Rynek

Bez kolejek do specjalistów? PiS serwuje kolejną przedwyborczą ściemę

Zniesienie limitów na wizyty u lekarzy specjalistów, co zapowiedział minister, nie zlikwiduje kolejek. Zniesienie limitów na wizyty u lekarzy specjalistów, co zapowiedział minister, nie zlikwiduje kolejek. Anatol Chomicz / Forum
Ministerstwo Zdrowia zniesie od marca limity na wizyty u kardiologów, neurologów, ortopedów i endokrynologów, czyli lekarzy, do których są najdłuższe kolejki. Z 2 mln oczekujących na dostanie się do specjalisty aż 700 tys. potrzebujących ustawia się właśnie do tych czterech specjalności.

Wbrew zapewnieniom nie należy się spodziewać, że kolejki się skrócą. Tak jak nie skróciły się do szpitali, które weszły do tzw. sieci i obiecywały, że zniesienie limitów poprawi sytuację pacjentów. Nie poprawiły, limity zniesiono, a kolejki są coraz dłuższe. Mimo że limitów nie ma, pieniędzy także coraz dramatyczniej brakuje. Nie przyjmują więc wszystkich pacjentów, żeby jeszcze bardziej nie pogrążać się w długach. A są już zadłużone na ponad 14 mld zł. Z dostępem do specjalistów – w jednej z poradni wrocławskich do endokrynologa czeka się aż… dziewięć lat (!) – będzie podobnie.

Czytaj także: NIK surowo ocenia tzw. sieć szpitali. „To porażka”

NFZ pieniądze specjalistom wcześniej zabrał, teraz odda tylko część

Od 1 marca NFZ obiecuje, że zapłaci za wszystkich pacjentów, których specjalista zdoła przyjąć. Istotny szczegół – mają to być tylko pacjenci pierwszorazowi, za których lekarze już teraz dostają o 50 proc. więcej, a od marca dostaną podwyżkę o kolejne 17 proc. Zniesienie limitów oraz wyższa wycena będzie kosztowała NFZ ok. 300 mln zł. Ale w 2018 r. ten sam NFZ obciął wydatki na leczenie specjalistyczne aż o 1 mld zł. Czyli nawet nie jak w dowcipie o kozie, bo oddał zaledwie cząstkę. Skoro więc w 2020 r. fundusz ma zamiar wydać na leczenie specjalistyczne mniej niż w 2017 r., to pacjenci czekający miesiącami z pewnością nie mają się z czego cieszyć. Kolejki będą coraz dłuższe.

Cztery lata rządów PiS: Służba zdrowia w stanie przedzawałowym

Limitów nie będzie, ale NFZ zapłaci tylko za pacjentów, „których poradnie zdołają przyjąć”. Żeby były w stanie, muszą mieć więcej lekarzy. Tymczasem specjaliści, których brakuje coraz bardziej, wolą przyjmować prywatnie. Jakim cudem kolejki mają się skrócić, skoro pieniędzy mimo zniesienia limitów i podwyżek wycen per saldo i tak będzie mniej? Za to różnice między podniesionymi wycenami w poradni publicznej i w gabinecie prywatnym nadal będą bardzo duże. Zwłaszcza że ceny u prywatnych specjalistów rosną bardzo szybko. 150 zł za wizytę nie jest ceną najwyższą.

Pacjenci drugorazowi do lekarza rodzinnego

To kolejny istotny szczegół. Z wypowiedzi ministra zdrowia wynika, że chorzy po pierwszej wizycie u lekarza specjalisty mogą już nie doczekać się następnej. Na przykład kardiolog „ustawi” im leczenie, po czym odeśle takiego pacjenta, za którego NFZ nadal będzie marnie płacił, do lekarza pierwszego kontaktu. Teraz on ma przejąć rolę specjalisty. Zapewne w wielu przypadkach odbędzie się to bez szkody dla zdrowia chorego, ale z pewnością nie we wszystkich.

Czytaj także: Polska na ostatnim miejscu w Europie pod względem liczby lekarzy

Lekarz rodzinny zastąpi neurologa?

Co ma zrobić chory, który po pierwszej wizycie u specjalisty nadal wymaga jego pomocy, ale jest „za tani”, aby przychodni opłacało się wyznaczyć mu nieodległy termin? Ortopedy lekarz pierwszego kontaktu też raczej nie zastąpi. W bardzo wielu przypadkach zarówno neurologa, jak i ortopedę mógłby zastąpić wykwalifikowany fizjoterapeuta, ale przywracanie ludziom sprawności bez leków i kosztownych operacji w polskim systemie publicznej służby zdrowia nie jest cenione. Więc marnie opłacani fizjoterapeuci też wolą pomagać prywatnie – za duże pieniądze. Z 66 tys. działających w kraju fizjoterapeutów w publicznym lecznictwie pracuje jeszcze zaledwie 25 tys. Kolejne oddziały rehabilitacyjne w szpitalach i przychodniach są zamykane.

Czytaj także: Cudu nie będzie. Rehabilitacja bez kolejki i bez limitów jest nierealna

Obiecywanie potrzebującym pacjentom, że od marca kolejki do specjalistów znikną, jest więc tylko przedwyborczą ściemą. Po wyborach prezydenckich wszystko zostanie po staremu.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Od uchodźcy 600 zł. W Polsce kwitnie handel meldunkami

O tym, że zameldowanie nadal jest w Polsce obowiązkowe, wie niewielu Polaków. Obcokrajowców jeszcze mniej. Właściciele mieszkań meldować nikogo nie muszą. I nie chcą. W szczególności uchodźców, a już najmniej tych z Afryki. Za brak meldunku Polakom nic nie grozi, cudzoziemcom spoza Unii – grzywna. Bez zameldowania nie mogą załatwić wielu spraw. W efekcie kwitnie meldunkowy handel.

Agnieszka Rodowicz
16.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną