„Creepy clowns” wyszły na ulice

Klany klaunów
„Wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał klaun” – komentują złośliwie ci, którym Trump źle się kojarzy. Obecny prezydent USA na kiepską opinię sobie zapracował. A klauny?
Współcześnie częściej niż ze smutkiem klauny kojarzone są z wrogością, złem wcielonym, traumami z dzieciństwa.
Greame Maclean/Flickr CC by SA

Współcześnie częściej niż ze smutkiem klauny kojarzone są z wrogością, złem wcielonym, traumami z dzieciństwa.

Dziwnym zbiegiem okoliczności policjanci na ogół nie potrafią ich wytropić.
materiały prasowe

Dziwnym zbiegiem okoliczności policjanci na ogół nie potrafią ich wytropić.

audio

AudioPolityka Aleksandra Żelazińska - Śmiesznie że aż strach

Rzecznik prasowy Białego Domu Josh Earnest odpowiadał już w swojej karierze na najdziwniejsze pytania. 4 października, jeszcze za prezydentury Baracka Obamy, też nie dał zbić się z tropu. Chociaż było blisko, bo po serii zapytań o huragan Matthew i stosunki syryjsko-rosyjskie jeden z zatroskanych dziennikarzy zahaczył o kwestię dla wielu Amerykanów wówczas zasadniczą – czyli o klauny. Czy prezydent zdaje sobie sprawę z zagrożenia? – dociekał publicysta. Po sali rozszedł się rechot.

Nie chodziło, rzecz jasna, o Donalda Trumpa i jego prezydenckie aspiracje, ale o incydenty z udziałem klaunów właśnie. A ściśle rzecz ujmując: osób, które wywołują panikę, bo wkładają kolorowe kostiumy, za duże buty, bujne peruki i czerwone, gąbczaste nosy. Atrybuty może zabawne z osobna i w cyrku, ale niekoniecznie w zwykłych okolicznościach. Bo któż by chciał natknąć się na klauna w lesie, szkole albo supermarkecie?

Jak u braci Grimm

W zachodnich mediach mówi się o nich „creepy clowns” – upiorne klauny. I rzeczywiście, jest coś upiornego w doniesieniach o przebierańcach, którzy wabią dzieci i straszą dorosłych. Głównie dlatego, że dziwnym zbiegiem okoliczności policjanci na ogół nie potrafią ich wytropić. W więziennych celach wcale też nie przesiadują brutale w osobliwych kostiumach i z dorysowanymi na twarzach uśmieszkami (byłby to w istocie widok upiorny). Komentatorzy ostatnich wydarzeń w USA pytają więc zasadnie: jest się czego obawiać? A może daliśmy się ponieść zbiorowej histerii?

Relacje naocznych świadków, nawet te słabo udokumentowane, działają jednak na wyobraźnię. Zwłaszcza że świadkami najczęściej są dzieci. Latem w Karolinie Południowej klauny miały zwabiać je do lasu w zamian za pieniądze. „Klauny mieszkają w lesie, w pobliżu chaty stojącej nad stawem” – przekonywały dzieci. Brzmi jak początek baśni braci Grimm, ale policjanci sprawy nie zlekceważyli. Choć nie odnaleźli też żadnych dowodów, które potwierdzałyby dziecięcą wersję wydarzeń. „Nawet kosmka kędzierzawej peruki” – zanotował półserio „New York Times”. Ale klauna w tym samym hrabstwie Greenville zauważyła też nieco starsza kobieta. Nic nie robił, stał tylko pod latarnią i do niej machał (tu znów kąśliwy komentarz „New York Timesa”: „Odmachała mu”, ale ten podobno nie odwzajemnił już pozdrowienia). Mimo że i tym razem policjanci nie natrafili na żaden ślad, właściciel okolicznych nieruchomości zalecił mieszkańcom ostrożność. Dzieciom pod żadnym pozorem nie pozwalano na samotne tułaczki, zwłaszcza nocą i zwłaszcza w stronę lasu. Podniesiono alarm, częściej patrolowano ulice, sąsiedzi kolportowali ostrzegawcze ulotki. Ich kopie do tej pory krążą po Facebooku.

