Rynek cukru - gorzkie skutki dobrych chęci

Słodki i słony
Unijna polityka ochrony europejskich producentów cukru doprowadziła do tego, że zaczął on znikać z półek w Polsce, Niemczech i Austrii.
Unijni reformatorzy tego nie przewidzieli. Robili reformę, żeby konsumenci mogli płacić mniej.
Foodfolio/the food passionates/Corbis

Unijni reformatorzy tego nie przewidzieli. Robili reformę, żeby konsumenci mogli płacić mniej.

Przemysł cukierniczy w Polsce potrzebuje rocznie około 400 tys. ton cukru, całe spożycie szacuje się na 1,6 mln ton.
Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta

Przemysł cukierniczy w Polsce potrzebuje rocznie około 400 tys. ton cukru, całe spożycie szacuje się na 1,6 mln ton.

Kwitnie cukrowa turystyka. Polacy ruszyli na zakupy do Niemiec, Węgrzy i Czesi do Austrii, Litwini i Łotysze – do Polski. To my, konsumenci nowej Unii, jako pierwsi ulegliśmy panice i zaczęliśmy gromadzić zapasy. Jarosław Kaczyński kupił nawet dwa kilo. A premier Donald Tusk grozi spekulantom.

Na taki, dość nieoczekiwany, rozwój sytuacji kompletnie nieprzygotowane okazały się sieci handlowe. To, że w pewnym momencie nasze ceny cukru były dwukrotnie wyższe niż w Niemczech, wynikało z niechęci handlu do zawierania z dostawcami długoterminowych umów. – W Niemczech firma handlowa zawiera umowę na rok i przez cały rok kupuje od nas cukier po umówionej cenie 500 euro za tonę – twierdzi prezes polskiej cukrowni, której właścicielem jest koncern niemiecki. – Nasi nie chcieli się wiązać, więc gdy cukier na giełdach poszedł w górę, muszą teraz płacić nawet dwa razy więcej. Żeby uspokoić rynek, cenę ustala się zaporowo. Koncerny mają złote żniwa. Jak jednak wytłumaczyć, że panikarskie nastroje udzieliły się nawet powściągliwym Anglikom?

Towar strategiczny

Co się dzieje? Przecież na świecie cukru nie brakuje, choć jego ceny na giełdach bardzo wzrosły. Wystarczy szybko kupić i sprowadzić, choćby z Brazylii. Tak byłoby z innymi towarami, ale cukier traktowany jest w Unii jako towar strategiczny. Handel nim odbywa się pod specjalnym nadzorem. Nikt nie może, ot tak sobie, sprowadzić cukru spoza Wspólnoty. Musiałby zapłacić cło zaporowe – 419 euro za tonę. Jeszcze niedawno było to więcej, niż wynosiła światowa cena cukru. Teraz za cukier na giełdach światowych płaci się około 800 dol. za tonę, do tego trzeba doliczyć fracht i cło. Mniejsze cło importer może zapłacić tylko wtedy, gdy sprowadzi cukier ze wskazanych przez Brukselę krajów, np. Afryki czy Karaibów. Wcześniej jednak musi postarać się o licencję eksportową. Odkąd jednak ceny światowe wzrosły, kraje te nie bardzo chcą z Unią handlować. Od Brazylii, która cukier z trzciny produkuje najtaniej, do niedawna cukru nie chciała kupować Unia.

Lista absurdów jest długa. Polska, która jeszcze przed kilkoma laty produkowała cukru o wiele więcej, niż byliśmy w stanie go zjeść, sprowadza go dziś m.in. z…Mauritiusa. Pochodzący stamtąd cukier trzcinowy będzie rafinowany w cukrowni w Glinojecku. Wytwarzamy bowiem mniej cukru, niż wynosi jego krajowe spożycie. Nadwyżki produkcyjne mają wprawdzie Francja i Niemcy, ale – zgodnie z polityką Brukseli – mogą je sprzedać tylko na biopaliwa albo przemysłowi farmaceutycznemu. Mimo że z brakiem podstawowego surowca do produkcji borykają się także producenci słodyczy. – Dziwaczna polityka cukrowa UE doprowadziła do tego, że koncerny światowe, które miały zamiar budować nowe fabryki w Polsce, wolą inwestować w Turcji czy w Rosji – tłumaczy Marek Przeździak z Polbisco, Stowarzyszenia Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych. Przy normalnym rynku eksport słodyczy z Polski byłby o wiele większy.

Przemysł cukierniczy w Polsce potrzebuje rocznie około 400 tys. ton cukru, całe spożycie szacuje się na 1,6 mln ton. Wielcy producenci jakoś sobie radzą. Dla małych cukierni obecna sytuacja to klęska. Muszą wstrzymywać produkcję i czekać, aż wszystko wróci do normy, albo podnieść ceny. Na pytanie, kiedy nastąpi powrót do normy (czyli starych cen i regularnych dostaw), odpowiedzieć bardzo trudno.

Sytuacja na rynku światowym rozwija się bowiem według innego scenariusza niż zaplanowali unijni eksperci. Unijni plantatorzy buraków od zawsze mieli wielki wpływ na kształt Wspólnej Polityki Rolnej (CAP). To pod ich naciskiem Bruksela uznała, że cukier ma być towarem strategicznym. Czyli musi być nasz, z buraków wyrosłych na unijnej ziemi, bez względu na cenę. Centralny unijny planista decydował o tym, ile każdy członek Wspólnoty może wyprodukować cukru w ciągu roku. Określała to tak zwana kwota A – przeznaczona na spożycie krajowe. Poszczególne kraje targowały się też o kwotę B, czyli pulę cukru, którą mogą przeznaczyć na eksport poza teren UE. To była pula bardzo ważna, ponieważ cukier unijny zawsze był droższy niż ten wyprodukowany poza Wspólnotą. Od brazylijskiego trzcinowego – nierzadko nawet trzykrotnie. Unijny eksporter na sprzedaży cukru buraczanego nie miał więc szansy zarobić. Kwota B jego sytuację finansową poprawiała radykalnie – różnicę miała dopłacić Bruksela, czyli unijni konsumenci. Dopłaty do eksportu musiały więc być wliczone w unijną cenę cukru. Ta również ustalana była w Brukseli.

Z takiej polityki rolnej (CAP) mieli prawo być niezadowoleni nie tylko unijni konsumenci. Światowa Organizacja Handlu (WTO) uważała, że unijny, ale też amerykański protekcjonizm, uderza w biedne kraje Trzeciego Świata, które wytwarzają cukier najtaniej (buraki zbiera się raz w roku, trzcinę – dwa), a mimo to nie mogą go sprzedać. UE i USA oferują swój towar światowym nabywcom po konkurencyjnej, niższej cenie. Konkurencja taka jest nieuczciwa i trzeba to zmienić. WTO była cierpliwa (dyskusje trwały od lat), ale stanowcza. W Brukseli dojrzewała świadomość, że politykę rolną, w każdym razie w przypadku cukru, trzeba będzie skorygować. Korekta ma polegać na rezygnacji z dopłat do eksportu, co będzie musiało skutkować ograniczaniem unijnej produkcji. Polska, wchodząc do Unii, miała tego pełną świadomość. Korekta polityki cukrowej mogła być dla naszych cukrowni sporą szansą.

Startowaliśmy z niezłej pozycji. Jarosław Kalinowski, wicepremier w rządzie Leszka Millera, wynegocjował dla Polski kwotę A w wysokości 1,6 mln ton, czyli równą krajowemu spożyciu. Polskim atutem mogły być niższe koszty produkcji. W tej konkurencji wygrywaliśmy nie tylko z Włochami czy Grecją, w których buraczane pola trzeba podlewać, ale także z krajami skandynawskimi, gdzie na buraki jest za chłodno, a nawet z Niemcami i Francją. Rynkowa logika nakazywała, aby produkcję cukru najbardziej ograniczyły te kraje UE, w których jest ona najdroższa. Wtedy Polska mogłaby produkować dużo więcej.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną