Moje miasto

Napijmy się herbaty

Sztuka na poznańskich salonach

Taką alegorię Czerwca 1956 r. malował Franciszek Starowieyski w 50 rocznicę wydarzeń. Poznańska publiczność i oburzała się, i chwaliła. Taką alegorię Czerwca 1956 r. malował Franciszek Starowieyski w 50 rocznicę wydarzeń. Poznańska publiczność i oburzała się, i chwaliła. Przemysław Graf / Reporter
Jak na tak mieszczańskie, konserwatywne miasto, Poznań wyjątkowo obfituje w skandale – najnowszy to ten związany z odwołaniem spektaklu "Golgota Picnic" na tegorocznym festiwalu Malta.
Festiwal Malta 2014. Część młodych łaknie tylko piwa, a inni – jednak kultury.Maciej Zakrzewski Festiwal Malta 2014. Część młodych łaknie tylko piwa, a inni – jednak kultury.

Rok 1999, Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta, tłumy widzów zalewają Poznań, na każdym ulicznym spektaklu ścisk, wejście na salowe przedstawienie graniczy z cudem, wszystkie pokoje w hotelach zajęte, knajpy pękają w szwach.

Rok 2013, w odnowionych przestrzeniach prężnie działającego Centrum Kultury Zamek cykl najgłośniejszych spektakli ze świata, zaproszonych pod wspólnym hasłem „Nie jesteś mi obojętny”. Na pierwszych dwóch wydarzeniach w Sali Wielkiej dysponującej 300 miejscami ok. 100 widzów, w tym 20-osobowa grupa teatromanów z Warszawy, która skrzyknęła się na Facebooku i przyjeżdżać będzie na każde przedstawienie.

Szklanka do połowy pełna...

Co się stało w Poznaniu przez te kilkanaście lat?

Zmieniły się czasy, oferta i publiczność – uważa Michał Merczyński, szef festiwalu Malta. – Kiedyś gwałtowna burza przerwała plenerowy spektakl, na którym było 15 tys. widzów, ale połowa została mimo ulewnego deszczu. Teraz jest wielki wybór różnych imprez w całej Polsce, a z nadmiaru rodzi się lenistwo, ale ja się nie obrażam na publiczność – podsumowuje Merczyński.

A przecież Poznań od najlepszych lat Teatru Ósmego Dnia (czyli od lat 70.) jest prawdziwym zagłębiem teatralnego offu, działają tu Teatr Biuro Podróży, Strefa Ciszy, Usta Usta Republika, Porywacze Ciał, Asocjacja 2006 Lecha Raczaka, Radykalna Frakcja Medialna Mazut czy Teatr Automaton.

Lepiej z frekwencją jest podczas festiwali, których kilka rokrocznie odbywa się w mieście. Najbardziej znany to oczywiście kiedyś teatralny, a dziś interdyscyplinarny Międzynarodowy Festiwal Malta (a poza nim Festiwal Filmów Młodego Widza Ale Kino, Filmów Animowanych Animator, filmowy Transatlantyk, muzyczne – Ethno Port, Tzadik Poznań Festival, Made in Chicago).

Prof. Sławomir Magala, socjolog z Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie, który analizował wyniki badań na ponaddwutysięcznej próbie poznańskich maturzystów i studentów, do wydarzeń kulturalnych dorzuca typowo festynowe kiełbasowo-piwne Juwenalia i Jarmark Świętojański, bo biorący w nich udział uważają, że uczestniczą w kulturze.

Inny ekspert prof. Jonathan Vickery z  Center for Cultural Policy Studies dodaje: „oferta Poznania w kontekście europejskim jest imponująca w zakresie jej jakości, ilości i różnorodności. Poznań nie odbiega w tym zakresie od miast o porównywalnej wielkości, takich jak Göteborg, Saragossa, Glasgow, Lipsk, Genua czy Rotterdam”.

...ale od połowy pusta

Czytając wnioski z tych badań, można odnieść wrażenie, że i eksperci, i sami badacze uważają, że szklanka jest do połowy pełna. Ludzie tworzący w Poznaniu kulturę twierdzą, że jest od połowy pusta. I dlatego gdy Poznań jako jedyne duże miasto nie przeszedł do drugiego etapu starań o Europejską Stolicę Kultury, powołali Sztab Antykryzysowy. Chcieli zrozumieć, dlaczego nie udało się stworzyć dobrej oferty. Jednym z efektów była zmiana na stanowisku wiceprezydenta od kultury. Czy na lepsze? To dla wielu ludzi kultury dyskusyjne. W Poznaniu mówi się, że bez błogosławieństwa Ostrowa Tumskiego (tam mieści się poznańska kuria) nie da się obsadzić tego stanowiska.

– Cyganeria, bohema to są pojęcia Poznaniowi z gruntu obce – mówi Lech Raczak, twórca i wieloletni lider Teatru Ósmego Dnia. – Ludzi kultury traktuje się jak petentów, którzy ciągle chcą pieniędzy.

W Poznaniu dominujące jest dążenie do mieszczańskiej normalności, do chodzenia utartymi ścieżkami – ma się normalną rodzinę, w niedzielę idzie się normalnie do kościoła, potem na obiad rosół, po obiedzie na słodkie do teściowej, a po domu chodzi się w dresie i laczkach.

A jednak – uważa Raczak – jest jakaś siła przyciągająca w tym mieście. Sztuka potrzebuje oporu, muru, przez który trzeba się przebić.

Ewa Łowżył, artystka fotografka, kostiumografka, wraz z mężem prowadzi KontenerArt „mobilne centrum kultury i sztuki”. – Poznań jest dobrym miejscem dla uprawiania sztuki. Paweł Grobelny, dizajner znany bardziej w świecie niż w Polsce, twierdzi, że Poznań jest dla niego świetnym miastem do pracy, bo nic go tu nie rozprasza. Wojciech Bąkowski, grafik, performer, muzyk i poeta, często powtarza, że to miasto jest tak złym miejscem dla sztuki, że aż bardzo dobrym.

Wobec tego muru i oporu, o którym mówi Raczak, funkcjonuje niezwykły poznański fenomen – najstarszy w Polsce squat Rozbrat. Od dwudziestu lat prężne środowisko anarchistów organizuje koncerty, spektakle, spotkania z intelektualistami, warsztaty artystyczne, wydaje książki, ale też broni lokatorów zastraszanych przez „czyścicieli kamienic” i jest nieustannie nękane przez poznańską policję i prokuraturę. Założyciele Rozbratu to dziś czterdziestolatki. Są na mapie Poznania tym, czym w Warszawie jest tęcza na placu Zbawiciela – gwoździem w bucie. U nich jest zawsze pełno, ale przeważają stali bywalcy. Poznańscy studenci raczej tu masowo nie zaglądają, podobnie jak na większość wydarzeń kulturalnych w mieście.

Młodzi nie chcą zmieniać świata

120-tysięczna rzesza studenterii oraz młodzi mieszkańcy okolicznych miejscowości szczelnie zapełniają w weekendy Stary Rynek – pijane wrzaski niosą się do rana aż do Warty, przez Rynek nie da się przejść. Ta młodzież nie nakręca biznesu kawiarnianym ogródkom – w sklepach 24 h, które szczelnym wianuszkiem otoczyły Starówkę, kupuje najtańsze piwo i wino i obsiada krawężniki, chodniki, fontanny, sika w bramach, do których w poniedziałek nie można wejść bez zatykania nosa. Rankami piękny zabytkowy Rynek jest pokryty szczelnym dywanem potłuczonego szkła. Ostatnio głośno było o tradycyjnym już grillowaniu na kampusie uniwersyteckim na Morasku – młodzi ludzie zjeżdżają tam z całego miasta i okolic, smażą kiełbasy i piją. W tym roku skończyło się to totalną demolką tramwajów i śmiercią młodego człowieka. W tramwajach wyrywano drzwi, wyrzucano z nich pasażerów.

Lech Raczak, który jest też wykładowcą na Poznańskim Uniwersytecie Artystycznym, zauważa zmianę, jaka dokonała się wśród studentów przez 10 lat: – Nadal są bardziej i mniej zdolni, ale już nie chcą zmieniać świata.

W Poznaniu istnieje elita kreatywnych i aktywnych ludzi tworzących kulturę wyższą, która musi się bić o małą garstkę odbiorców, gotowych jeszcze wykonać jakiś wysiłek mentalny, emocjonalny czy intelektualny. Bo naturalny jeszcze dziesięć lat temu klient, czyli młodzież, ma teraz inne priorytety.

Jest jeszcze coś, co może jest nie tylko tutejszym fenomenem – rzeczy zlekceważone w Poznaniu zostają zauważone poza nim. „Dziady” Teatru Nowego, wyreżyserowane przez Radosława Rychcika, dostały Grand Prix na ostatnim festiwalu Polskiej Klasyki w Opolu i wzbudziły zachwyty krytyków. Na miejscu nikt nie zwrócił na nie uwagi. Raczak twierdzi, że ten spektakl doskonale wpisuje się w trendy obowiązujące w Warszawie, ale nie jest interesujący dla przyzwyczajonej do utartych ścieżek poznańskiej publiczności.

– W stolicy tworzą się mody artystyczne, schodzą na prowincję, tam się banalizują i upraszczają. Potrzeby Warszawy są decydujące, ponieważ w stolicy powstaje cały opis i interpretacja tego, co się dzieje w kulturze w Polsce. Dlatego ten cykl POLITYKI też jest wpisany w ten proces – uważa Raczak. – Warszawa nas recenzuje, a jak wiadomo przynajmniej od 120 lat prawdziwa sztuka rodzi się na prowincji.

My, mieszczanie

Zapewne, tylko musi mieć jeszcze dla kogo powstawać. Poza studentami preferującymi juwenalia jest jeszcze tradycyjne i dominujące tu poznańskie mieszczaństwo.

Ewa Łowżył: – Łatwiej byłoby poznaniakom zaakceptować taką potężną klęskę społeczną, jaką stały się afera Paetza i Kroloppa, gdyby w Poznaniu nie panował wielki międzypokoleniowy kult sukcesu i prestiżu. Tu rządzą rody poznańskie, które wysyłają dzieci na medycynę, prawo, na lekcje tenisa, na zagraniczne stypendia, tu wypada odnosić same sukcesy. Przyznając się do porażki, puszczasz towarzyskiego bąka.

W Poznaniu pod pruskim zaborem zamiast romantycznych zrywów kwitł pozytywizm i praca u podstaw. Rozwijała się gospodarka, ale zabrakło drugiej nitki – intelektualnej i kulturowej – bo zabrakło wybitnych intelektualistów i artystów. A ci, którzy się tu rodzili, przeważnie stąd uciekali i tak jest do dziś poza nielicznymi wyjątkami.

Kultową poznańską rodziną są fikcyjni Borejkowie, bohaterowie sagi Małgorzaty Musierowicz „Jeżycjada”, którą zaczytywały się panienki z dobrych poznańskich domów. CK Zamek wraz z Komuną Warszawa w ramach projektu „My, mieszczanie” wystawił właśnie spektakl „Teren Badań – Jeżycjada”, który odnosi się do wyidealizowanego świata stworzonego przez Musierowicz.

Jest w tym spektaklu piosenka, w której pojawiają się różne problemy rodzinne – ktoś jest w niechcianej ciąży, ktoś się rozpił – rodzina odpowiada na to niezmiennym refrenem „pijemy herbatę”. Typowo poznańska reakcja – zamiećmy wszystko pod dywan, byleby dalej było miło.

Łowżył: – To tu na studiach dostałam złotą radę od profesora ASP – rób zawsze to samo, to odniesiesz sukces.

Jak na tak mieszczańskie, konserwatywne miasto Poznań wyjątkowo obfituje w skandale – najnowszy to odwołanie spektaklu „Golgota Picnic” Rodrigo Garcíi na tegorocznym festiwalu Malta (pierwsze przedstawienie miało się odbyć 27 czerwca). Protestują ludzie, którzy spektaklu oczywiście nie widzieli, ale wystarczy im sam tytuł i opis, aby grozić prezydentowi Ryszardowi Grobelnemu wywiezieniem na taczkach, jeśli do spektaklu dopuści. Niezagrany jeszcze spektakl, który jest dyskursem z tradycją i ikonografią chrześcijańską, protestem przeciw konsumpcjonizmowi i komercjalizacji wszystkich sfer życia, łącznie z życiem duchowym, bardziej w Poznaniu obraża Chrystusa niż arcybiskup Paetz molestujący kleryków czy pedofil Krolopp, który przez lata przy milczącej aprobacie rodziców i poznańskich elit wykorzystywał seksualnie chórzystów.

Poznaniaków obraża również Ewa Wójciak, dyrektorka Teatru Ósmego Dnia, ze swoją niedającą się objąć poznańską mentalnością potrzebą mówienia głośno, co myśli – pozytywnie o Palikocie czy negatywnie o arcybiskupie Bergoglio. Obraża też gejowski klub Pokusa – donosi oburzony „Głos Wielkopolski”, który innym seksklubem CoComo zainteresował się dopiero wtedy, kiedy jeden z jego klientów zgłosił wyłudzenie miliona złotych – ale CoComo jest dla heteroseksualnych mężczyzn, porządnych poznańskich ojców rodzin, którzy po szalonym wieczorze wrócą do swoich domów i zasłonią firanki.

No cóż, napijmy się herbaty.

Autorka jest dziennikarką radiową, redaktor naczelną Polskiego Radia RDC.

Polityka 26.2014 (2964) z dnia 24.06.2014; Portrety miast: POZNAŃ; s. 61
Oryginalny tytuł tekstu: "Napijmy się herbaty"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Wojna secesyjna: arystokrata Lee kontra łachmyta Grant

150 lat temu skończyła się wojna secesyjna. Armiami stron dowodzili generałowie Robert Edward Lee i Ulisses Grant. Reprezentowali dwie bardzo odmienne wersje sukcesu z amerykańskiego snu.

Grzegorz Mathea
14.04.2015
Reklama