Ziołowa apteka
Jeśli kuracje roślinne mają rzeczywiście pomóc, trzeba wiedzieć, jak je stosować i kiedy. A przede wszystkim umieć odróżnić terapię od magii. Pomoże w tym nasz poradnik.
Znaczenie roślin we współczesnej medycynie wcale nie maleje, lecz rośnie.
BEW

Znaczenie roślin we współczesnej medycynie wcale nie maleje, lecz rośnie.

Sięgając po leki roślinne należy liczyć się z ryzykiem wystąpienia działań niepożądanych lub z przeciwwskazaniami do stosowania niektórych preparatów.
BEW

Sięgając po leki roślinne należy liczyć się z ryzykiem wystąpienia działań niepożądanych lub z przeciwwskazaniami do stosowania niektórych preparatów.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2009 r.

Jakie to proste: wystarczy nazrywać w parku babki lancetowatej, świeże liście rozetrzeć w moździerzu, zmieszać z wodą i podgrzać do wrzenia. Gotowy napój wyleczy wiosenne nieżyty dróg oddechowych i zapalenia gardła. W poradnikach zielarskich znajdziemy receptury także na znacznie poważniejsze choroby: cukrzycę, nadciśnienie, przerost prostaty, nie mówiąc o bezsenności czy kłopotach z pamięcią. Można odnieść wrażenie, że wszystko, co pleni się na skraju drogi, jest przydatne w domowej apteczce, a każdemu problemowi zdrowotnemu można zaradzić pijąc lub wklepując w obolałe miejsce roślinną miksturę.

Jednak znawcy fitoterapii, czyli uznanej przez naukę dziedziny farmacji, zajmującej się badaniami i oceną zastosowania roślin w medycynie (z greckiego phyto to roślina, therapeia – leczenie) przestrzegają – nie we wszystkich darach natury kryje się uzdrawiająca moc, a działanie roślinnych leków wcale nie jest takie, jak obiecują reklamy.

Przede wszystkim na efekty trzeba czekać znacznie dłużej niż po zastrzyku lub zażyciu syntetycznej pigułki. Eksperci odradzają również zbieranie ziół na własną rękę i sporządzanie z nich domowych leczniczych nalewek. Bo po pierwsze – trudno czasem odróżnić dziko rosnącą wartościową roślinę od chwastu. A po drugie – może znajdować się w niej więcej metali ciężkich i związków trujących niż przywracających zdrowie substancji aktywnych.

Natomiast w preparatach, które można kupić w aptekach i sklepach zielarskich, zioła pochodzą z tzw. upraw kontrolowanych, gdzie wszystko jest wystandaryzowane i podlega kontroli, od zbioru surowca do gotowego produktu.

Skąd w roślinach taka moc

Plantacje roślin leczniczych zajmują w Polsce powierzchnię 30 tys. ha, czyli jedną czwartą wszystkich upraw w Europie. To stawia nas na pierwszym miejscu wśród producentów surowców zielarskich. Najbardziej znanym i cenionym jest korzeń kozłka lekarskiego (czyli popularna waleriana), z którego wytwarza się większość roślinnych leków uspokajających na naszym kontynencie.

Kuracje ziołowe pozostają jednak na obrzeżach medycyny i są kojarzone ze starą sztuką leczenia – nikomu dziś niepotrzebną, skoro większość dolegliwości można uśmierzać produktami oferowanymi przez przemysł farmaceutyczny. Bez substancji pozyskiwanych z roślin trudno wszakże wyobrazić sobie rozwój farmakologii. Digoksyna stosowana w chorobach serca pochodzi z naparstnicy, aspiryna – z kory wierzby, atropina wykorzystywana do rozszerzania źrenic (by okulista mógł obejrzeć dno oka) oraz w łagodzeniu kolki nerkowej – z liści pokrzyku wilczej jagody, zaś taksol znany z terapii nowotworów piersi i jajnika wyodrębniono z kory cisa krótkolistnego.

Ponad połowa współcześnie stosowanych w onkologii leków ma strukturę chemiczną, którą poznano na podstawie badań składu roślin. Pozyskiwanie leków na skalę przemysłową z kłączy, liści czy korzeni jest jednak trudne – stuletni cis dostarcza zaledwie grama taksolu, czyli połowy dawki potrzebnej do jednej kuracji. Na szczęście chemicy potrafią na podstawie znajomości aktywnych składników wyodrębnionych z przyrody syntetyzować leki na drodze chemicznej, a ostatnio coraz większą rolę odgrywa biotechnologia. – W kilogramie dziurawca jest tylko 0,8 mg substancji aktywnej hiperycyny, która działa przeciwdepresyjnie – mówi prof. Stanisław Sobiak, kierownik Katedry Technologii Chemicznej Środków Leczniczych na Wydziale Farmacji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. – Warto by tak zmodyfikować genetycznie dziurawiec, aby otrzymać odmianę produkującą tej substancji więcej.

Jest jednak pewna wątpliwość. Skoro na właściwości lecznicze ziół nie zawsze składa się pojedynczy składnik (jak przeciwnowotworowy taksol pozyskiwany z cisów), lecz często bogaty kompleks substancji aktywnych, to czy modyfikacje genetyczne podnoszące stężenie jednego związku nie osłabią zdrowotnego działania całej rośliny? – Z tym może być problem – przyznaje prof. Sobiak, według którego współczesna fitoterapia stanęła na rozdrożu: czy intensyfikować uprawy korzystając z rozwoju biotechnologii za cenę osłabienia naturalnych wartości ziół, czy też pozostawić naturę wolną od tego typu ingerencji.

Dr Jerzy Jambor, prezes Polskiego Komitetu Zielarskiego: – Często jestem pytany, skąd w roślinach tyle mocy, że nasi przodkowie mogli się dzięki nim żywić i leczyć? Otóż w grę wchodzą zarówno pierwotne substancje chemiczne, takie jak białka, cukry i tłuszcze, które zapewniają im wzrost, jak i substancje wtórne, od których nie zależy rozwój rośliny, lecz barwa, ochrona przed drobnoustrojami i owadami. I te właśnie substancje dodatkowe odgrywają w medycynie ważną rolę.

Na przykład antocyjany, czyli barwniki roślinne (jak malwidyna nadająca kolor kwiatom malwy), lub flawonoidy (jak przeciwzapalny tylirozyd pozyskiwany z kwiatów lipy). – We współczesnym ziołolecznictwie punkt ciężkości przeniósł się z samej rośliny na zawarte w niej substancje czynne, które warunkują jej aktywność leczniczą – mówi dr Jambor. – Ale musi to być poparte konkretnymi badaniami.

Domowe związki z Azją

I właśnie o wyniki tych badań, potwierdzających skuteczność ziół, toczy się największy spór między zwolennikami fitoterapii i jej przeciwnikami. Zdaniem krytyków – nie istnieją wiarygodne badania kliniczne potwierdzające jednoznacznie przydatność leków roślinnych w medycynie, bo nie można tych badań przeprowadzić w tak sformalizowany sposób, jak dzieje się to w przypadku innych leków. Bardzo trudno znaleźć jednorodną (i wystarczająco liczną) grupę pacjentów, by w obiektywny sposób potwierdzić skuteczność preparatów ziołowych. Krąg naukowo zorientowanych producentów takich leków jest faktycznie niewielki, natomiast większości wytwórców nie stać na drogie badania i atesty.

Ziołolecznictwo tradycyjne, oparte na wielowiekowym doświadczeniu zielarskim, zaliczyłbym do medycyny alternatywnej. Na równi z homeopatią, aromaterapią czy apiterapią – mówi dr Jerzy Jambor. Posługuje się ono wieloskładnikowymi mieszankami ziołowymi oraz surowcami, które mają na organizm bardzo szerokie oddziaływanie. – Racjonalna fitoterapia to już co innego, bo posługuje się lekiem roślinnym o ukierunkowanym działaniu, wyraźnie zdefiniowanym składzie, mechanizmie działania i dawkowaniu.

Zanim rośliny lecznicze upowszechniły się w medycynie, przeszły test wiarygodności wśród ludów, które stosowały je od pokoleń. Cisy, z których uzyskano wspomniany taksol, rosną na górzystym obszarze USA przylegającym do północnego Pacyfiku. Osiadłe na tym terenie szczepy Indian używały kory cisa krótkolistnego jako środka odkażającego i skutecznego przeciw nowotworom skóry. Jeżówka purpurowa, czyli wzmacniająca układ odporności echinacea, również pochodzi z Ameryki Płn. i była wśród Indian uznanym antidotum na ukąszenia węży. Żeń-szeń, który działa adaptogennie (ułatwia przebywanie w warunkach ekstremalnych, zmniejsza obciążenie psychiczne i fizyczne), jest w Azji rośliną znaną od 4 tys. lat. Dopiero w laboratoriach farmaceutycznych okazało się, że zawarte w jego korzeniu aktywne substancje, tzw. ginsenozydy, są w stanie naprawiać uszkodzone komórki.

I nie jest prawdą, że najwartościowsze rośliny lecznicze rosną tylko w Azji lub tropikalnych dżunglach. W Klęce pod Poznaniem można spotkać uprawy aloesu drzewiastego (hodowanego w specjalnie przystosowanych szklarniach) i aż 10 tys. drzew miłorzębu, który wymaga odpowiedniego poziomu wód gruntowych i specjalnie zakwaszonej gleby.

Potrzeba dwóch–trzech lat, by z aloesu drzewiastego móc pozyskać liście do produkcji wytwarzanej tam Biostyminy, preparatu przydatnego w rekonwalescencji i stanach obniżonej odporności – mówi prof. Stanisław Sobiak, który poza pracą naukową w Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu jest jednocześnie konsultantem firmy Phytopharm w Klęce. To prawdopodobnie jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie sezonowych zbieraczy ziół (oprócz wspomnianych upraw, zakład pozyskuje do produkcji 25 dziko rosnących roślin: m.in. głóg, pokrzywę, jemiołę) szkoli profesor wyższej uczelni. – Nie wystarczy ściąć z pola byle jaką pokrzywę, by otrzymać z niej surowiec do produkcji leków moczopędnych – objaśnia prof. Sobiak. – Nie może być zbyt wysoka, należy ją zbierać po południu lub wieczorem, właściwie przechowywać i najpóźniej do 7 rano następnego dnia dostarczyć do skupu. Ważna jest technika zbioru, ale i miejsce, skąd się ją zrywa.

Zdaniem dr. Jerzego Jambora, współczesna fitoterapia odchodzi jednak od zbieractwa na rzecz upraw kontrolowanych. – Hodowane w Klęce miłorzęby mają większą zawartość flawonoidów niż dziko rosnące w Chinach drzewa tego gatunku, bo na plantacji rośliny są jednorodne, odpowiednio nawadniane i nawożone, znany jest skład ich substancji aktywnych, nie przedostają się do nich żadne związki niepożądane. W latach 50. w Polsce 75 proc. roślin stosowanych w lecznictwie dostarczali zakładom przetwórstwa zielarskiego zbieracze. Dziś proporcje się odwróciły i aż 80 proc. surowców pochodzi z upraw.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj