Od kilku lat PiS walczy z Komisją Europejską, próbując dodatkowo opodatkować duże sklepy w zależności od ich obrotów. Projekt podatku został zablokowany przez Brukselę jako naruszający zasady uczciwej konkurencji, potem polski rząd wygrał przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, ale Komisja Europejska od tego wyroku się odwołała.
Czytaj też: Polski handel pod ostrzałem PiS. Będą ofiary
PiS zabierze samorządom korkowe
PiS miał cierpliwie czekać na ostateczne rozstrzygnięcie, ale dzisiaj Jadwiga Emilewicz, kierująca resortem przedsiębiorczości i technologii, ogłosiła nowe plany. Zamiast handlowego podatku obrotowego będzie... korkowy. Zapłacą go wszystkie duże sklepy już nie w zależności od przychodów, ale od powierzchni. Każdy supermarket czy hipermarket generuje korki i negatywnie wpływa na środowisko naturalne, więc musi ponieść koszty szkód, jakie wyrządza. Z taką argumentacją trudno się nie zgodzić, ale diabeł tkwi w szczegółach.
Nowy podatek może wejść w życie już w przyszłym roku, bo tym razem rząd nie spodziewa się oporu Komisji Europejskiej. Powołuje się na przykład Hiszpanii, gdzie podobny podatek obowiązuje w niektórych regionach (Katalonia, Asturia i Aragonia), a w ubiegłym roku zaakceptował go Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jako zgodny z prawem wspólnotowym. Tyle że hiszpańska danina ma zupełnie inny charakter niż ta planowana polska. Po pierwsze, nakładają ją regiony, a nie rząd w Madrycie. Wspiera zatem budżety lokalne, a w Polsce rząd na pewno zatrzyma ją w budżecie centralnym. Przecież samorządy od dawna stara się osłabić, m.in. zabierając im pieniądze. Po drugie, środki z podatku „korkowego” służą w Hiszpanii inwestycjom mającym chronić środowisko i poprawiać infrastrukturę. Natomiast w Polsce podatek handlowy ma zasilać budżet na normalnych zasadach i nie planowano przeznaczać go na żadne konkretne cele.
Czytaj też: Nowe sklepy bez obsługi
Sieci sobie poradzą, klient zapłaci
O ile zatem w Hiszpanii w ten sposób rzeczywiście zmusza się duże sieci handlowe do częściowego pokrywania szkód, jakie generują, o tyle u nas taka konstrukcja podatku ma raczej okazać się wytrychem umożliwiającym obejście unijnych ograniczeń. Skoro rząd za wszelką cenę chce zaszkodzić dużym sieciom handlowym (bo z obcym kapitałem), a ograniczenie niedzielnego handlu w tym nie pomogło, to szuka innych rozwiązań. Gdyby zależało mu na zmuszeniu sklepów do inwestycji w infrastrukturę czy ochronę środowiska, powinien po prostu dać narzędzia samorządom, aby te mogły nakładać na centra handlowe dodatkowe opłaty. Miałoby to spory sens, bo rzeczywiście duże sklepy do tej pory niewystarczająco partycypowały w kosztach rozbudowy ulic, przebudowy skrzyżowań czy zwiększaniu oferty komunikacji miejskiej. Same najczęściej w niewielkim stopniu inwestują w okolicę, a resztę kosztów muszą ponosić samorządy, czyli my wszyscy jako podatnicy.
O ile można dyskutować nad sensem takich obciążeń dla handlu, o tyle warto pamiętać, że każdy nowy podatek duże sieci handlowe natychmiast przerzucą na konsumentów. Nie miejmy żadnych złudzeń – Biedronka, Lidl, Carrefour, Auchan i cała reszta istotnych graczy żadnych nowych kosztów na swoje barki nie wezmą. Zakamuflowanie dodatkowego podatku we wzrostach cen jest dzisiaj wyjątkowo proste, bo przecież inflacja, zwłaszcza w przypadku żywności, pozostaje wysoka, a ciągłe podwyżki cen kolejnych artykułów nikogo już nie dziwią. A nawet po przerzuceniu nowego podatku na klientów i tak duże sieci będą cenowo atrakcyjniejsze od małych sklepów, które „korkowego” nie zapłacą. Zyska rząd, stracą klienci, a koncerny handlowe sobie poradzą – czyli jak zawsze.
Czytaj też: PiS bierze się za marki własne