O spokój i zdrowy rozsądek apelowali do mieszkańców policjanci także w innych stanach. W Alabamie, na Florydzie, w Kentucky, New Jersey, Nowym Jorku, Ohio, Pensylwanii, w Teksasie, jak Ameryka długa i szeroka, lokalne władze nie mogły się pochwalić skutecznością swoich mundurowych, bo klauny, choć raczej rzucają się w oczy, najwyraźniej mają zdolność umykania ludziom z odznakami. A dziwacznych doniesień tylko przybywało: jeden chłopiec zeznał, że klaun go gonił. Inni świadkowie – że widzieli nie jednego, lecz bandę klaunów prowadzących tira. Gdzie indziej grupa kolorowych typów zaczaiła się na ludzi w centrum handlowym. W niektórych szkołach na wszelki wypadek przeprowadzono manewry ewakuacyjne, część placówek na krótki czas w ogóle zamknięto.

Złowieszcze klauny znalazły naśladowców i po drugiej stronie Atlantyku. Były widziane w Wielkiej Brytanii, Walii, Szkocji, Szwecji i Niemczech. W okolicach placów zabaw, szkół i marketów, wymachujące nożami, goniące ludzi, przeraźliwie chichoczące. „To musiały być klauny, prawda? Czy naprawdę nie dało się rozsiać ogólnokrajowej paniki w staroświeckim stylu? Z powodu, powiedzmy, zombie albo nastoletnich, seksownych wampirów? – pytał ironicznie reporter CNN. – Wielkie dzięki, Ameryko”. Na Wyspach i w USA parę osób zatrzymano, bo choć nie wyrządziły nikomu fizycznej krzywdy, to siały postrach już samą cyrkową aparycją.

Polowanie na klauny

Łatwiej się przestraszyć w dobie mediów społecznościowych. Bo nawet jeśli incydenty były i są pojedyncze, a policjantom do tej pory nie udało się złapać nikogo na gorącym uczynku, to użytkownicy sieci dyskutują, plotkują i sieją panikę po mistrzowsku. „Uważajcie na siebie, klauny naprawdę atakują!” – ostrzegała na Twitterze Megan Bell, Brytyjka, która sama przed jednym uciekła. Gonił ją ponoć pół minuty, odprowadził prawie pod sam dom. „Nigdy w życiu nie biegłam tak szybko – przyznała. – Przeżyłam traumę!”.

„Wystraszyłam się na śmierć” – relacjonowała z kolei Emma Smith, która udała się z córką na zwykły spacer. Klaun pojawił się znikąd, przyjął dziwną pozę, spoglądał złowrogo – i więcej robić nie musiał. W sieci roi się też od zdjęć – klaunów przyłapanych w niecodziennych okolicznościach, w przyczepach, na rowerach, chadzających ulicami jak gdyby nigdy nic.

I tylko jeden Stephen King chłodzi społeczne nastroje. „Ludzie, pora skończyć z tą histerią – apelował pisarz na Twitterze. – Klauny w większości są dobre, rozweselają dzieci, mają rozśmieszać”. Czytelnicy szybko mu wypomnieli, że sam się sprawie nieco przysłużył. Morderca z powieści „To” z 1986 r. często przybierał postać Tańczącego Klauna. W ogóle miał zdolność do przeobrażania się w postaci, które działały akurat na wyobraźnię jego ofiar (zawsze dzieci), figur z sennych koszmarów, ucieleśnień najpowszechniejszych ludzkich fobii. Irracjonalny lęk przez klaunami ma nawet własną nazwę – koulrofobia pochodzi z greckiego, koulro oznacza szczudlarza.

Histeria wybuchła właśnie w latach 80., na chwilę przed premierą książki Kinga. Incydenty, które miały wtedy miejsce, były podobne do dzisiejszych: ludzie widzieli klauny, choć nikt potem nie mógł tego poświadczyć. Loren Coleman, specjalistka w dziedzinie kryptozoologii (dyscypliny, której naukowość zoologowie rzecz jasna kwestionują), analizowała ten fenomen i w 1981 r. wymyśliła termin phantom clowns – klauny zjawy, wyimaginowane upiory. Rzecz faktycznie jak ze scenariusza filmu „Polowanie” Thomasa Vinterberga – dzieci rzucały oskarżenia, ale brakowało dowodów, żeby komukolwiek stawiać zarzuty.

W latach 90. klauny widziane przez dzieci i dorosłych podejrzanie często przypominały Homeya D. Clowna, postać z serialu „In Living Room”, odgrywaną przez Bogu ducha winnego Damona Wayansa. Klauny, których nie da się wytropić, zdaniem badaczy folkloru wyrastają więc na bohaterów jeszcze jednej miejskiej legendy – w rodzaju polskiej czarnej wołgi. A w miejskich legendach zawsze były elementy przerażające i moralizatorskie zarazem. Strach zwykle ma czemuś służyć. Dlatego zachodni socjologowie niespecjalnie się dziwią, że ostatnie szaleństwo w Stanach wybuchło w kulminacyjnym momencie wyścigu do Białego Domu, kiedy widmo zwycięstwa Trumpa wydawało się już całkiem realne. Klauny – wyimaginowane czy nie – miały stanowić dowód, że w świecie dzieje się źle.

Mądry błazen, smutny Stańczyk

Wizerunek groźnego klauna w ogóle dobrze się przez lata ukonstytuował. Klauna łatwo zresztą zeszpecić – zakrwawić kostium, wyrwać kilka guzików z koszuli, wykrzywić mu uśmiech. Nawet niewinnie uśmiechnięty wygląda dość upiornie. Korzystają z tego skwapliwie scenarzyści horrorów klasy B i seriali, klaun bywa więc mordercą, a w najlepszym razie uciążliwym prześladowcą, na dużym i małym ekranie. Jak choćby w czwartej serii „American Horror Story” z hasłem „Freak Show” w podtytule, wyraźnie nawiązującej do estetyki filmu „Dziwolągi” z 1932 r. Serialowy klaun Twisty, opasły, z wiecznie odsłoniętym rzędem szarych zębów i zielonym, choć skromnym ufryzowaniem, zasadzał się na ludzi, porywał ich i mordował. Kryła się za tym rzecz jasna smutna historia życiowego rozczarowania i oskarżeń o molestowanie dzieci w czasach, gdy jeszcze był klaunem, by tak rzec, przyjacielsko nastawionym do świata.

O ile klauny w ogóle mogą dobrze się kojarzyć. Benjamin Radford, autor książki „Bad Clowns” (Złe klauny), tłumaczy w wywiadach, których sporo ostatnio udziela, że figura dobrego, rozbawiającego ludzi klauna jest zupełnie nowoczesna. Bo gdyby spojrzeć parę wieków wstecz, to nic życzliwego nie dałoby się o nich powiedzieć. Dalekimi krewnymi klaunów były wszak np. nadworne błazny, w hierarchii społecznej usytuowane bardzo nisko. Czasem złośliwe, czasem niegrzeszące inteligencją, czasem wręcz przeciwnie – objawiające światu fakty tyleż ponure, co prawdziwe.

Spójrzmy choćby na polskiego Stańczyka, smutno zadumanego na obrazie Matejki. Bo też pierwsze klauny, jakie zapisały się w historii i na kartach literatury, były nawet nie złe czy groźne, ale przede wszystkim rozczarowane porządkiem rzeczy, przygnębione. Ponurego klauna jako pierwszy sportretował – zdaniem Radforda – Charles Dickens w „Klubie Pickwicka”, debiutanckiej powieści pisarza publikowanej w odcinkach w latach 30. XIX w. Dickens inspirował się zresztą życiorysem autentycznego klauna Josepha Grimaldiego, który sam o sobie mówił, że włóczy się nieszczęśliwy od rana do nocy. U Dickensa szukał pociechy w alkoholu.

Jeszcze w pierwszych dekadach XX w. – za sprawą Charliego Chaplina chociażby – klaun kojarzył się głównie słodko-gorzko. Bywał smutny, a jeśli żartował, to też nie zawsze w wyszukany sposób (chyba że kogoś bawi obrzucanie tortami albo formowanie zwierzaków z balonów). Właśnie ta jego niejednoznaczność, dwoista natura, wywoływała w ludziach lęk i dysonans. Wciąż wywołuje, choć dzisiaj przeważają w niej inne pierwiastki.

Współcześnie częściej niż ze smutkiem klauny kojarzone są z wrogością, złem wcielonym, traumami z dzieciństwa. Poniekąd przez historię Johna Wayne’a Gacy’ego, seryjnego mordercy, który w połowie XX w. zabijał głównie męskie prostytutki. W tzw. drugim życiu Gacy dorabiał poczciwie – bo charytatywnie – jako klaun. Ostatecznie został skazany na śmierć przez zatrucie.

Swoje zrobiły potem popkultura i horrory, o których słusznie się mówi, że chodzi w nich nie o to, czego się obawiamy, ale o to, jak na ten strach reagujemy: czy rzucamy się do walki, czy do ucieczki. Dokładnie na tych mechanizmach bazuje grupa DmPranksProductions, która – jak w Polsce Sebastian Wardęga – zajmuje się prankami, czyli żartami filmowanymi z ukrycia i publikowanymi potem na YouTube. DmPranksProductions mają słynną serię z klaunami, które polują na ludzi w pełnym uzbrojeniu, np. na stacjach benzynowych. Ludzie na ich widok wpadają zwykle w popłoch i wrzeszczą, na koniec dowiadują się zaś, że to tylko żart i nic im nie grozi. Czasem za późno, bo zdążą już zaalarmować odpowiednie służby, wezwać pomoc. Policjanci w paru brytyjskich miastach apelowali wręcz w tym roku, żeby autorzy pranków poszli po rozum do głowy i nie marnowali ich czasu i zaangażowania.

Czasy upiorów

A co z klaunami, które nie są upiorne – wynajmowanymi na kinderbale, chadzającymi po cyrkowych arenach z naręczami balonów? To dziś najwięksi poszkodowani. Robert Bowker, rzecznik prasowy klubu Clowns International w USA, a zarazem klaun występujący pod pseudonimem Bibbledy Bob, rozzłościł się nie na żarty. W felietonie opublikowanym na portalu „Guardiana” zauważył: „Zawsze kiedy w medialnych doniesieniach mowa o wybuchu masowej histerii, okazuje się, że: 1) do żadnego morderstwa nie doszło; 2) żaden klaun w te przypadki nie-morderstw nie był zaangażowany”.

Bowker wszystkich prawdziwych czy domniemanych napastników nazywa młodocianymi idiotami, którzy noszą „tanie maski”, atakują nieznajomych i działają na szkodę całego środowiska klaunów profesjonalistów. „Czy sam fartuch lekarski uczyniłby ze mnie lekarza?” – pyta retorycznie. A o wybuch histerii obwinia rodziców, którzy nie zapewniają nastoletnim pociechom dość rozrywki – te więc bawią się po swojemu, czyli straszą niewinnych ludzi.

W podobnym tonie wypowiada się w mediach Mike Becvar, też profesjonalny klaun, założyciel strony Just For Clowns. I przypomina, że św. Mikołaj – w którego wierzy ponoć coraz mniej dzieci w Polsce i na świecie – też czasem bardziej przeraża, niż cieszy. Dzieci, sadzane w przedszkolach czy centrach handlowych na kolanach postawnego brodacza w czerwonym kostiumie, reagują czasem histerycznym płaczem. „Ale czy to oznacza, że św. Mikołaja też należy się obawiać?” – pyta Becvar.

Zdaniem specjalistów do masowych wybuchów paniki dochodzi zwłaszcza w czasach niepewnych, kiedy słabnie zaufanie do instytucji i władz. W latach 80. te społeczne niepokoje sprzyjały rozkwitowi ruchów okultystycznych. W latach 90. za owoc społecznej niepewności uznano np. uzależnienie od… zbierania pokemonów. Kilka dekad wcześniej, po drugiej wojnie światowej, w miejscowości Mattoon w stanie Illinois grasował człowiek (lub grupa ludzi) pod pseudonimem Mad Gasser, zakradający się do domów i rozpylający tajemniczy gaz. Sprawy do tej pory nie udało się wyjaśnić. Tak jak teraz nie udaje się namierzyć klaunów albo złowrogich św. Mikołajów. Jeśli więc coś z ostatnich wydarzeń na świecie wynika, to to, że wyjątkowo upiorne są nie tyle klauny, ile czasy.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną