Co dalej z Ursusem?

Taniec z traktorami
Galeria handlowa, warsztaty autobusowe, dom zgromadzeń świadków Jehowy, studio, gdzie TVN nagrywa „Taniec z gwiazdami”. Na końcu niewielka, podupadająca fabryka traktorów. Tyle w Ursusie zostało z posagu siedmiu panien.
Jedna z hal Ursusa w 1947 r.
Jerzy Nowosielski/PAP

Jedna z hal Ursusa w 1947 r.

Przekazanie rolnictwu pierwszych 30 wyprodukowanych traktorów C-45
PAP

Przekazanie rolnictwu pierwszych 30 wyprodukowanych traktorów C-45

Dziś na terenie dawnych zakładów Ursusa rozciąga się ponury postindustrialny pejzaż
Andrzej Sidor/Forum

Dziś na terenie dawnych zakładów Ursusa rozciąga się ponury postindustrialny pejzaż

Ursus C 451, następca słynnego C 45.
Łukasz Golowanow i Maciek Hypś, Konflikty.pl/Wikipedia

Ursus C 451, następca słynnego C 45.

Kim były posażne panny, nie wiadomo. Być może to tylko legenda, bo w Ursusie zawsze mity mieszały się z rzeczywistością. Władze dzielnicy postanowiły niedawno czegoś się o nich dowiedzieć. Był nawet pomysł, by wykorzystać je w marketingu dzielnicy i każdej postawić pomnik. Od pewnego czasu, mimo intensywnych poszukiwań, śledztwo tkwi w miejscu. Pozostaje więc romantyczna historia o siedmiu warszawskich przedsiębiorcach, którzy pod koniec XIX w. założyli Towarzystwo Udziałowe Specjalnej Fabryki Armatur i Motorów. Znakiem firmowym uczynili akronim P7P, co miało znaczyć Posag Siedmiu Panien. Do rozkręcenia biznesu posłużyły bowiem pieniądze, jakie planowali przeznaczyć na posagi swoich córek. Piotr Jankowski, dyrektor biblioteki publicznej w Ursusie, który prowadził poszukiwania, uważa, że to nie mogły być córki. Nie wszyscy założyciele je mieli, w sumie nie było ich siedem. – Przypuszczamy, że chodziło raczej o żony i pieniądze z posagów, jakie wniosły – wyjaśnia. Niezależnie córki czy żony, wkrótce i tak założyciele zmienili znak firmowy. Nową inspirację znaleźli w „Quo vadis?” Sienkiewicza. Tak narodził się Ursus.

Spółka produkowała urządzenia dla cukrowni i armaturę hydrauliczną. Mieściła się w centrum Warszawy, tam gdzie dziś stoi Pałac Kultury. Jednak prawdziwą karierę zaczęła w niepodległej Polsce, kiedy w latach 20. ubiegłego wieku Ursus zajął się produkcją traktorów, zwanych wówczas ciągówkami, oraz samochodów. Wtedy wyprowadził się kilkanaście kilometrów za Warszawę do wsi Czechowice. Na polach wzdłuż linii kolejowej w błyskawicznym tempie wyrosły budynki Zakładów Mechanicznych Ursus i wielka hala produkcyjna.

Po kilku latach okazało się, że wybudowano ją trochę na wyrost. Do tego doszły błędy w zarządzaniu i spółka niebawem zbankrutowała. Przejęło ją państwo i do wojny zakłady produkowały samochody i sprzęt dla wojska. Sąsiednie wsie zmieniły się w osiedla robotnicze, a z czasem w podwarszawskie miasteczko od fabryki nazwane Ursusem. Dziś to najmniejsza dzielnica stolicy.

Traktory nasza duma

W PRL Ursus zajął się produkcją ciągników rolniczych, co przesądziło o jego szczególnym statusie. Wówczas traktor nie był zwykłą maszyną, ale przedmiotem ideologicznego kultu, symbolem przemian gospodarczych, a jeśli za kierownicą posadzono traktorzystkę, także obyczajowych. Nikomu nie przeszkadzało, że pierwszy powojenny Ursus C45 był kopią niemieckiego Lanz Bulldoga. Kolejne modele miały już polską konstrukcję, choć wytwarzano je na niewielką skalę. Wynikało to z ówczesnej filozofii produkcji: ciągnik musiał powstać w całości z podzespołów wytwarzanych w tej samej fabryce.

Tak było i za Gierka, kiedy Ursusy miały pokazywać światu, że Polska jest mocarstwem gospodarczym. Chcieliśmy nimi podbić rynki zagraniczne. Plan zakładał produkcję 100 tys. sztuk rocznie. W tym celu została kupiona licencja na nowoczesne ciągniki Massey-Ferguson. Utrzymanie dotychczasowego autarkicznego modelu produkcji wymagało jednak rozbudowy zakładów do monstrualnych rozmiarów. Powstały hektary nowych hal, zatrudniono tysiące nowych pracowników. Co nie zmieściło się na miejscu, rozrzucono po kraju, tworząc dziesiątki filii. Kosztów nikt nie liczył, bo najważniejsza była wielkość produkcji. W szczytowym okresie produkowano 65 tys. sztuk rocznie. Polskie traktory uprawiały pola na kilku kontynentach, a znak firmowy Ursus był jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich marek.

Gierek rozbudowywał ciągnikowego giganta po trosze na swoją zgubę. To Ursus, oprócz Radomia, w czerwcu 1976 r. stał się miejscem pierwszych protestów robotniczych. Choć brutalnie stłumione, przyspieszyły formowanie się opozycji demokratycznej, a w końcu doprowadziły do Sierpnia ’80. To z ZM Ursus wywodził się przywódca mazowieckiej Solidarności Zbigniew Bujak, legenda podziemnego związku w czasach stanu wojennego. Z Ursusem była związana czołówka działaczy „S”, a sama fabryka stała się dla centralnej Polski odpowiednikiem Stoczni Gdańskiej.

Te dwa czynniki – ogromna, nieefektywna fabryka i wielotysięczna załoga, świadoma swej siły – miały zadecydować o losach Ursusa po 1990 r. I przypieczętować upadek.

Wolnorynkowa kraksa

Wolny rynek przyniósł Ursusowi bolesne zderzenie z ekonomiczną rzeczywistością. Szybko okazało się, ile naprawdę kosztuje produkcja ciągników i że za taką cenę można sprzedawać Rolls-Royce’y, a nie średniej klasy traktory. Co gorsza, do Polski zaczęły napływać z Zachodu tanie, używane maszyny rolnicze. Sprzedaż tych z Ursusa spadała, kurczył się eksport, co przy ogromnym zatrudnieniu i gigantycznych kosztach utrzymania wpędzało fabrykę w coraz większe długi.

To był jednak zakład działający na szczególnych prawach – każdy rząd delikatnie obchodził się z ciągnikowym olbrzymem. Jedni z szacunku dla wolnościowej legendy, inni ze strachu przed gniewem kilkunastu tysięcy pracowników, którzy pod Sejm mogli dotrzeć w pół godziny. A do najważniejszej magistrali kolejowej, łączącej Warszawę ze światem, mieli dwa kroki, więc protesty polegające na zatrzymywaniu pociągów (jak w czerwcu 1976 r.) zdarzały się wielokrotnie.

W Ursusie toczyła się walka między dwiema grupami związkowców: starymi, umiarkowanymi, związanymi z Bujakiem i Zbigniewem Janasem, oraz młodymi radykałami, którym przewodził Zygmunt Wrzodak. Kiedy Bujak i Janas poszli do wielkiej polityki, władzę ostatecznie przejęli młodzi – wspomina jeden z pracowników Ursusa.

– Przychodził do mnie Zygmunt [Wrzodak] i mówił: „słyszałem, że znowu są jakieś problemy finansowe. W takim razie musimy wybrać się pod Kancelarię Premiera”. Jechali i robili zadymę. Oficjalnie nie przynosiło to żadnego efektu. Ale wkrótce, po cichu, rząd przyznawał Ursusowi jakąś pomoc – opowiada Stanisław Bortkiewicz, prezes Ursusa w latach 1997–2005.

Terapia dr. Bortkiewicza

Bortkiewicz jest jedną z barwniejszych, choć kontrowersyjnych postaci w historii ZM Ursus. Lekarz, po 1989 r. porzucił praktykę i zajął się biznesem. Nawiązał współpracę ze związkami zawodowymi i doradzał Solidarności FSO. Tam poznał go Zygmunt Wrzodak i do Ursusa ściągnął jako związkowego doradcę. Bortkiewicz został najpierw prezesem spółki pracowniczej, która handlowała częściami do Ursusów, a niedługo potem związkowcy przeforsowali go na stanowisko prezesa. Kiedy je objął, zrozumiał skalę wyzwania.

– Opór przed jakimikolwiek zmianami był ogromny – wspomina. Dodaje żartem, że wprawdzie jest lekarzem, ale pediatrą, a w Ursusie często miał wrażenie, że potrzebny jest psychiatra.

Ursus bardziej jednak niż w terapię wierzył w cud. Dlatego dwukrotnie związkowcy uroczyście oddali zakład w opiekę Maryi, korzystali też z porad Feliksa Siemieniasa, jednej z najbardziej egzotycznych postaci lat 90., który wsławił się pomysłem rozdania całego majątku narodowego obywatelom. Pomoc zaoferowała też słynna para artystów biznesu, właściciele spółki Art-B, Bagsik i Gąsiorowski. Ta przygoda o mało nie wpędziła do grobu Ursusa już 1991 r.

Największe nadzieje wiązano z inwestorami – że przyjdzie jakiś zagraniczny koncern, weźmie Ursusa ze wszystkimi problemami i jakoś je rozwiąże. Pojawiały się delegacje różnych firm, oglądały, mówiły, że rozważają. I znikały. Wielkie nadzieje wiązano z amerykańskim koncernem AGCO, a potem z przetargiem na samochód opancerzony dla wojska, w którym oferenci mieli zaproponować wykorzystanie możliwości produkcyjnych krajowych fabryk. Steyr obiecywał w ramach offsetu zatrudnienie Ursusa, ale odpadł w przetargu.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną