Rynek

Pędzimy na ścianę. Będziemy umierać w domu?

Kolejka samochodów przed punktem poboru próbek do badań na obecność koronawirusa w Krakowie Kolejka samochodów przed punktem poboru próbek do badań na obecność koronawirusa w Krakowie Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Publiczne lecznictwo niebezpiecznie zbliżyło się do granic wydolności. Zarządzający nim nie wyciągają wniosków, nie przygotowują systemu do jeszcze gorszej sytuacji, tylko zapewniają, że jest lepiej, niż jest.

Rzeczywistość temu przeczy. Więc się ją ukrywa fałszywymi statystykami. System broni się, nie dopuszczając chorych do leczenia.

Mści się ograniczanie liczby testów

Adam Niedzielski rozpoczął swoją kadencję jako minister zdrowia od zmiany strategii walki z pandemią. Zarządził, że testowane na obecność covid-19 mają być tylko te osoby, które wykazują wszystkie cztery objawy zakażenia, czyli: mają temperaturę przekraczającą 38 st. C, duszności, kaszel, a także utratę węchu i smaku. Lekarze ostrzegali, że dwa ostatnie objawy występują tylko u niewielkiej części zainfekowanych. Nikt ich nie słuchał. Chodziło bowiem o to, aby wykonywać mniej testów, nie robić ich wszystkim ludziom podejrzewanym o zakażenie. Udawać, że wirus zaatakował mniejszą liczbę osób, niż jest naprawdę.

Raport „Polityki”: Epidemia się rozpędza. Czy służba zdrowia to wytrzyma?

Mniej testów oznacza lepszą statystykę. I tylko o to chodziło, żeby sztucznie obniżyć codziennie podawaną liczbę nowych zakażonych. Żebyśmy się nie niepokoili. Jak w piosence niezapomnianego Wojciecha Młynarskiego: „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”. To strategia samobójcza. Niezidentyfikowani chorzy zakażają bowiem innych. Pandemii się w ten sposób nie dusi, lecz pozwala się jej rozszerzać. Właśnie mamy tego skutki – dzienna liczba stwierdzonych nowych zakażeń przekroczyła 4 tys. osób, bo testów zrobiono ponad 44 tys., czyli rekordowo dużo. Pokazano nieco większy kawałek rzeczywistości.

Jeden zainfekowany wirusem zakaża więcej niż jedną osobę, więc za tydzień będzie ich już 6 tys.! Minister nie jest uprzejmy powiedzieć nam, co wtedy zrobi, a marszałek Sejmu uznała, że debata na ten temat jest niepotrzebna. Gdyby w wakacje testowano o wiele więcej osób, wskaźnik zakażalności byłby mniejszy, a osobom zainfekowanym można byłoby pomóc.

Czytaj także: Rekordy zakażeń jeszcze przed nami

Będziemy umierać w domu

Gdyby nawet jakimś cudem zaczęto wykonywać więcej testów teraz, to już jest na to za późno. Bo teraz wszystkim chorym już nie da się pomóc, już jest ich za dużo. Tak jak pierwszym ogniwem uszczelniania publicznego lecznictwa przed chorymi jest zbyt mała liczba testów, tak następnym – brak łóżek w szpitalach. Rząd udaje, że nie jest tak źle, podaje statystykę, z której wynika, że są jeszcze rezerwy, lekarze mówią wprost, że jest nieprawdziwa. Media pokazują sznury karetek pod szpitalami, czekających godzinami z pacjentami w ciężkim stanie, aż w szpitalu zwolni się dla nich łóżko.

Rzecznik Ministerstwa Zdrowia wini za to brak koordynacji. Karetki nie powinny jeździć po kraju w poszukiwaniu wolnego miejsca w szpitalu dla duszącego się w środku pacjenta, tylko wcześniej dowiedzieć się, gdzie są miejsca. A jak ich w danym mieście czy regionie już nie ma? To będziemy mieć do czynienia z trzecim ogniwem systemu, który nie dopuści chorego do leczenia – karetki przestaną przyjeżdżać do domów ciężko chorych pacjentów. Skoro i tak nie mają ich gdzie odwieźć, a wystawanie pod szpitalami psuje samopoczucie ministerstwu.

Czytaj także: Czy w Polsce wzrosła śmiertelność z powodu covid-19? Nie wiadomo

Strategie są złe czy nie ma ich wcale?

Za kadencji Szumowskiego mieliśmy do czynienia z sytuacjami, że szpitale nie przyjmowały osób ciężko chorych, wymagających natychmiast pomocy przy ratowaniu życia, ponieważ były one także zakażone koronawirusem. Strategia poprzedniego ministra, jeśli w ogóle jakąś miał, polegała na tym, że szpital albo będzie przyjmował chorych tylko z koronawirusem (tzw. jednoimienny), albo z innymi chorobami z wyjątkiem koronawirusa. Chory z zawałem, zakażony jednocześnie wirusem, nie mógł być leczony w żadnym szpitalu. Żeby chronić życie lekarzy, pielęgniarek oraz innych pacjentów, szpitale odsyłały umierających z kwitkiem. Pamiętamy przypadek młodej kobiety z zagrożoną ciążą, której nie przyjął żaden szpital, ponieważ też była zakażona covid-19. Umarła.

Adam Niedzielski zmienił strategię, skasował szpitale jednoimienne. Wprowadził za to kilka poziomów szpitali dla lżej i ciężej chorych. Miały lepiej sobie radzić w sytuacji, gdy jeden chory cierpi jednocześnie na dwie zagrażające jego życiu choroby. Byliśmy skłonni to zrozumieć. Ale teraz, po kilku zaledwie tygodniach, ten sam minister strategię znów zmienia. Szpitale jednoimienne mają wrócić. Jakim cudem, gdy liczba zakażonych rośnie dziennie o kilka tysięcy osób, teraz poradzą sobie lepiej niż wtedy, gdy pacjentów było mniej? A może chodzi po prostu o to, aby chorych na niecovid w ogóle odciąć od możliwości leczenia? Ta wersja, niestety, wydaje się bardziej prawdopodobna.

To są sprawy życia i śmierci. Dlaczego nikt z nami o tym nie rozmawia? Dlaczego rządzący nie rozmawiają nawet z opozycją? Bo władza musiałaby przyznać, że od początku nie ma pomysłu, jak walczyć z pandemią. I że w ogóle go nie szukała, skoro premier ogłosił, że pandemii już nie ma. Dlatego nie znamy nawet składu osobowego mitycznego sztabu kryzysowego, który niby opracowuje kolejne strategie. Żaden z najlepszych w kraju lekarzy zakaźników, wirusologów czy immunologów nie przyznaje się, by rząd w sprawie pandemii pytał go o zdanie. Więc kto tworzy te kolejne strategie? Jakie autorytety? Czy może tylko politycy? Kto się podpisze pod tragicznymi skutkami, jakie przynosi ich realizacja? A może problem rozwiąże uchwalenie ustawy bezkarnościowej?

System na granicy wydolności

Lekarze rodzinni bronią się przed pacjentami teleporadami. SOR-y (szpitalne oddziały ratunkowe) się zakorkowały, więc lżej chorzy z wirusem mają leżeć w domu. Ci lżej chorzy, przypominam, mają powyżej 38 st. C i się duszą. Jeśli im się jeszcze bardziej pogorszy, wezwą pogotowie, które nie przyjedzie, jeśli w żadnym okolicznym szpitalu nie będzie już miejsca. Dopiero teraz, gdy już się z tą ścianą zderzamy, wojewodowie zaczynają myśleć o tworzeniu w szpitalach dodatkowych łóżek dla chorych. Późno.

A przecież dodatkowe łóżka to najmniejszy problem. Dla najciężej chorych (ci lżej mają przecież zostać w domu, próbując przy wspólnej łazience nie zakazić domowników, bo o izolatoriach także nie pomyślano) potrzebne są respiratory, których handlarze bronią jednak nie dostarczyli. W placówkach, które jeszcze respiratory wolne mają, brakuje pielęgniarek anestezjologicznych potrafiących je sprawnie obsłużyć. Nie ma lekarzy zakaźników. Te wszystkie problemy znane były przed pandemią, a po jej wybuchu było pewne, że się z nimi zderzymy. Rząd nie zrobił nic, żeby to zderzenie było choć trochę mniej bolesne. Może tylko premier przestał się chwalić, że wszyscy nas podziwiają.

Czytaj także: Respiratorów nie widać, pieniądze poszły, dokumenty wyszły

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Doktorat prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Po ponad 30 latach od publicznej obrony znów dostępna jest praca doktorska Jarosława Kaczyńskiego. Poszukiwano jej od lat, spekulując nawet, czy aby taka na pewno powstała, bądź czy nie zawiera treści mało dziś politycznie poprawnych.

Marek Henzler
25.06.2007
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną