Moje miasto

Atak ulicznych zombie

Miasta walczą z zombie

Moskwa, wbudowane w chodnik światła ledowe, których kolory zmieniają się wraz z tradycyjną sygnalizacją pionową. Moskwa, wbudowane w chodnik światła ledowe, których kolory zmieniają się wraz z tradycyjną sygnalizacją pionową. Mikhail Pochuyev/TASS / Getty Images
Wpatrując się bez przerwy w ekran smartfona na ruchliwych ulicach, można stracić życie. Niektóre miasta próbują już temu przeciwdziałać.
Najlepiej byłoby, gdyby idąc ulicą, nie korzystać w ogóle ze smartfona.bodnarphoto/PantherMedia Najlepiej byłoby, gdyby idąc ulicą, nie korzystać w ogóle ze smartfona.
„Zachowaj uwagę podczas spaceru. Aktualizacja statusu na Facebooku może zaczekać” - znak drogowy w Nowym Jorku.Laurentiu Garofeanu/Barcoft Media/Getty Images „Zachowaj uwagę podczas spaceru. Aktualizacja statusu na Facebooku może zaczekać” - znak drogowy w Nowym Jorku.

Artykuł w wersji audio

Mateusz Banaszkiewicz spieszył się tego dnia do pracy. Chcąc przejść przez jezdnię na pasach, szybko rozejrzał się, czy nie nadjeżdża samochód, ale uwagę miał skupioną na telefonie, który trzymał w ręku. – Po chwili zbliżyłem się do drugiego przejścia, bardzo podobnego do poprzedniego, przy którym była już jednak sygnalizacja świetlna. Akurat paliło się czerwone światło, ale zaabsorbowany esemesem o mało nie wszedłem pod skręcające z lewej strony auto, które miało pierwszeństwo.

Takie sytuacje przytrafiają się coraz częściej. Nawet – jak widać – psychologom takim jak Mateusz, który na Uniwersytecie SWPS w Warszawie zajmuje się na co dzień psychologią zdrowia, a także kwestiami szkodliwych nawyków i skutkami automatyzmu myślenia.

Wielu pieszych wpatrujących się w ekrany telefonów komórkowych i tablety przestaje zwracać uwagę na otoczenie. Rozmawiają, piszą, słuchają muzyki, sprawdzają maile, zaglądają na Facebooka, a nawet czasem robią selfie na pasach.

Ta uporczywa chęć kontrolowania wszystkiego, co dzieje się w sieci, może prowadzić do rozmaitych uzależnień, ale zaczyna też mieć coraz poważniejsze konsekwencje dla bezpieczeństwa ruchu drogowego. – Tracimy czujność – przyznaje Mateusz Banaszkiewicz. Nowe zjawisko doczekało się już swojej nazwy: „smartfonowe zombie”.

Komórka na drodze

W Polsce nie ma szczegółowych analiz zachowania pieszych, ale gołym okiem widać, jak często na jezdnię wchodzi ktoś ze wzrokiem utkwionym w komórce. To właśnie znane z horrorów współczesne zombie, czyli żywe trupy, które nie zwracając uwagi na to, co robią, mogą trafić pod koła aut, tramwajów czy rozpędzonych rowerów. Maria Dąbrowska-Loranc, kierująca Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w Instytucie Transportu Samochodowego, zna statystyki zagraniczne, opublikowane np. przez międzynarodową firmę Dekra, która przyjrzała się zachowaniu 14 tys. pieszych w sześciu stolicach Europy: – Na ulicach Brukseli, Amsterdamu, Berlina, Paryża, Rzymu i Sztokholmu ze smartfonów korzysta w różny sposób średnio 17 proc. osób. W Sztokholmie był to co czwarty pieszy, w Amsterdamie – co dwunasty.

Być może Holendrzy wiedzą, jak łatwo wpaść w ich stolicy pod rower lub tramwaj, jeśli uwaga pieszego zostanie przez moment odwrócona od tego, co dzieje się na chodniku, ale przecież także w Warszawie i innych miastach Polski, gdzie zaczął się już sezon rowerowy, łatwo w takich okolicznościach o wypadek. Poza mieszkańcami Amsterdamu wszyscy cierpimy na brak wyobraźni – z badania Dekra wynika, że przechodząc przez ruchliwe jezdnie, niemal 8 proc. pieszych pisze wiadomości, 5 proc. słucha muzyki, blisko 3 proc. dzwoni, a 1,4 proc. wykonuje różne z tych czynności jednocześnie. – Widuję nieraz matki z wózkami, które wchodzą na pasy, pisząc esemesy – przyznaje Maria Dąbrowska-Loranc.

Zdarza się i tak, że młody człowiek ma tak zaprzątniętą uwagę tym, co akurat ogląda w smartfonie, że staje na środku drogi, nie zdając sobie sprawy, gdzie jest, dopóki kierowcy nie zaczną trąbić. Z analiz wynika, że ci, którzy wchodzą na jezdnię wpatrzeni w telefon, poświęcają 18 proc. więcej czasu na przejście na drugą stronę ulicy i czterokrotnie częściej narażeni są na udział w wypadkach. A polskie dane pokazują, że choć liczba wypadków drogowych spada, to liczba śmiertelnych ofiar w tego typu incydentach spowodowanych przez pieszych rośnie. – Jest to często związane z wtargnięciem na jezdnię na czerwonym świetle – podkreśla Maria Dąbrowska-Loranc, a więc być może właśnie spowodowane jest rozproszoną uwagą. – W Polsce co 13. wypadek spowodowany jest przez pieszych i aż co czwarty jest z ich udziałem. To dużo częściej niż w innych krajach.

Na niekorzystny wpływ posługiwania się telefonami komórkowymi zwracano do tej pory uwagę kierowcom, którym od 2001 r. zabroniono trzymania podczas jazdy słuchawki lub mikrofonu w ręku. 4 proc. nadal nie przestrzega tego zakazu i choć wydaje się, że odsetek ten jest niewielki, to zdaniem naszej rozmówczyni chodzi tu o kierujących pojazdami w danym momencie ruchu: – Jest ich więc całkiem sporo: zdekoncentrowanych, rozproszonych, z opóźnionym czasem reakcji. Zajęci swoimi telefonami nie kontrolują sytuacji na drodze.

Samochód jadący z prędkością 90 km na godzinę pokonuje w ciągu sekundy 25 m. Szacuje się, że kierowca esemesujący w czasie jazdy kilkakrotnie zerka na telefon na 2–5 sek. Wystarczą dwie, by prowadzony przez niego pojazd przemierzył 50 m bez żadnej kontroli. Co z pieszymi? Czy na smartfonowych zombie nie czas nałożyć podobne restrykcje?

Chaos na przejściach

W Honolulu od października 2017 r. sypią się mandaty dla pieszych, którzy podczas przechodzenia przez jezdnię na pasach spoglądają w telefon. To pierwsze większe miasto na świecie, które wprowadziło taki zakaz, choć – jak zapewniła w rozmowie z POLITYKĄ Mary Schmidtke z rady miejskiej tej niemal półmilionowej stolicy Hawajów – zainteresowanie podobnymi zmianami w prawie zgłosiło już 50 aglomeracji z USA i siedmiu innych krajów.

Kara za wejście na jezdnię ze wzrokiem utkwionym w smartfon lub tablet wynosi 35 dol. – mówi Schmidtke. – Chodziło nam o to, by piesi nauczyli się dzielić odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo z kierowcami.

Policja jeszcze nie przekazała danych, ilu przechodniów ukarano przez pięć miesięcy. – Jest za wcześnie, by ocenić, czy pozytywnie wpłynęliśmy na zmianę zachowań – przyznaje Mary Schmidtke. – Ale skoro inni chcą iść naszym śladem, myślę, że liczba wypadków na przejściach z winy rozproszonych przechodniów może być dużo mniejsza.

W kilku mniejszych miastach, np. San Mateo w Kalifornii, poprzestano na rezolucji wzywającej pieszych do zaprzestania korzystania z komórek podczas przekraczania jezdni, a w 35-tysięcznym Rexburgu w Idaho, gdzie w krótkim czasie pod kołami aut zginęło na przejściach pięć osób, wprowadzono całkowity zakaz korzystania ze smartfonów na ulicy. W Bombaju są już strefy „bez selfie”, a w Hayward w Kalifornii przy pasach ustawiono napisy: „Podnieś głowę! Sprawdź Facebooka dopiero po przejściu”.

Istnieją jednak sprzeczne poglądy na temat skuteczności tego typu regulacji, a zwłaszcza zmian w prawie. W Ameryce poruszono oczywiście kwestię wolności obywatelskich – czy można karać pieszych za posługiwanie się własnymi telefonami w dowolny sposób w przestrzeni publicznej? I to na oznaczonych przejściach, przed którymi samochody mają przecież obowiązek się zatrzymać! Zdaniem niektórych ekspertów wprowadzone w Honolulu przepisy przeciwko osobom piszącym esemesy odwracają uwagę od innych koniecznych zmian, np. poprawy widoczności na pasach lub zachowań kierowców, którzy wciąż nie zwalniają, zbliżając się do przejść dla pieszych, lub nie zatrzymują się przed nimi, choć powinni. Jednym słowem nie brak w tej dyskusji opinii, że za wzrost wypadków z udziałem smartfonowych zombie w USA nie odpowiadają oni sami, lecz wciąż kierowcy w swoich rozpędzonych autach.

W Europie przynajmniej – w porównaniu z USA – samochody wyposaża się w bardziej miękkie zderzaki. To odpowiedź 44 krajów na sugestię Departamentu Zarządzania Chorobami Niezakaźnymi, Niepełnosprawności, Przemocy i Zapobiegania Urazom Światowej Organizacji Zdrowia. W europejskich miastach zaczęto również testować pomysły z instalowaniem w chodnikach tuż przed przejściami dla pieszych pasów ledowych, których kolory zmieniają się wraz z tradycyjną sygnalizacją pionową. Takie rozwiązania wprowadzono już w niewielkim Bodegraven pod Amsterdamem oraz w niemieckich Augsburgu i Monachium. Gdy sygnalizacja świetlna zmienia kolor na czerwony lub zielony, zapalają się światła na poziomie podłoża, informując przechodniów wgapionych w smartfony, kiedy mogą bezpiecznie przejść.

Grzegorz Taterka, zastępca burmistrza Swarzędza w Wielkopolsce, ma satysfakcję, że jego gmina nie odstaje od Europy, bo przy szkole w Zalasewie zainstalowano pod koniec ubiegłego roku identyczne, pierwsze w Polsce, tego typu rozwiązanie. – I to nie tylko z myślą o młodzieży, ale też osobach słabowidzących, które nie widzą świateł po drugiej stronie jezdni.

Michał Ścibior z firmy Stoye, montującej w chodniku listwy z technologią S-Line, który namówił do ich instalacji władze Swarzędza (a ostatnio również Poznania), nie ukrywa, że pomysł jest jedynie wsparciem dla tradycyjnych świateł na skrzyżowaniu, gdyż polskie prawo nie przewiduje tu żadnych odstępstw od dotychczasowej praktyki: – Naszym motywem nie jest przyzwyczajanie do złych nawyków, lecz zwiększenie poczucia bezpieczeństwa. Polski Związek Niewidomych bardzo to rozwiązanie wspiera.

Akcja koncentracja

Nie brakuje jednak opinii, że instalowanie sygnalizacji w chodnikach, by piesi nie musieli podnosić głowy, to zgoda na zachowania, których nie należy tolerować. – Od najmłodszych lat uczymy się patrzeć w obie strony podczas przechodzenia przez ulicę, ale nie można patrzeć w obie strony, gdy ktoś spogląda w dół i esemesuje – stanowczo stwierdza Maria Dąbrowska-Loranc. – Co będzie, kiedy ludzie przyzwyczają się do nowego rozwiązania tolerującego złe nawyki, a ono nagle się zepsuje?

Mateusz Banaszkiewicz woli już wspomniane napisy przy krawężniku, wprowadzone na przejściach w Hayward, i piktogramy z przekreślonymi smartfonami: – Takie wskazówki przypominają nam, co jest dobre, a co szkodliwe. To kształtowanie świadomości, którą wyłączamy przy czynnościach nawykowych.

A częste korzystanie z komórek to przykład takich właśnie zachowań – automatycznie sięgamy po telefon, gdy dzwoni lub dostajemy esemes, sprawdzamy komunikaty w portalach społecznościowych, lajkujemy zdjęcia. – Klakson lub pisk opon mogą zatrzymać nawykową reakcję, ale wielu będzie tak na niej skupionych, że okaże się zgubna – tłumaczy psycholog. „Ja mam podzielną uwagę” – protestują niektórzy. Nie wszyscy jednak w taką podzielność wierzą. Banaszkiewicz zwraca uwagę, że kierowca, który rozmawia przez telefon podczas jazdy, wykorzystuje zasoby swojego mózgu na więcej czynności, niż powinien: – Wiele badań pokazuje, że postępując w ten sposób, jesteśmy mniej efektywni. Nasz mózg może mieć kłopot z dopasowaniem zachowania do tego, co się nagle wydarzy.

Najlepiej byłoby, gdyby idąc ulicą, nie korzystać w ogóle ze smartfona. Zdaniem Banaszkiewicza dla wielu ludzi może to być nierealne. Smartfony dały nam przecież mnóstwo korzyści, więc trudno z nich zrezygnować. Ważne, by nauczyć się radzić sobie z automatycznymi reakcjami – aby włączający się co chwila ekran telefonu nie wywoływał intensywnego stanu pobudzenia, przy którym właściciel zapomina o wszystkim, co go otacza. – Ludzie odczuwają przyjemność, kiedy czują odzyskiwaną kontrolę: kto do mnie napisał, co wrzucił na Facebooka lub Instagram. W rzeczywistości to jednak nie przyjemność, lecz spadek pobudzenia wynikający z uzyskania nowych informacji i zaspokojenia ciekawości. Trzeba zacząć uczyć użytkowników smartfonów, by potrafili w swoim zachowaniu znaleźć granicę, której przekroczyć nie powinni.

W ramach europejskiego projektu „Safety Tunes”, mającego ograniczyć liczbę wypadków i ofiar wśród młodych osób w wieku 15–24 lat, Maria Dąbrowska-Loranc uczestniczyła w wielu zajęciach szkolnych, mających poprawić bezpieczeństwo na drogach. W jednym z liceów uczniowie opowiedzieli jej o koleżance, która esemesując na przejściu dla pieszych, wpadła pod koła samochodu. – Ale też kategorycznie stwierdzili, że każdy używa smartfona i z niego nie zrezygnuje na ulicy. Bo mimo niedawnego wypadku nie potrafili sobie wyobrazić, jakie to niesie zagrożenia – że dekoncentracja na jezdni może sprawić, iż nie zauważą nadjeżdżającego auta.

Przy okazji realizowania projektu „Safety Tunes” wyszło na jaw, że nie wszyscy nauczyciele są zainteresowani takimi lekcjami z młodzieżą. Podczas jednej – jak wspomina pani Maria – jeden z nich przez cały dzień nie zabrał nawet głosu. Siedział w ostatniej ławce, pisząc esemesy.

Polityka 15.2018 (3156) z dnia 10.04.2018; Ludzie i style; s. 73
Oryginalny tytuł tekstu: "Atak ulicznych zombie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Psi umysł

Nie my udomowiliśmy psy. One zrobiły to same i dzięki temu, pod pewnymi względami, stały się bystrzejsze od szympansów.

Marcin Rotkiewicz
01.06.2020
Reklama