Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Rynek

Rachunek za Turów. Ile nas będzie kosztował spór z Czechami i czy to na pewno koniec?

Prezydenci Polski i Czech Mateusz Morawiecki i Petr Fiala podpisali porozumienie ws. kopalni Turów. Prezydenci Polski i Czech Mateusz Morawiecki i Petr Fiala podpisali porozumienie ws. kopalni Turów. Daniel Gnap / Kancelaria Prezesa RM
Ogłoszono oficjalnie, że serial toczący się wokół Kopalni Węgla Brunatnego Turów, realizowany w koprodukcji polsko-czeskiej, wchodzi w sezon finałowy. Wszystko kończy się happy endem i okrzykami „kochajmy się”!

Stosunki polsko-czeskie wchodzą w nowy etap ocieplenia, kopalnia i elektrownia Turów nie przerywają pracy, a sprawa Republika Czeska vs Rzeczpospolita Polska znika z wokandy Trybunału Sprawiedliwości UE. Brzmi pięknie, ale czy prawdziwie? Mam co do tego wątpliwości. Obawiam się, że ten serial tak szybko się nie skończy. Ale po kolei.

Czytaj także: Stawka większa niż Turów. O co się toczy spór z Czechami?

Koniec sporu z Czechami o Turów

3 lutego dość niespodziewanie ogłoszono, że rozmowy w sprawie kopalni Turów dobiegły końca i premier Mateusz Morawiecki jedzie do Pragi, by podpisać porozumienie „o współpracy w zakresie odnoszenia się do skutków na terytorium Republiki Czeskiej wynikających z eksploatacji kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów”.

Jego treści nie znamy, poznaliśmy jedynie najważniejsze zapisy. Wiadomo, że polska strona zgodziła się zapłacić 45 mln euro za wycofanie sprawy z Trybunału. 35 mln euro zapłaci budżet, a 10 mln Fundacja PGE przekaże krajowi libereckiemu, czyli sąsiadującemu z polską kopalnią.

PiS działa na rympał, my za to płacimy

Po co nam to było? Dlaczego zlekceważyliśmy sąsiadów? PiS zastosował swoją klasyczną metodę – na rympał. Złamane zostały reguły prawa międzynarodowego, dobrego sąsiedztwa, dyrektywy środowiskowe. Naginano i zmieniano przepisy prawa administracyjnego. Bo przecież chodziło o wielką państwową elektrownię i bezpieczeństwo energetyczne. „Genezą sporu był brak empatii, brak zrozumienia i brak chęci podjęcia dialogu i to w pierwszym rzędzie z polskiej strony” – ocenił ambasador Polski w Czechach Mirosław Jasiński na łamach „Deutsche Welle”, za co został natychmiast odwołany.

Ostatecznie trzeba było pójść do Canossy, Czesi nas do tego zmusili. Polska nie tylko zobowiązała się do zapłacenia odszkodowań, ale także wybudowania podziemnego ekranu zapobiegającego ucieczce wody z terenu Czech do niecki, jaką tworzy kopalnia leżąca kilkadziesiąt metrów od granicy. Budowa już trwa i polega na iniekcjach do gruntu nieprzepuszczalnych iłów, na głębokość nawet 115 m, tak by uszczelnić kopalnię.

Zobowiązaliśmy się też do budowy wału ziemnego chroniącego mieszkańców przed zanieczyszczeniami, hałasem i pyłami. Ponadto strona polska ma dbać o dobrostan mieszkańców regionu, monitorować hałas i osunięcia gruntu. Oznacza to spore dodatkowe koszty. Sam ekran to ok. 90 mln zł. W sumie energia z Turowa robi się wyjątkowo droga, bo przecież te koszty zostaną nam dopisane do rachunków za prąd.

Czytaj także: Turów. Najdroższa elektrownia w Europie opalana węglem brunatnym

Długi serial polsko-czeskich negocjacji

Negocjacje trwały długimi miesiącami, choć premier Morawiecki już w maju ubiegłego roku po wizycie w Pradze ogłosił, że Czesi wycofują skargę z TSUE. Po chwili pojawił się były już premier Czech Andrej Babisz i oświadczył, że niczego nie wycofują.

Rozmowy prowadził także już były polski minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka. Potem pojawiła się jego następczyni Anna Moskwa i padło zapewnienie, że ona sprawę załatwi raz-dwa. I znowu mijały miesiące. Z przecieków wynikało, że kluczowym elementem sporu nie były pieniądze, ale tryb nadzoru wykonywania umowy. Czesi domagali się prawa do monitoringu działalności Turowa i możliwości zatrzymania kopalni, jeśli umowa będzie niedotrzymywana. Polska strona nie chciała się na to zgodzić. Wygląda na to, że ostatecznie Czesi sporo w tej kwestii wywalczyli.

Czytaj także: Jak Morawiecki unika prezydenta Czech

I wyjątkowo kosztowny

Oczywiście o wszystkim zadecydowały pieniądze. Bo kiedy wiceprezes TSUE nakazała tymczasowe zamknięcie kopalni do czasu rozpatrzenia sprawy jako środek zapobiegawczy, a potem jeszcze nałożyła karę 0,5 mln euro dziennie za niewykonywanie decyzji, rzecz zaczęła robić się wyjątkowo kosztowna. Padały deklaracje, że to sprawa polityczna i po wyborach Czesi nie będą się nas czepiać.

Zmienił się rząd Babisza, zastąpił go Fiala, a nastrój w Pradze się nie zmienił. Wierzyliśmy, że jak sprawa trafi na wokandę TSUE, to wygramy w cuglach, bo mamy rację. My walczymy o bezpieczeństwo energetyczne, a oni narzekają na pył i brak wody. Ale w tych dniach rzecznik generalny TSUE wydał opinię, uznając winę Polski w sporze o Turów. To nie wyrok, ale z reguły sędziowie podzielają opinię rzecznika.

Jakby tego było mało, w tych dniach także Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok komplikujący sytuację Turowa. W wyniku skargi organizacji ekologicznych uchylona została decyzja środowiskowa w sprawie kopalni przedłużająca prawo do jej działalności do 2044 r. PGE musi się ubiegać o nową długoletnią koncesję, i to w trudniejszych warunkach.

Bruksela wystawia rachunek

No i jeszcze wisi nad nami kara za niewykonywanie decyzji sądowych. W sumie nazbierało się nam ponad 68 mln euro. Czyli więcej, niż mamy zapłacić Czechom za szkody środowiskowe wyrządzane przez Turów. Więcej też, niż pierwotnie żądali, bo domagali się 50 mln euro. Premier Morawiecki znów zapewnia, że kar płacić nie będziemy, odwołamy się, bo przecież spotkała nas niesprawiedliwość. Oby się nie przeliczył.

Czytaj także: Turów. Gubi nas arogancja, która kosztuje 2,3 mln zł dziennie

Na razie zapewnia, że Czesi skargę wycofają i licznik kar się zatrzyma. Kiedy? Już zaraz – przekonywał. A Czesi wyjaśnili, że dopiero wtedy, kiedy zobaczą pieniądze na koncie. Tak wygląda nasza wiarygodność i nowe otwarcie na linii Praga–Warszawa. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Czesi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną