Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Prąd z atomu w każdym domu? Zanim się pojawi, będzie nas słono kosztował

Reaktory AP1000 Westinghouse w chińskiej elektrowni Sanmen Reaktory AP1000 Westinghouse w chińskiej elektrowni Sanmen Westinghouse / mat. pr.
Szok, zaskoczenie, niedowierzanie. Nie mamy węgla, ale będziemy mieli elektrownię atomową. Nie jedną, a dwie. Mało wam dwie? Będą trzy, a może jeszcze więcej.

Dzięki temu nasza gospodarka stanie na nogi, bo samo budowanie atomu ją nakręci i doda kilka punktów procentowych do PKB. Nie mówiąc o amerykańskiej gospodarce, która spodziewa się powstania 100 tys. nowych miejsc pracy. Cieszą się też Koreańczycy. Można odnieść wrażenie, że polski program energetyki jądrowej ma nie tyle zapewnić prąd Polsce, co uchronić świat przed recesją. Jeśli tak, to może wybudujemy sto elektrowni? Wolne żarty, to tak nie działa. „Prąd z atomu w każdym domu” (to jedno z haseł polskiego programu energetyki jądrowej), zanim się jeszcze pojawi, słono będzie nas kosztował.

Czytaj też: Nasz sen o atomie

Psikusy na Twitterze

Ale po kolei. Jako halloweenowego psikusa Mateusz Morawiecki wybrał niespodziewanego tweeta, w którym napisał, że „po ostatnich owocnych rozmowach z @VP K. Harris i @SecGranholm potwierdzamy realizację projektu jądrowego w sprawdzonej i bezpiecznej technologii @WECNuclear. Dziękuję @USAmbPoland za współpracę. Uchwała RM w środę”. Bo w Polsce dziś najważniejsze sprawy komunikuje się za pomocą tweetów. Cichy rywal Morawieckiego wicepremier Jacek Sasin w tym czasie leciał do Korei, by tam patronować porozumieniu w sprawie budowy kolejnej elektrowni jądrowej. Już nie amerykańskiej, a koreańskiej, i to nie całkowicie państwowej, ale mieszanej, w której inwestorami będą Polska Grupa Energetyczna i ZE PAK, energetyczne ramię koncernu Zygmunta Solorza. Oczywiście w tej sprawie również dostaliśmy najpierw stosownego sasinowego tweeta. Wicepremier też chce mieć atomowy sukces.

AP1000 od Westinghouse

Trudno uwierzyć, że po kilkunastu latach deliberowania nad energetyką jądrową i wiecznych rozterek wreszcie ma pojawić się decyzja inwestycyjna. Jaka to będzie decyzja, jeszcze do końca nie wiadomo, bo poza dość ogólnymi informacjami nie znamy szczegółów. A zatem Polska postanowiła ostatecznie postawić na amerykańskiego konia (robiąc kolejny raz w konia Francuzów). Westinghouse to firma z doświadczeniem, ale po przejściach, bo jeszcze niedawno znajdowała się na krawędzi bankructwa. Był to wynik kłopotów i opóźnień podczas budowy czterech reaktorów w USA. Chodziło o nowe reaktory AP1000, tego samego typu, które Westinghouse oferuje Polsce. Ostatecznie Westinghouse został uratowany przez kanadyjski fundusz Brookfield Business Partners LP i dziś pilnie poszukuje nowych zamówień, by wrócić do formy.

AP1000 to przedstawiciel nowej generacji III+, zaawansowany reaktor pasywny (Advanced Passive). Należy do kategorii reaktorów wodnociśnieniowych PWR (pressurized water reactor) z podwójnym obiegiem wody. Takie reaktory działają już w Chinach (Sanmen i Haiyang), w USA pierwszy ma zacząć pracę najpóźniej w 2023 r. Moc elektryczna – ok. 1110 MW. Polski rząd liczy, że w ciągu kilkunastu lat powstanie sześć takich reaktorów, czyli w sumie 6–9 GW. Nie byłaby to jakaś rewolucja w polskim miksie energetycznym, ale istotny krok w kierunku energetyki bezemisyjnej.

APR-1400 od Korea Hydro & Nuclear Power

Kolejny krok chcą robić na własną rękę PGE z ZE PAK. W tym przypadku mamy na razie list intencyjny w sprawie budowy elektrowni jądrowej w Pątnowie oraz międzyrządowe porozumienia o współpracy. APR-1400 (Advanced Power Reactor 1400 MW) to koreański odpowiednik amerykańskiego AP1000, a koreańsko-amerykańskie przepychanki o polski kontrakt doprowadziły już konkurentów do pozwu sądowego. Wszyscy walczą o polskie zamówienia, bo po latach posuchy jest nadzieja dla przemysłu jądrowego. A przecież są jeszcze projekty budowy małych reaktorów modularnych SMR, które chcą stawiać Sołowow z Obajtkiem, a także KGHM. Mamy więc jakąś atomową eksplozję. A w każdym razie jej zapowiedź.

Czytaj także: Solorz-Żak i Sołowow biorą się za atom. Wyręczą rząd PiS?

Wiadomo, że drogo

Jednak nie parametry reaktorów będą decydujące, ale warunki ekonomiczne inwestycji. Bo elektrownia jądrowa to najbardziej kapitałochłonny typ elektrowni. Owszem, sama energia nie jest droga, ale pod warunkiem, że elektrownia będzie nieprzerwanie eksploatowana przez 50–60 lat, z czego przez połowę czasu będzie się amortyzowała. I to eksploatowana, jak mówią energetycy, „w podstawie”, czyli nieustająco, bez włączania i wyłączania, którego instalacje jądrowe nie znoszą.

Koszt programu jądrowego rząd szacuje na 184 mld zł. Usunięty niedawno z rządu Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, mówił w 2020 r. o 70 mld zł. Jak widać, koszty szybko rosną. Więc do liczb na razie zbytnio radzę się nie przywiązywać. Wiadomo, że będzie bardzo drogo. Koszty będą potem nam dopisywane do rachunków za prąd przez wiele lat. Stworzenie modelu finansowania takiej inwestycji jest wyzwaniem nie mniejszym niż same budowle i instalacje, które ponoć mają powstać przy współudziale polskich firm. Kiedyś były deklaracje, że to dostawca technologii ma wymyślić, skąd pozyskać kapitał, a potem – jak go odzyskiwać. Na szczęście Bruksela raczej nie powinna nam robić przeszkód, co jeszcze niedawno nie było tak oczywiste. Kryzys energetyczny wiele zmienił.

PiS pcha nas znów ku Rosji

Drugim problemem, który wiąże się z budową elektrowni jądrowej, jest sprawa zaopatrzenia w paliwo i odbioru wypalonych prętów. Zwykle dostawca reaktorów w pakiecie oferuje też dostawy paliwa (na którym potem zarabia). Tomasz Piątek tropiący ślady rosyjskich wpływów w Polsce alarmuje na Twitterze, że 49 proc. Westinghouse’a należy dziś do spółki Cameco, której szef jest konsulem Kazachstanu w Kanadzie, zaś sama spółka współdziała z kazachską firmą biorącą paliwo jądrowe z Rosji. Jego zdaniem PiS pod hasłem suwerenności energetycznej znów pcha nas w kierunku uzależnienia energetycznego od Rosji. Tak jak wepchnął nas w uzależnienie od importu rosyjskiego węgla z wiadomymi dziś skutkami.

Choć padają deklaracje, że już niebawem w Lubiatowie-Kopalinie w gminie Choczewo ruszy budowa pierwszego reaktora, a w 2030 r. popłynie prąd, ja bym na to za bardzo nie liczył. Takie ekspresowe inwestycje to może w Chinach, ale nie u nas. Gorsze jest to, że wcześniej polską energetykę czekają wyzwania, którym może nie sprostać. Pierwszy test czeka nas już tej zimy.

Czytaj także: Rażeni prądem. Kto ustala te szalone ceny i po co? Odpowiedź nie jest prosta

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną