Moje miasto

UWIERZ w ducha

Klimat na ulicach polskich miast

Mieszkańcy coraz częściej przepraszają się z genius loci, a nawet darzą go sympatią. Albowiem zdają się dostrzegać, cenić to, co oferuje: niepowtarzalny klimat miejsca. Mieszkańcy coraz częściej przepraszają się z genius loci, a nawet darzą go sympatią. Albowiem zdają się dostrzegać, cenić to, co oferuje: niepowtarzalny klimat miejsca. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Genius loci, duch miejsca. Są miasta, w których wręcz wyziera zza każdego rogu, w innych wydaje się uśmiercony po wsze czasy. Spróbujmy utworzyć jego portret.

Genius loci w miastach to trochę jak chemia w związkach międzyludzkich. Architekci, urbaniści czy miejscy aktywiści rzadko sięgają po ów termin; wydaje się za mało konkretny, nazbyt subiektywny i obarczony indywidualnymi emocjami. Umykający definicjom i skalowaniu. Wolą więc mówić o przestrzeni przyjaznej człowiekowi, dobrze zaprojektowanej, funkcjonalnej, znaczącej historycznie, bogatej w konteksty i narracje itd. Ale przecież czujemy, że duchy miejsc istnieją. I emanują swą dobrą energią. Stańmy sobie – dla przykładu – na szczecińskim Osiedlu Słonecznym, a później przenieśmy się na plac Grunwaldzki w tym samym mieście. Nie będziemy mieli wątpliwości, że z pierwszego z tych miejsc genius loci wyparował (jeśli kiedykolwiek tam zawitał), podczas gdy w drugim hula aż miło.

Jakkolwiek niezręcznie to zabrzmi, duch miejsca zasadniczo lekceważy tzw. życiowe interesy mieszkańców. Za nic ma to, co dla nich najważniejsze: czystość, bezpieczeństwo, kanalizację, miejsca parkingowe, nieodległy sklep lub przedszkole, szybką komunikację miejską, słowem – wygodę życia. Dlatego i mieszkańcy odwdzięczali się tym samym: obojętnością. W PRL głód mieszkaniowy sprawiał, że stawiano na praktyczność. Dziś mieszkańcy coraz częściej przepraszają się z genius loci, a nawet darzą go sympatią. Albowiem zdają się dostrzegać, cenić to, co oferuje: niepowtarzalny klimat miejsca.

Natomiast genius loci zawsze był, jest i zapewne pozostanie sojusznikiem turystów i spacerowiczów. Dba o tych, którzy lubią się wałęsać, przysiadać, chłonąć. Potrafi dobrze sobie radzić jako potężny duch całych wielkich miast, jak Rzym czy Barcelona, ale i jako niewielki duch małych miasteczek Tyrolu. A nawet jako zupełnie malutki duszek pojedynczych dzielnic, ulic, zaułków czy placów. Sprawia, że dobrze się czujemy zarówno w średniowiecznych toskańskich mieścinach, w barokowych miastach Sycylii, w haussmannowskim centrum Paryża czy w naznaczonym piętnem Franciszka Józefa Wiedniu. Ale jego obecność jest wyraźnie wyczuwana także w miejscach nieoczywistych i stosunkowo młodych wiekiem, jak mieszkalne kolonie WSM warszawskiego Żoliborza czy dzielnica mieszkaniowa Nowej Huty.

Dlatego gnamy do Pizy, by zobaczyć Krzywą Wieżę, ale już chwilę później uciekamy do nieodległej Lukki, by w niej spędzić resztę dnia. W Paryżu trasę od Luwru przez Łuk Triumfalny po wieżę Eiffla zaliczamy z turystycznego obowiązku, ale gdy chcemy wczuć się w klimat miasta, przenosimy się do Dzielnicy Łacińskiej, na Montmartre lub w okolice Belleville. Odwiedzamy Wawel, ale wałęsamy się po Plantach. Bo choć patyna historii jest świetną pożywką dla każdego genius loci, to nie obowiązuje prosta reguła, że im starsze miejsce, tym jego moc potężniejsza.

Jednolitość

Bez wątpienia najważniejszym walorem ducha miejsca jest jego osobliwość i osobność. A także wyrazistość. Musi budzić emocje. Czasami będzie to czysty zachwyt lub podziw, ale bywa też bliżej nieokreślone, proste poczucie błogostanu i potrzeby kontemplowania. Może to być też zdziwienie, zaskoczenie, magia tajemnicy, a nawet groza. Dezorientacja, ale i uczucie mierzenia się z nieznanym. Duchy miejsc – co nie dziwi – karmią się mitami, tradycją, historycznymi przekazami, kontekstami i symboliką. Co odczuć można przy Ostrej Bramie w Wilnie, na przeróżnych cmentarzach czy w norymberskim Zeppelin Grandstand, które, obiektywnie biorąc, jest tylko kawałkiem monumentalnej, kiepskiej architektury. Duch miejsca w Dubrowniku czy Sandomierzu zawsze miał się dobrze, a po wielkim światowym sukcesie serialu „Gra o tron” i rodzimym „Ojca Mateusza” jeszcze się wzmocnił.

Jednak tym, co najsilniej kształtuje, wzmacnia lub osłabia genius loci, jest urbanistyka. Trzeba podkreślić – nie architektura. Najwspanialsze budowle mogą być pozbawione owego tajemniczego klimatu i na odwrót – nawet najbardziej banalne rewiry miast, złożone z powtarzalnych kamienic, niekiedy silnie emanują intrygującym klimatem. Dlatego katowicka strefa kultury, choć składa się na nią ciąg wybitnych realizacji architektonicznych, zapewne długo jeszcze będzie cierpiała na brak własnego genius loci, podczas gdy utkane z mieszczańskiej architektury okolice nieodległego placu Miarki (o proletariackim Nikiszowcu nawet nie wspominając) aż pulsują osobliwą atmosferą. Albowiem genius loci najchętniej mości się w miejscach – by użyć terminologii krawieckiej – dobrze pozszywanych.

Owo szycie może być z jednej szlachetnej materii, ze sprawnie ukrytym duktem nici i niewidocznymi zakładkami. Tak jak to ma miejsce we wszystkich otoczonych turystycznym nimbem niedużych miasteczkach. We Włoszech tę listę otwierają Positano i Portofino, Mamarola oraz Erice na Sycylii. We Francji oczywiście Annecy, Colmar czy Uzes. To portugalska Sintra, angielskie Bibury, irlandzki Cobh, szwajcarskie Gruyeres, nie mówiąc o będącym jak wzorzec metra z Sevres miasteczku Hallstatt w Austrii. A choćby i Cesky Krumlov. (W Polsce? Może centrum Gdyni, może niektóre miasteczka na Dolnym Śląsku, jak choćby Bystrzyca Kłodzka).

Wszystkie je łączy jedno: są jakby wyrzeźbione z jednego kawałka, jednolite estetycznie w najdrobniejszym szczególe. W nich to pomieszkuje arystokracja duchów miejsc, choć trzeba przyznać, że niekiedy gnuśnieją w swej doskonałości. Albowiem presja na sprzyjanie oczekiwaniom gości sprawia, iż kot zostaje zagłaskany na śmierć. Wyreżyserowane na „urokliwość” knajpki, niezliczone sklepy z pamiątkami, hoteliki, które wypierają mieszkańców. Cały ten przemysł turystyczny, który z ducha miejsca czyni bożka. Wynosi go na pomniki i… uśmierca. Co świetnie widać choćby we wspomnianym Erice, które coraz bardziej upodabnia się do skansenu ze starannie wystudiowanym, demonstracyjnie prezentowanym, ale trącającym fałszem genius loci. To także krakowski Kazimierz, który wprawdzie bardzo się w ostatnich dekadach ucywilizował, ale równocześnie stracił wiele z dawnej, niepowtarzalnej atmosfery, gdy nie działało tu kilkadziesiąt barów, restauracji i pubów, ale jeden tylko Singer.

Ale duchy miejsca świetnie radzą sobie także w urbanistycznej materii patchworkowych, o strukturze palimpsestowej, spiętrzonej z kolejnych historycznych warstw. Doskonałym przykładem jest centrum Londynu, w którym wszystko miesza się ze wszystkim. Małe z wielkim, stare z nowoczesnym, oryginalne z banalnym, barok z hi-tech, wielki wieżowiec wyrasta wprost nad dachami małych wiktoriańskich domków. Teoretycznie można przyjąć, iż panuje tu urbanistyczny rozgardiasz. A jednak trudno odmówić temu miejscu genius loci. Naturalne nawarstwianie się nie zaszkodziło także takim miastom jak Barcelona, Amsterdam czy Mediolan, które choć poszyte z różnych kawałków, noszą się bardzo dobrze.

Rozrywanie…

Przeobrażenia miast to nieustanna walka przeciwstawnych sił; tych, które uśmiercają genius loci, i tych, które starają się go reanimować. Zacznijmy od pogromców. Siłą, która rozrywa materię miast najsilniej, najbardziej radykalnie i zazwyczaj nieodwracalnie, jest oczywiście wojna; Polska jest pod tym względem najlepszym, choć smutnym przykładem do analiz. Na ile rujnowanie stolicy zabiło jej genius loci i na ile odrodził się on wraz z odbudową miasta? Czy atmosfera przedwojennego warszawskiego Starego Miasta i tego wzniesionego ze zgliszczy jest podobna? To samo pytanie można zadać w przypadku Wrocławia, który porozrywany pozostawał jeszcze do niedawna. A także Gdańska, Białegostoku i innych miast.

Drugim masowym mordercą genius loci stały się wielkie koncepcje urbanistyczne i modernizacyjne. Z perspektywy czasu wydaje się, że tylko jeden projekt z czasem okazał się nieszkodliwy, a może nawet zbawienny dla genius loci: przeoranie w latach 1853–70 centrum Paryża przez barona Haussmanna. Być może dlatego, że z latami nabrał historycznej patyny i całkowicie wyparł pamięć o tym, co było wcześniej. Ale już XIX-wieczna budowa wiedeńskiego Ringu w miejsce dawnych murów obronnych, choć bez wątpienia do dziś imponuje rozmachem, nie sprzyjała narodzeniu się nowego genius loci.

Jednak zdecydowanie pierwsze miejsce na liście urbanistycznych koncepcji lekceważących ducha miejsc pozostają wszelkie wizje modernistyczne, przesiąknięte idealizmem i misją. Zaczęło się od takich koncepcji, jak Miasto przemysłowe Tony’ego Garniera z 1904 r. czy The Large City Otto Wagnera. Później zaś słynny plan przebudowy Paryża Le Corbusiera czy Rush City Performed Richarda Neutry z ciągnącymi się po horyzont szeregami identycznych bloków. A w Polsce choćby Oskar Hansen z pomysłem miejskich Linearnych Systemów Ciągłych, świetnie wpisującym się we wszystkie te przygnębiające w praktyce (choć szlachetne w intencjach) wizje miast gwiaździstych, promienisto-pierścieniowatych, satelickich, strefowych itd.

Wielkich modernistycznych koncepcji urbanistycznych zrealizowano niewiele, a najbardziej znaną stała się oczywiście budowa nowej stolicy Brazylii. Co jednak ciekawe, o ile rządowe sektory Brasilii są wyzute z jakiegokolwiek genius loci, to części mieszkalne, choć bliźniaczo do siebie podobne, starzeją się z zaskakującym wdziękiem, zyskując miłego do życia ducha. Jednak antyduch miejsca spod znaku Le Corbusiera (wzmocniony zapisami tzw. Karty Ateńskiej) zatruł tysiące miast na świecie. Od pierwszych słynnych realizacji typu Stuyvesant Town w Nowym Jorku czy Pruitt Igoe w St. Louis, po wszystkie te falowce, superjednostki, blokowiska rozsiane po całej Europie Wschodniej (choć Francuzi także sobie pofolgowali). Pół biedy, gdy stawiane na obrzeżach, w miejscu dotychczasowych pól czy ugorów. Tam i tak można było liczyć co najwyżej na ducha ziemniaka czy buraka. Gorzej, gdy wciskane w centra miast, w starą zabudowę, rozsadzały ją i kompletnie zabijały tradycyjnego ducha. Tak jak w okolicach placu Nowy Targ we Wrocławiu czy wzdłuż ulicy Święty Marcin w Poznaniu.

Szczególnymi projektami modernizacyjnymi okazały się tzw. trasy przelotowe, wchodzące w miasta jak nóż w masło. W Polsce niemal każde utraciło wiele ze swego klimatu z powodu „śmiałych przedsięwzięć drogowych”, jak Trasa Średnicowa w Katowicach, Wyszyńskiego w Poznaniu (zniszczyła sporo z uroku Ostrowa Tumskiego), Podwale Przedmiejskie w Gdańsku (to z kolei rozbiło Wyspę Spichrzów i odcięło Śródmieście od Starego Przedmieścia), Kazimierza Wielkiego we Wrocławiu. Ze szczególną perwersyjną konsekwencją realizowano tzw. wielopasmówki wzdłuż rzek, odcinając je od miejskiej tkanki (a genius loci wodę uwielbia). To choćby przypadek warszawskiej Wisłostrady (dopiero ostatnio, po kilku dekadach, próbuje się niwelować skutki jej budowy) czy Trasy Zamkowej i Bulwarów Chrobrego w Szczecinie.

…i zszywanie

Urbaniści dość szybko zorientowali się, że modernistyczne pomysły, choć stały za nimi szlachetne intencje, w gruncie rzeczy są ahumanitarne, kompletnie nie liczą się z tradycyjnymi nawykami, a więc na dłuższą metę stają się uciążliwe dla mieszkańców i odstręczające dla przybyszy. Zaczęto zatem na różne sposoby zaklinać duchy miejsca i kusić je nowymi wizjami. Oraz szukać syntezy między przyziemnymi potrzebami mieszkańców z jednej strony, rozwiązywaniem problemów demograficznych i społecznych – z drugiej, a budowaniem miejsc z charakterem – z trzeciej. Tak zrodziła się idea City Beautiful (ogrody, brak fabryk i reklam, dużo sztuki), Broadcare City, czyli zespolenia miasta z naturą Franka Lloyda Wrighta.

Przełomowe dla myślenia o miejskim duchu okazały się rozważania dziennikarki i miejskiej aktywistki Jane Jacobs, która w książce „Śmierć i życie wielkich miast w Ameryce” (1961 r.) przedstawiła wizję miasta przyjaznego wszystkim. To – wedle jej teorii – takie, które ściśle splata różne funkcje (biura, usługi, mieszkalnictwo), tworzy gęstą sieć ulic (to pozwala na różnorodny wybór tras przemieszczania się i spacerów), dopuszcza sąsiedztwo budynków w różnym wieku i stanie zachowania, charakteryzuje się sporym zagęszczeniem ludności (sprzyja relacjom interpersonalnym) itd. W posłowiu do jej książki wydanej w Polsce Kacper Pobłocki nazwał ją urbanistką przyziemną. Wydaje się bowiem, że przez swój zdrowy rozsądek i patrzenie na miasto w kategoriach jego użytkownika zbliżyła się Jacobs, jak nikt inny, do idei genius loci we współczesnym mieście. Ducha, który jak ryba w wodzie czuje się w różnorodności, bliskości, swojskości, naturalnym, nienarzucanym żadnymi regułami rytmie życia.

Inną, niewątpliwie ciekawą, choć chyba mniej skuteczną metodę poszukiwania współczesnego miejskiego genius loci odszukać można w idei Nowego Urbanizmu, którego guru stał się urbanista Leon Krier. Miasteczka jak z bajki, bez przelotowych ulic, bez hipermarketów, bez parkingów i ulicznych świateł, za to z zaułkami, romantycznymi uliczkami, uspokojoną, choć niemonotonną architekturą, zielenią, wszystkimi ważnymi usługami w zasięgu kilku przecznic. Idee Urbanizmu wykorzystano dotychczas w mniejszym lub większym stopniu przy budowie blisko 600 miasteczek i osiedli na świecie, a gwiazdorski ton nadają Seaside i Celebration na Florydzie oraz Pountbury w Wielkiej Brytanii. Urbanizm to współczesna, zmaterializowana nostalgia za przeszłością. Trochę to wygląda na działanie wedle zasady: starannie odrobiliśmy lekcję z tematu klimatyczne miejsca i uprzejmie prosimy siły wyższe o zesłanie na nas jakiegoś mocarnego genius loci. Trzeba jednak pamiętać, że podobnie jak w przypadku innych koncepcji urbanistycznych, cały wysiłek idzie tu w kierunku stworzenia nowych miejsc z duszą, a nie odtworzenia ich w istniejącej miejskiej tkance, co wydaje się trudniejsze.

Praktycznie najpopularniejszym pomysłem na zszywanie porozrywanej tkanki miejskiej i przywracanie jej wigoru, klimatu i tzw. dobrej energii jest… jej przeciwieństwo, czyli natura. Publiczne miejsca z zielenią (parki, ogrody, skwery) istniały od dawna, ale dopiero na początku XX w. brytyjski urbanista Ebenezer Howard w radykalnej koncepcji miast-ogrodów postanowił przyrodą przykryć problemy miast. Podobnie jak tzw. decentryści w USA. Współcześnie jednak ich wizje stanowią raczej historyczną ciekawostkę, choć parę prób wprowadzenia w życie koncepcji Howarda przetrwało do dziś (w Polsce m.in. w katowickim Giszowcu, wrocławskich Karłowicach, podwarszawskiej Podkowie Leśnej).

Dziś bardziej chodzi nie o całościowe kreacje, lecz o wykorzystywanie przyrody do łatania miejskich dziur, cerowania przestrzeni, zszywania ze sobą rozdarć, pęknięć, przetarć. W Polsce warto przypomnieć takie projekty doskonale integrujące miejską przestrzeń, jak rewitalizacja Wyspy Młyńskiej w Bydgoszczy, aktywizacja prawego brzegu Wisły w Warszawie, stworzenie Parku Centralnego w Olsztynie. Na świecie furorę robi zszywanie miasta za pomocą natury dokładnie tam, gdzie wcześniej rozcięto je, głównie za sprawą tras komunikacyjnych. Bodaj najsłynniejszy tzw. linearny park stworzono w Nowym Jorku na półtorakilometrowej estakadzie dawnej linii metra High Line. Stare linie kolejowe w miastach przebudowano na parki także w Detroit, Chicago, Filadelfii i Toronto. W Waszyngtonie wykorzystano w tym celu były most autostradowy, w Rotterdamie – wiadukt kolejowy Hofbogen, zaś w Kopenhadze – śródmiejską ulicę szybkiego ruchu (Sonder Boulevard). Najbardziej spektakularny jest przykład Seulu. W 1968 r., na fali przyspieszonej modernizacji miasta, zabetonowano koryto płynącego przez centrum miasta strumienia Cheonggyecheon i w jego miejscu puszczono trasę szybkiego ruchu. Na początku XXI w., kosztem blisko 300 mln dol., strumień odkopano, na długości 11 km obudowano pięknym linearnym parkiem, zasilono dodatkowym źródłem wody i przekazano mieszkańcom.

O ile zszywanie miast i wywoływanie ich dobrych duchów za pomocą przyrody nie budzi raczej kontrowersji, o tyle wiele dyskusji towarzyszy metodzie na historię. Mowa tu o dość szerokim spektrum działań: rewitalizacjach, rekonstrukcjach, retrowersjach itd. Początków owego trendu wypada szukać jeszcze w XIX w. i ówczesnej nostalgii do historycznych stylów. Neobarok chyżo plótł się z neogotykiem, a neorenesans z neoklasycyzmem (nie mówiąc o wstawkach orientalnych). W XX w. powstało nawet całe miasto – historyczna podróbka: Santa Barbara w Kalifornii. Amerykański historyk Wade Graham w książce „Miasta wyśnione” sugeruje, że w tym przypadku chodziło o „zyskanie poczucia, że podróżuje się w czasie do lepszego świata” i „stworzenie cudownego poczucia odrębności”.

Mieliśmy i mamy oczywiście projekty odtwarzania historii, bez których wręcz trudno sobie wyobrazić skuteczne zszycie poszarpanego miasta, jak choćby odbudowa Starówki w Warszawie i Śródmieścia w Gdańsku. Ale już późniejsze próby wywoływania duchów Starego Miasta w Elblągu czy Szczecinie zakończyły się fiaskiem. Odbudowa Zamku Królewskiego w Warszawie wzmocniła aurę miejsca, ale stołecznego Ratusza przy placu Teatralnym lub Zamku Przemysła w Poznaniu nie poprawiła aury o jotę, a zdaniem wielu tylko ją pogorszyła.

Zazwyczaj znakomitym pomysłem okazują się rewitalizacje starych obiektów poprzemysłowych lub powojskowych. W Polsce króluje pod tym względem Łódź, ale udane realizacje znaleźć można praktycznie wszędzie. Klimat tych miejsc jest zazwyczaj na tyle silny, że nawet współczesna ich rozbudowa (jeżeli oczywiście prowadzona jest bez tromtadrackiej arogancji wobec otoczenia) nie jest w stanie go osłabić. I mowa tu zarówno o obiektach adaptowanych na cele komercyjne (łódzka Manufaktura), mieszkaniowe (krakowskie Lofty W Młynie, lofty De Girarda w Żyrardowie) czy kulturalne (stołeczne muzea Powstania Warszawskiego i Katyńskie).

Przestrzeń miast i miasteczek, wszystko jedno – publiczna, półprywatna czy prywatna, nieustannie jest poddawana presji coraz liczniejszych oczekiwań: funkcjonalnych, społecznych, ekologicznych, estetycznych. Okazuje się, że w walce o uwagę i o sukces języczkiem u wagi stają się owe trudno uchwytne, ale przecież istniejące – czujemy to – duchy miejsc. Warto je dopieszczać, a odwzajemnią się z nawiązką.

***

Autor jest dziennikarzem POLITYKI.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Mężczyzna w związku. Jak to działa?

Jacek Masłowski o niespełnionych oczekiwaniach mężczyzn wobec kobiet oraz kobiet wobec mężczyzn.

Anna Dobrowolska
23.05.2017
Reklama