Moje miasto

Globalne wybory lokalne

Prawdziwa stawka wyborów samorządowych

Kandydat PiS Patryk Jaki rozdaje kiełbaski nad Wisłą. Kandydat PiS Patryk Jaki rozdaje kiełbaski nad Wisłą. Bartosz Krupa / EAST NEWS
W wyborach samorządowych chodzi o ścieżki rowerowe, żłobki i wodociągi, ale przede wszystkim o krajową politykę. W tym roku bardziej niż kiedykolwiek. PiS to rozumie, druga strona, jak pokazuje trwająca już nieformalna kampania, na razie słabo.
Kandydat PO na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski demonstruje projekt zazieleniania miasta.Zbyszek Kaczmarek/ Gazeta Polska/Forum Kandydat PO na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski demonstruje projekt zazieleniania miasta.
Ostro ruszył w Gdańsku Kacper Płażyński, który chce teraz zaznaczyć swoją tożsamość samorządowca i szczegółowe poglądy na temat lokalności.Fotomag/Gazeta Polska/Forum Ostro ruszył w Gdańsku Kacper Płażyński, który chce teraz zaznaczyć swoją tożsamość samorządowca i szczegółowe poglądy na temat lokalności.

Artykuł w wersji audio

To będą pierwsze wybory od feralnego dla liberalno-demokratycznych formacji 2015 r. Przez ten czas PiS przejął państwo niemal w całości, robił, co chciał. Pozostały już tylko samorządy, których partia Kaczyńskiego jeszcze nie ma i w dodatku nie lubi, bo odstają od jej centralistycznej wizji kraju, są według niej siedliskiem „układów i korupcji”. Dlatego mają być podporządkowane władzy, która będzie wreszcie całkowicie jednolita (z trójpodziałem PiS już sobie poradził).

Jeśli jest jeszcze jakakolwiek niezależna od partii rządzącej polityka społeczna, finansowa, kulturalna, zdrowotna, edukacyjna, muzealna, to szukać jej można już tylko w województwach, powiatach, większych miastach. Wygrana PiS w jesiennych wyborach oznaczałaby, że już dokładnie cała władza i wszystkie publiczne pieniądze znajdą się w rękach jednego ugrupowania, jednej ideologii, wręcz jednego człowieka. Druga strona nie będzie miała nic. Niezależna przestrzeń publiczna, już dzisiaj nieduża, zniknie.

PiS głosuje na PiS, a reszta się rozgląda

Polityczny wymiar nadchodzących wyborów jest niby jasny. Ale zdaje się słabo docierać do tej „drugiej strony”. Słychać już rutynowe nawoływania, aby porzucić polityczne szyldy, zresetować się, „oderwać od bieżącej walki”, że trzeba wybierać po prostu „dobrych gospodarzy”, patrzeć na „interesujące pomysły”, „lokalne inicjatywy”, a nie przywiązywać się do partyjnych barw. To podejście miałoby sens, gdyby dotyczyło w podobnym stopniu obu stron politycznego podziału. To znaczy, gdyby także wyborcy PiS kierowali się zasadą, iż w przypadku tych wyborów nie ma co patrzeć na szyldy, tylko popierać „rozsądnych kandydatów”.

Ale tak nie jest. Ten samorządowy idealizm dotyczy tylko niePiSu. To tam kandydaci mnożą się z dnia na dzień, każda najmniejsza formacja, ruch miejski, jednocelowa inicjatywa, niemal towarzyskie koła, wystawiają i będą wystawiać swoich kandydatów, z niedużymi szansami na wybór, a niemal zawsze bez szans na realny udział w lokalnych rządach. Wyborcy PiS zagłosują na PiS, a wyborcy niepisowi – na te tysiące komitetów, ruchów, platform, na „zdrowe wody”, „miasta bez spalin” i „wolności dla rowerów”. Znowu wyborcy PiS będą się zachowywać jak zawodowcy, a ich przeciwnicy jak amatorzy – oczywiście przekonani o swojej ustrojowej wyższości.

Bez trudu można przewidzieć tłumaczenie takiej postawy, bo już się wielokrotnie pojawiało: nie można dać się szantażować, trzeba wybierać sercem, stawiać na zaangażowanych ludzi z dzielnicy, na tych, którym o coś chodzi, chcących być z dala od bieżącej polityki itp. Bo to właśnie jest demokratyczna postawa. Tyle że dla wyborców PiS ci społecznicy, wartościowi kandydaci z osiedla – tak się dziwnie złoży – będą akurat z PiS. Wiele wskazuje na to, że znowu obie strony, jak w 2015 r., będą grały w inne gry. NiePiS będzie uprawiał teoretyczną demokrację, a PiS będzie walczył o prawdziwą władzę, aby tę demokrację w dalszym ciągu ograniczać i wrogów pogonić. Dla PiS wybory samorządowe będą kolejną polityczną batalią, którą trzeba wygrać, a dla ich przeciwników – „wyborami o odmiennej specyfice”, „prawdziwą demokracją” oraz „obywatelskim spełnieniem”.

Lokalny spryt, globalne cele

Kandydaci PiS oczywiście przyjmą zewnętrzne reguły tej lokalnej rozgrywki. Już wyraźnie dostali od władz ugrupowania swoistą dyspensę i mogą w pewnych przypadkach odstępować od „centralnego” programu. Patryk Jaki rezolutnie mówi o dopuszczalnej paradzie równości, o in vitro, o tym, że lotnisko w Warszawie może by się jeszcze przez jakiś czas przydało, oczywiście także o żłobkach, parkingach i mostach. Ostro też ruszył w Gdańsku Kacper Płażyński, który chce teraz zaznaczyć swoją tożsamość samorządowca i szczegółowe poglądy na temat lokalności. Krótko mówiąc, będą udawać zatroskanych prowincjonalnych działaczy, którzy nie mają nic wspólnego z brzydką ogólnopolską polityką. Wszystko to są instrumenty do odbicia samorządów, do przejęcia kolejnych setek instytucji, placówek, muzeów, teatrów, spółek, posad, finansowych zasobów. I w użyciu tych instrumentów kandydaci PiS są o niebo zręczniejsi od swoich rywali, ponieważ lepiej rozumieją reguły politycznej gry. Stosują te same chwyty, które przyniosły im zwycięstwo w 2015 r.

Jeden przykład. Kiedy kandydat PO Rafał Trzaskowski mówi o ograniczaniu dostępu samochodów do centrum Warszawy i zapowiada zamykanie stołecznych placów, Patryk Jaki opowiada o tym, że zbuduje nowe parkingi, aby te samochody mogły wjechać. Może cywilizacyjnie i zdrowotnie Trzaskowski ma rację, jest bardziej trendy, ale Jaki wie, że ludzie w większości chcą jeździć samochodami tam, gdzie im się podoba, a ekologią się mało przejmują. Widać tu analogię – chodzi o sam mechanizm – ze sprawą uchodźców, która walnie przyczyniła się do ostatniego wyborczego zwycięstwa PiS. Ci, którzy szlachetnie pochylali się nad dolą imigrantów, przegrali, a ci, którzy lepiej wyczuli realne poglądy Polaków na tę kwestię – odnieśli sukces i reszcie obywateli urządzają Polskę. Jeśli Trzaskowski nie stanie się realistą, tyle że demokratycznym, czeka go w Warszawie porażka.

PiS wciąż wygrywa tym, że jest sprytniejszy, bliższy rzeczywistości, lepiej wyczuwa nie to, jak powinno być, ale jak jest – bo wbrew pozorom to jest właśnie partia, która najbardziej chce, „żeby było, jak było”. Swoją rolę odegrają również obietnice, które mają być sfinansowane z budżetów miast, powiatów czy województw, ale tylko wówczas, kiedy wyborcy zdecydują, że PiS będzie miał marszałka, prezydenta czy większość w radzie. Rząd może zawsze zlecić samorządom nowe cele i je dotować, a rząd jest z PiS. Opozycja nie ma takich możliwości.

PiS może, poprzez rząd i nowe regulacje prawne, coś samorządom dodać, sypnąć groszem, ale jest też w stanie im bardzo zaszkodzić, utrudnić lub nawet uniemożliwić działanie. Już raz starał się dobrać do nich, ale przeszkodziło mu weto prezydenta do ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych. Ta groźba wisi wciąż w powietrzu, zwłaszcza gdy okaże się, że wyniki wyborów nie będą dla Kaczyńskiego satysfakcjonujące. Tym bardziej walka z partią Kaczyńskiego na poziomie lokalnym będzie bardzo trudna i wymagała globalnej wyobraźni politycznej.

Mit drugiej tury

Często słychać tezę, że w pierwszej turze wyborów na prezydentów i burmistrzów miast można sobie poszaleć, wystawiać wielu kandydatów i głosować według prawdziwych sympatii, bo rzecz rozstrzygnie się w drugiej turze, gdzie obowiązywać będzie strategia „wszyscy przeciw PiS”. A duża liczba kandydatów aktywizuje ludzi i skłania ich do wyrwania się z marazmu. Całkiem ładnie to brzmi, ale ten mit drugiej tury jest w dużej mierze fałszywy. Już widać, że kandydaci niePiSu będą walczyć nie z kandydatami PiS, ale między sobą. Niemal każdy nowy kandydat niepisowski rozpoczyna swoją kampanię od bezpardonowego ataku na innego niepisowskiego pretendenta. Nie widząc szansy na wyrwanie wyborców partii Kaczyńskiego (bo ci wiedzą, o co chodzi), będą zaciekle atakować innych niepisowców, próbować ich ośmieszyć, skompromitować, podważyć kompetencje i przejąć ich wyborców.

Jeśli słychać, że nadchodząca kampania ma być wyjątkowo brutalna, to można zakładać, że ta brutalność będzie dotyczyć głównie rozgrywek w obozie niePiSu. I niby potem, po wielu tygodniach takiej wyniszczającej kampanii, wyborcy przegranych kandydatów mieliby spokojnie głosować na tych, których ich faworyci regularnie mieszali z błotem? Tak się nie dzieje, bardziej naturalną emocją jest niepójście do urny. Druga tura w znacznej mierze rozstrzyga się w pierwszej. Jeśli wystartuje zbyt wielu kandydatów, nawet tych dwu-, trzyprocentowców (swoją drogą, pytanie, może bardziej do psychologa, po co oni to robią i na co liczą?), którzy napuszczą na siebie swoich wyborców, druga tura w wielu przypadkach może być podana PiS na tacy.

Hasło wspierania w wyborach silniejszych przeciwników PiS, mających większe szanse na zwycięstwo – dla wyższego celu zachowania demokratycznych standardów – jest traktowane przez część niePiSu pogardliwie. Brak refleksji, że nie chodzi tu o faworyzowanie konkretnych formacji, np. parlamentarnych, kosztem nowych ruchów. Jeśli w jakiejś gminie, mieście, powiecie czy województwie największe szanse miałaby Partia Razem, jakiś ruch miejski, lokalny komitet czy miłośnicy zieleni, to logika podpowiada, aby przeciwnicy PiS na nie głosowali. Ale to jest typowa logika ostatnich lat: słabi nie zagłosują na silnych, bo ich nie lubią, dlatego wygrają najsilniejsi i najbardziej nielubiani.

PiS obniża oczekiwania

Dlatego wybory samorządowe są dla opozycji bardzo zagrożone. W wielu miastach wyniki faworytów z niePiSu wcale nie są takie rewelacyjne – do zniwelowania w ciągu intensywnej kampanii. Nie ma żadnych stref gwarantowanych, gdzie PiS nie ma prawa wejść. To złudzenia. A PiS jeszcze zręcznie obniża oczekiwania. Główni marketingowcy tej partii od pewnego czasu zgodnie twierdzą, że każdy sukces kandydata PiS będzie wielkim osiągnięciem. Że duże miasta to bardzo trudny teren, że już druga tura będzie zwycięstwem, że tylko Jaki w Warszawie i Wassermann w Krakowie, ewentualnie jeszcze Stachowiak-Różecka we Wrocławiu, mają „niewielkie szanse”, a reszta może liczyć wyłącznie na szczęście.

Z jednej strony ma to przygotować na porażkę, ale też uśpić przeciwnika przez niby zejście z pola walki. Komunikat jest następujący: nie zajmuj się PiS, bo nie jest to twój najważniejszy przeciwnik, skup się na innych, bliższych ci kandydatach, bo ich „kumasz”, a nas nie. Pretendentów niePiSu specjalnie do tego zachęcać nie trzeba, a wszystko to tworzy atmosferę, że PiS jest monolitem, działającym w innej przestrzeni, nie do ruszenia i zrozumienia, a prawdziwa demokratyczna walka toczy się w niePiSie. To tylko na tej trawce, wydzielonej z betonu PiS, ma rozkwitać sto demokratycznych kwiatów. Takiego przekonania oczekuje właśnie Kaczyński.

Nowe wybory czy dokończenie 2015 r.?

Wybory samorządowe nie są tak specyficzne, jak się powszechnie sądzi. Do rad powiatów i sejmików wojewódzkich obowiązuje ordynacja według reguły d’Hondta, taka sama jak do Sejmu, gdzie PiS ma władzę absolutną, zdobywając trzy lata temu ok. 37 proc. głosów – bo premiuje zwycięzcę kosztem dalszych miejsc. I pokazują trend na przyszłość.

W 2014 r. PiS pokonał, co prawda nieznacznie, Platformę w wyborach do sejmików i był to pierwszy sygnał, że sytuacja polityczna w Polsce zmienia się (Platforma zachowała władzę w sejmikach dzięki wysokiemu wynikowi PSL). Potem w sondażach PO zyskiwała jeszcze przewagę, ale właśnie lokalne wybory pokazały tendencję, która w pełni ujawniła się rok później.

Teraz partyjna opozycja będzie walczyć nie tylko z PiS, ale wieloma ruchami, które chcą zbudować swoją pozycję nie na zwalczaniu partii rządzącej, ale na negowaniu osiągnięć dotychczasowej władzy samorządowej, które kontestuje także PiS. Już teraz widać, w wielu przypadkach niepisany, sojusz obozu rządzącego z aspirującymi do samorządów nowymi ruchami.

Dużo zależy od tego, jak zbliżające się wybory lokalne zostaną potraktowane przez ogół wyborców. Czy jako dalszy ciąg rozprawy z dawną władzą PO i PSL, tym razem na poziomie samorządów, gdzie te partie wciąż w wielu przypadkach rządzą – czyli dokończenie wyborów z 2015 r.? Czy jednak będzie to nowa odsłona politycznej walki, umieszczona w ciągu wszystkich wyborów, uwzględniająca już to, co PiS robił po wyborach parlamentarnych, czyli forma bieżącej reakcji i odpłaty? To kluczowe pytania. Jeśli te wybory mają pomijać aspekt ogólnopolskiej polityki i służyć głównie likwidacji „złogów” PO, PSL i SLD w samorządach, to PiS już ma władzę lokalną w kieszeni. Bo żadne inne siły, zbyt małe i rozproszone, nie są w stanie przeciwstawić się ugrupowaniu Kaczyńskiego.

PiS będzie robił wszystko, aby wybory samorządowe były traktowane jako dalszy ciąg 2015 r., finał tamtej rozprawy z byłą władzą. Wiele środowisk, zwłaszcza lewicowych, wyraźnie chce wziąć w tym udział. Traktują tegoroczne wybory oddzielnie, a PiS zamierzają ewentualnie pokonać w 2019 r. – za politykę ogólnopolską.

Do mrzonek można zaliczyć wyobrażenia, że wybory samorządowe sobie, a te centralne sobie. Polityka jest jedna, to ciągłość. Wybory samorządowe nie mają swojego oddzielnego cyklu, są elementem nieustannej politycznej gry. Nie odnoszą się do poprzednich wyborów lokalnych, ale do ostatnich wyborów w ogóle. Samorządowy poziom polityki jest związany z tym centralnym, zwłaszcza w wydaniu partii, która jest programowo, tak jak PiS, na wskroś centralistyczna. Sztab PiS doskonale rozumie, o co gra i w co. Problem niePiSu polega na tym, że nie ma on żadnego porównywalnego sztabu. Wszystkie pomysły, argumenty, instrumenty i chwyty przeciwko niePiSowi są w jednych rękach. Druga strona nawet się do tego nie zbliża.

Walka o samorządność w ogóle

Jedno zdaje się jasne: kwestie lokalne w kampanii samorządowej będą miały duże znaczenie. Jeśli opozycja chce pokonać PiS, musi wykazać biegłość w polityce samorządowej, znajomość problemów, rozeznanie w miejscowych nastrojach. Jednak o wyniku tych wyborów i trendzie na następne lata zdecyduje ogólnopolska polityka. Oraz poziom politycznej orientacji niepisowskiego elektoratu. Czy zdoła się wznieść ponad poziom dróg, ścieżek rowerowych, parkingów czy planów zagospodarowania przestrzennego (wszystko to skądinąd sprawy istotne) i dostrzec, że istota politycznego sporu jest dzisiaj na innym poziomie – swobód demokratycznych, pozycji samorządów w systemie państwa, filozofii sprawowania władzy i jej podziału czy miejsca Polski w Unii i jej budżecie.

Pozostając tylko na poziomie lokalnym, opozycja z PiS nie wygra, bo nie ma w zanadrzu takich prezentów jak władza. Prawa i Sprawiedliwości nie pokonają ruchy miejskie, lokalne komitety, niszowe moralne sprzeciwy, pospolite ruszenia. I nie chodzi tu o lekceważenie takich inicjatyw, ale wyłącznie o realizm. Zakładając, że jest zgoda co do tego, że chodzi – także w przypadku wyborów samorządowych – o przywrócenie demokratycznego porządku w kraju. Zresztą doświadczenia minionych wyborów samorządowych są pouczające. Wiele z tych środowisk, które przeszły jakoś z powodzeniem przez wybory, następnie zniknęły w tyglu walki politycznej, rozszarpane przez mocniejszych i rychło skorumpowane politycznie, także przez PiS.

W nadchodzących wyborach będzie chodziło przede wszystkim o obronę idei polskiej samorządności w ogóle. Dlatego będą to najbardziej ogólnopolskie wybory lokalne po 1989 r.

Polityka 21.2018 (3161) z dnia 22.05.2018; Polityka; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Globalne wybory lokalne"
Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama