roku, w którym został naturalizowanym poddanym brytyjskim.

Pisarz pocił się nad własną dwoistością na każdej stronie, co było bolesnym przypomnieniem, że „angielski jest dla mnie ciągle obcym językiem, którego używanie wymaga straszliwego wysiłku”. Z pomocą pióra starał się nagiąć żelazną barierę języka dla potrzeb prozy przeznaczonej wyłącznie dla Anglików, przewidując „skutki, jakie wywrze ona na angielskim czytelniku”. Gdy skończył Tajnego agenta, wiedział, że książka ta wyznaczyła „wyraźnie nowy kierunek w mojej twórczości”. Aż do tamtej chwili krytycy widzieli w nim „pisarza morza”, który opublikował szereg odkrywczych powieści koncentrujących się na marynarzach i statkach. Tym razem otrzymywali książkę „bez choćby kropli wody – poza deszczem, co dość naturalne, ponieważ wszystko dzieje się w Londynie”. Conrad miał nadzieję, że dzięki zmianie tematu pozyska szersze grono i innego rodzaju czytelników.

Liczba sprzedanych egzemplarzy jednak rozczarowywała. Pisarz miał z tego tylko tyle, że recenzenci wyrażali się o nim z entuzjazmem „jako o swego rodzaju fenomenie, zdumiewającym cholernym obcokrajowcu piszącym po angielsku”. „Podejrzewam, że musi być we mnie coś, co zraża czytelników. […] Przypuszczam, że to obce pochodzenie”. Niewiele później recenzent „dureń” z „The Daily News” pisał „z bóg wie jakiego powodu, że jestem człowiekiem bez kraju i języka”. Zniewaga ta poruszyła Conrada bardziej niż jakiekolwiek słowa krytyki, z którymi się w życiu spotkał. „To jak obrażanie człowieka, który zapomniał języka w gębie. Bo cóż można powiedzieć. […] Każda odpowiedź wiązałaby się z wyjawianiem zbyt wielu uczuć, wzniecałaby zbyt wiele utajonej goryczy i złożonej wierności, by w ogóle mieć nadzieję na jej zrozumienie”. Ale kilka tygodni później znalazł sposób, by odpowiedzieć na wymierzone w niego, „cudzoziemskiego” autora Tajnego agenta, oskarżenia. Zaczął pisać pamiętnik, Ze wspomnień.

W Tajnym agencie uchwycona została tragiczna ironia życia Conrada. Wychowano go, by był częścią kraju – Polski – w którym tak naprawdę nigdy nie mógł żyć, ponieważ nie istniał on oficjalnie. Jego przybraną ojczyzną stał się natomiast kraj, którego częścią nigdy do końca nie był, ponieważ na swój sposób pozostał obcy, i to do pewnego stopnia z wyboru. „Żyłem wśród obcych, ale nie z obcymi, i wędrując po świecie nigdy nie opuściłem »Krainy Pamiątek«”. Dom dla niego nie istniał.

Maya Jasanoff, „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, przeł. Krzysztof Cieślik i Maciej Miłkowski, Wydawnictwo Poznańskie

Przeczytaj inne fragmenty z dwudziestki wybranych przez nas książek »

.mat. pr..
Reklama

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama