Choroba holenderska po wenezuelsku
Choroba holenderska po wenezuelsku. Dlaczego plan Trumpa tak przeraża nafciarzy w USA?
„Zbudowaliśmy wenezuelski przemysł naftowy dzięki amerykańskim talentom, zaangażowaniu i umiejętnościom, a reżim socjalistyczny nam to ukradł” – tak Donald Trump podczas konferencji prasowej wyjaśniał prawo USA do militarnej interwencji. „Wenezuela jednostronnie przejęła i sprzedała amerykańską ropę, amerykańskie aktywa i amerykańskie platformy, co kosztowało nas miliardy dolarów. Zabrali cały nasz majątek” – ubolewał.
Naftowe zasoby tego latynoskiego kraju amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) szacuje na 303 mld baryłek ropy naftowej (47 mld ton), czyli ok. 17 proc. światowych zasobów. A przecież ten kraj ma też największe w Ameryce Łacińskiej złoża złota, diamenty, rudy żelaza, boksyt, nikiel oraz koltan (minerał zawierający tantal i niob) i tor, potrzebne w nowoczesnych technologiach.
Czytaj też: Poligon Wenezuela: między czymś, co nie umarło, a czymś, co się nie narodziło
To nasza ropa
Wydobycie zaczęto na początku XX w., a już pod koniec lat 20. za sprawą amerykańskich koncernów Shell, Gulf Oil i Exxon Wenezuela była drugim po USA światowym producentem ropy. W czasie drugiej wojny światowej, gdy stała się kluczowym dostawcą ropy dla aliantów, wprowadziła system koncesji wydobywczych i wymóg dzielenia się z państwem połową zysków. Wtedy też zaczęła się uzależniać od dochodów z ropy, a stan finansów państwa falował w rytm wahań cen na światowym rynku. Kiedy te długo utrzymywały się na niskim poziomie, Wenezuela w 1960 r. została współzałożycielką kartelu państw eksporterów ropy OPEC, ustalającego limity wydobycia, by kontrolować poziom cen.