Nauka

Kadry, głupcze! Personel medyczny jest coraz bardziej obciążony

Czy personel medyczny wytrzyma ten maraton, skoro coraz więcej opada z sił, a mety nie widać? Czy personel medyczny wytrzyma ten maraton, skoro coraz więcej opada z sił, a mety nie widać? Adam Chełstowski / Forum
Czy lekarze, diagności i pielęgniarki wytrzymają ten maraton, skoro coraz więcej osób opada z sił, a mety nie widać?

A czy my poradzimy sobie bez lekarzy, diagnostów i pielęgniarek, jeśli padną z wyczerpania lub zostaną odesłani na przymusową kwarantannę? Doniesienia są coraz bardziej niepokojące. W Warszawie trzeba było zamknąć główne laboratorium referencyjne w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego PZH, bo potwierdzono zakażenie koronawirusem u pracownika jednego z zakładów naukowych.

„W trosce o zdrowie podjąłem decyzję o zawieszeniu działania laboratorium diagnostycznego NIZP-PZH” – poinformował dr Grzegorz Juszczyk, dyrektor Instytutu. Izolacja pracownika zmusiła innych do kwarantanny i zamknięcia placówki. W sytuacji, gdy każde laboratorium, które tylko może wykonywać badania molekularne, jest na wagę złota – jedno z najlepszych i najbardziej doświadczonych (trzeciego stopnia referencji) musi zawiesić działalność, nie przyjmuje wymazów. Brakuje ludzi, którymi można by zastąpić personel.

Czytaj też: Covid-19. Testy, testy, testy, ale jakie?

Groźny scenariusz: medycy w kwarantannie

Ograniczone możliwości diagnostyczne skutkują więc tym, że w Gdańsku lekarze i pielęgniarki ponad 30 godzin czekają na wynik swoich badań. Chodzi o personel szpitala im. Kopernika, gdzie w poniedziałek wykryto u jednego z pacjentów na oddziale chorób wewnętrznych koronawirusa (diagnoza potwierdzona), zarządzono więc pobranie wymazów od wszystkich, którzy mieli z nim kontakt. Do rana w czwartek jeszcze tych wyników nie było, a lekarze poskarżyli się dziennikarzom „Gazety Wyborczej”: „Czujemy się, jakbyśmy siedzieli na tykającej bombie, nie możemy udzielać pomocy chorym, do tego boimy się o siebie i swoich bliskich”.

Od razu zastrzegli, że nie mają pretensji do diagnostów i laboratorium. Wiedzą, że praca odbywa się tam na trzy zmiany w systemie całodobowym (do Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Gdańsku wymazy nadchodzą nie tylko z Trójmiasta, ale też od mieszkańców woj. kujawsko-pomorskiego). „To system jest niewydolny – mówią lekarze. – Jeśli nic nie zmienimy, to chorzy z koronawirusem rozsieją się po wszystkich oddziałach ratunkowych, które kolejno trzeba będzie zamykać, bo lekarze, pielęgniarki, ratownicy zostaną poddani kwarantannie”.

Czytaj też: Koronawirus, czyli ostry test dla polskiej służby zdrowia

Lekarze zakaźnicy boją się o przyszłość

Prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, w imieniu zarządu głównego swojego stowarzyszenia zwrócił się przedwczoraj do Ministerstwa Zdrowia z apelem: „Przy łóżkach jest niewystarczająca liczba specjalistów chorób zakaźnych. Pełnimy także funkcję edukacyjną dla innych specjalności, przełamując lęki i uprzedzenia. Jednak w najbliższych latach wielu zakaźników przejdzie na emeryturę i przy kolejnej pandemii Polska może już nie mieć tej pierwszej linii obrony w osobach specjalistów chorób zakaźnych. Zwracam się więc o pilne uznanie naszej specjalności za deficytową i o szybką reakcję w tej kwestii”.

List profesora jest dłuższy, ale wynika z niego, że skoro nadzorujący pracę ochrony zdrowia minister stworzył z ok. 80 szpitali zakaźnych główną sieć do diagnostyki przypadków zachorowań na koronawirusa (a ostatnio dodał do niej 19 dużych placówek w każdym województwie, przekształconych ze szpitali wieloprofilowych), to musi mieć na uwadze, że brakuje w nich rąk do pracy. To wina wieloletnich zaniedbań, o których prof. Robert Flisiak mówił w wywiadzie dla „Polityki” już w połowie ubiegłego tygodnia, przed ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego.

Teraz z problemem kadr trzeba mierzyć się w boju, ale jak zabezpieczać dyżury w podwyższonej gotowości, skoro ściągnięci do pracy emeryci nie powinni tak jak rezydenci spędzać na oddziałach po kilkadziesiąt godzin? A coraz większa liczba personelu z innych oddziałów – gdzie nie zadbano o właściwe warunki pracy, a więc o ich ochronę – musi teraz coraz częściej spędzać czas na kwarantannie.

Czytaj też: Skandal z testami. Nie wszystkim lekarzom wolno do nich kierować

Apel Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, choć trafił do ministra zdrowia w gorącym okresie, wybiega też naprzód. Chodzi o przyznanie tej specjalności statusu deficytowej, tak jak w przypadku kilku innych dziedzin medycznych, by można było na tym kierunku za nieco większe uposażenia zacząć kształcić większą liczbę młodych lekarzy. Na razie choroby zakaźne do takich specjalizacji nie należą, więc może z tego powodu w większości województw na wolne miejsca rezydenckie nie zgłosił się żaden absolwent medycyny! – Więc jeśli za 10 lat dojdzie do podobnego zagrożenia, to zarządzenie ministra, by wszyscy pacjenci z podejrzeniem infekcji trafiali na oddziały zakaźne, spotka się z głuchym śmiechem – twierdzi prof. Flisiak. – Na tych oddziałach nie będzie po prostu ludzi do pracy.

Czytaj też: Infolinie nie działają jak należy, studenci chcą pomóc

Diagności laboratoryjni wolą nie badać w ciemno

A jak sobie radzą diagności laboratoryjni? To nie jest pierwsza linia frontu, z którą pacjenci spotykają na szpitalnych oddziałach ratunkowych, w karetkach i izbach przyjęć – ale obecnie od wykonywanych przez nich badań zależy, w którą stronę i w jakim tempie rozwinie się sytuacja.

W mediach społecznościowych wielu lekarzy, zwłaszcza młodych, relacjonuje swoją pracę i jakże częsty, brutalny wyścig z czasem. Od niedawna można również znaleźć meldunki z laboratoriów, na których widać, jak żmudna i w sumie niewdzięczna jest praca diagnostyczna. Mam nadzieję, że coraz bardziej doceniana – jeśli nie przez decydentów, którzy jeszcze pod koniec ubiegłego roku niewiele mieli do zaoferowania tej grupie zawodowej, gdy upominała się o wzrost uposażeń, to przez zwykłych ludzi i firmy prywatne, spieszące dziś z pomocą (np. dostarczając preparaty do pielęgnacji skóry; spróbujcie przez kilka godzin pracować na okrągło w jednorazowych rękawiczkach!).

Poradnik: Jak się nie zakazić? Co zrobić, gdy mam objawy infekcji?

A co ma do zaproponowania Ministerstwo Zdrowia? Wypuszcza granat w postaci tzw. zdalnej autoryzacji, która miałaby – teoretycznie – przyspieszyć otrzymywanie wyników diagnostycznych, a przeciw czemu Krajowa Rada Diagnostów Laboratoryjnych (KRDL) ostro protestuje. Oto opinia dr Matyldy Kłudkowskiej, wiceprezes KRDL: – Według obowiązujących aktów prawnych tylko diagnosta jest uprawiony do autoryzacji badań i wyników, które następnie trafiają do zlecającego lekarza. Jeśli w mniejszych laboratoriach na dyżurze jest tylko technik lub biolog, owszem, wykonują tam swoją pracę, ale nie mają uprawnień do takiej autoryzacji. Nowe przepisy zezwalają, by wymóc ją na specjaliście diagnostyki z innego laboratorium, choć przeprowadzonego badania nie widział na oczy.

Na wynik testów wpływ ma każdy etap pracy: od pobrania materiału, oceny jego wartości, po wykonanie techniczne (pisaliśmy o tym tutaj). Autoryzacja jest etapem ostatnim. I co ważne, odpowiedzialność karną ponosi właśnie osoba autoryzująca. Okazuje się, że nowe rozwiązanie forsują podmioty prywatne (niekoniecznie w każdym laboratorium są wysokiej klasy specjaliści), które dążą do minimalizacji kosztów. A to może pogorszyć jakość i wiarygodność badań. – Nie jesteśmy „klikaczami” od ich zatwierdzania – mówi ostro dr Kłudkowska.

Prezes KRDL Alina Niewiadomska nie miała innego wyjścia (na zgłoszenie uwag do pilnego rozporządzenia ministra zdrowia dano jej w poniedziałek trzy godziny), więc musiała przystać na zdalną autoryzację przez trzy najbliższe miesiące. – Wprowadzenie jej na czas trwania zagrożenia epidemicznego było dla nas nie do zablokowania – przyznaje. – Potem przepis ten nie będzie istniał.

Czytaj też: Kogo i jak testować? Opinie ekspertów są podzielone

Brak pomysłów, jak zaradzić katastrofie

Wydaje się, że coraz więcej chaosu wdziera się do pracy Ministerstwa Zdrowia. Początkowo bardzo dbano w tej instytucji o to, by tonować nastroje. Ale dziś, gdy z całej Polski płyną sygnały od coraz bardziej przeciążonego pracą personelu medycznego (lekarzy, diagnostów laboratoryjnych, pielęgniarek, ratowników medycznych), tym wyraźniej widać brak spójnej koncepcji, jak radzić sobie z nawarstwiającymi się problemami.

Trzeba pamiętać, że czas koronawirusa nie hamuje postępu innych chorób. Ludzie wciąż zapadają na nowotwory, muszą być w pilnych sytuacjach operowani, doznają udarów mózgu i zawałów serca. Kobiety ciężarne muszą mieć dostęp do porodówek i ginekologów, chorzy na raka – do chemioterapii i onkologów, a ci, których bolą zęby, nie powinni odchodzić z kwitkiem sprzed zamkniętych gabinetów stomatologicznych. A jednak nadchodzące sygnały z kraju świadczą o tym, że organizatorzy ochrony zdrowia zupełnie nie brali tego pod uwagę. Nie potrafią zapewnić funkcjonalności systemu w czasach, gdy wszyscy bronią się przed koronawirusem. Bawełniane maseczki można sobie szyć samemu w domu (niekoniecznie, za radą urzędników państwowych, musi to być rozcięty biustonosz), ale skąd znaleźć fachowych ludzi do pracy, by ogarnąć tłum pacjentów i badań – tego wciąż nie wie nikt.

Czytaj też: Szczepionka przeciw SARS-CoV-2 najszybciej w historii?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną