Czy potrzebna jest przebudowa strefy euro?

Strefa Euro 2.0
Strefa euro tkwi w ciężkich tarapatach, a dotychczas tworzone fundusze ratunkowe i rachityczne próby walki z deficytem na pewno nie wystarczą, żeby ją z nich wydobyć. Trzeba podjąć kolejne działania.
Nadzieja w tym, że kryzys zmobilizuje Europejczyków. Jeśli nie, to wszystkich czekają naprawdę wielkie kłopoty.
Jörg Röse-Oberreich/PantherMedia

Nadzieja w tym, że kryzys zmobilizuje Europejczyków. Jeśli nie, to wszystkich czekają naprawdę wielkie kłopoty.

Pakt fiskalny ma wprowadzić w Europie nową kulturę polityczną, bardziej dalekowzroczną niż obecna.
Ann Thomas/Corbis

Pakt fiskalny ma wprowadzić w Europie nową kulturę polityczną, bardziej dalekowzroczną niż obecna.

Euro jest nadal pacjentem na oddziale intensywnej terapii, a jego rokowania na razie pozostają marne. Konsylium lekarskie wie, co dolega choremu, i zgadza się w sprawie kierunku leczenia. Żeby euro mogło przeżyć, więzi między poszczególnymi krajami muszą być silniejsze. Jednak dalej doktorzy już się różnią, a nawet kłócą. Źle to rokuje choremu.

W tej chwili jesteśmy w samym środku euroterapii. Z jednej strony powstał wspólny, ale tymczasowy mechanizm ratunkowy, który niedługo zostanie uzupełniony stałym Europejskim Mechanizmem Stabilności (określanym angielskim skrótem ESM). To właśnie z takich źródeł pochodzą pieniądze pożyczane Portugalii i Irlandii (kredyty dla Grecji są udzielane na jeszcze innych zasadach). To także z tej puli zostaną wsparte hiszpańskie i prawdopodobnie cypryjskie banki, bo udało się przekonać Niemcy, żeby ze wspólnego funduszu finansować nie tylko kredyty dla rządów, ale też dla sektora finansowego.

Nowy pakt fiskalny

Wcześniej presja Niemiec i innych krajów będących w lepszej kondycji przyczyniła się do powstania europejskiego paktu fiskalnego. Trudno go nazwać częścią intensywnej terapii, bo ma on nie tyle leczyć, co zapobiegać podobnym kryzysom w przyszłości. Jest ceną, jaką Niemcy i ich europejscy sojusznicy zażądali od krajów Południa za ratowanie ich przed bankructwem. Pakt fiskalny, do którego przystąpiły wszystkie unijne kraje poza Czechami i Wielką Brytanią, zawiera szereg zobowiązań państw do prowadzenia w przyszłości znacznie rozsądniejszej, a przede wszystkim oszczędniejszej polityki budżetowej. To próba nie tylko reanimacji Paktu Stabilności i Wzrostu z 1998 r., ale też jego poszerzenia. Tamten dokument nie spełnił oczekiwań, bo nigdy nie zastosowano wobec żadnego kraju sankcji za łamanie jego postanowień. Stary pakt pozwalał na deficyt nie wyższy niż 3 proc. PKB, ale gdy zasady te naruszyły Francja i Niemcy bez żadnych dla siebie konsekwencji, inne kraje również przestały się przejmować narzuconymi limitami.

Teraz Niemcy przekonują, że będzie inaczej. W nowy pakt fiskalny wpisano pojęcie deficytu strukturalnego (deficyt budżetowy skorygowany o wahania cykliczne), który nie może przekraczać 0,5 lub 1 proc. PKB rocznie, w zależności od tego, jak bardzo zadłużone jest państwo. Deficyt strukturalny ma lepiej ilustrować, w jakim stanie są finanse państwa, bo pokazuje kondycję bez względu na to, czy kraj znajduje się w recesji, czy też szybko się rozwija. Co więcej, pakt fiskalny zobowiązuje wszystkich, którzy go ratyfikują, aby odpowiednie ograniczenia wpisali do swoich konstytucji. Dokument ten straszy też surowymi karami finansowymi w przypadku łamania jego postanowień.

Pakt fiskalny ma wprowadzić w Europie nową kulturę polityczną, bardziej dalekowzroczną niż obecna. Kraje z wyższym deficytem powinny się nauczyć od tych bardziej odpowiedzialnych lepszego gospodarowania pieniędzmi. Takie są przynajmniej założenia Niemców w walce z górą europejskich długów. Największe poparcie ma kanclerz Angela Merkel w takich państwach jak Holandia, Finlandia czy Austria oraz wśród nowych członków strefy euro – Słowacji i Estonii. Ta ostatnia, z długiem publicznym wynoszącym zaledwie 6 proc. PKB, funkcjonuje jako wzorowy uczeń.

Nowy pakt pokazał bardzo dobrze, na czym polega dziś problem Polski jako kraju aspirującego do strefy euro, ale jednak pozostającego poza nią. Na naszych oczach wprowadzane są nowe zasady, które będziemy musieli i tak przyjąć, gdy w końcu zamienimy złotego na euro. Skoro jednak jesteśmy z boku, mamy niewielki wpływ na wypracowanie reguł ściślej niż dotąd integrujących euroland. Co robić w takiej sytuacji?

Polska zdecydowała się do paktu fiskalnego przystąpić, chociaż nie musiała tego robić. Jeśli ratyfikujemy ten dokument, jego postanowienia będą nas dotyczyć w równym stopniu jak strefę euro, łącznie z możliwymi sankcjami. Jedyna różnica polega na tym, że ewentualna kara przez nas zapłacona pójdzie nie do funduszu ratunkowego ESM, a bezpośrednio do unijnego budżetu.

Banki pod nadzorem

Pakt fiskalny to jednak tylko jeden z elementów przebudowy strefy euro. Wszystko wskazuje na to, że kolejnym okaże się unia bankowa, również stawiająca Polskę w trudnej sytuacji. Pomysł, by tworzyć taką unię, forsuje Komisja Europejska oraz te państwa członkowskie, których banki są w gorszej kondycji. Sceptycznie patrzą na część proponowanych rozwiązań Niemcy, którzy chcieliby unii bankowej na razie w wersji ograniczonej.

Nowa struktura może się składać z kilku elementów. Pierwszy z nich to objęcie wspólnym nadzorem części, a może nawet całości banków strefy euro. W tym celu mogłaby powstać paneuropejska odpowiedniczka naszej Komisji Nadzoru Finansowego, choć bardziej prawdopodobne na razie jest umieszczenie takiego nadzoru w strukturach Europejskiego Banku Centralnego.

Zwolennicy unii bankowej chcą, aby za wspólnym kontrolerem instytucji finansowej poszły również wspólne pieniądze. Powstałby zatem fundusz ratujący banki, które popadły w kłopoty, finansowany już nie przez europejskiego podatnika, a przez inne banki. W ten sposób silniejsi pomagaliby słabszym, co niekoniecznie podoba się tym pierwszym. Mogłoby bowiem dojść do sytuacji, w której np. Deutsche Bank część swojego zysku musiałby przeznaczyć na wsparcie włoskiego czy hiszpańskiego konkurenta.

Unia bankowa oznaczałaby również wspólny fundusz zabezpieczający depozyty we wszystkich europejskich bankach, czyli gigantyczny odpowiednik naszego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Do tej pory, mimo jednej waluty, narodowe nadzory poszczególnych krajów zachowały bardzo dużą swobodę. Teraz kontrola banków miałaby się odbywać już na poziomie unijnym – tak samo jak deficytów budżetowych. Nie wiadomo, jakie rozmiary osiągnie ostatecznie unia bankowa, ale na pewno większe zintegrowanie banków w strefie euro jest przesądzone. Dla Polski to spore wyzwanie. Podobnie jak przy pakcie fiskalnym nie musimy w unii bankowej uczestniczyć, ale w naszym interesie leży takie jej skonstruowanie, żeby nam nie zaszkodziła. W czym rzecz?

Aż 70 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym należy do spółek-córek instytucji zagranicznych. – Powinniśmy przekonać kraje strefy euro podczas tworzenia unii bankowej, żeby nie doprowadziła ona do odpływu kapitału z banków polskich do ich niemieckich, francuskich czy włoskich właścicieli – mówi Andrzej Raczko, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego. – Poza tym taka unia nie może oznaczać, że we wszystkich krajach będą obowiązywały te same metody analizy ryzyka kredytowego.

W poprzednich latach Polacy zaciągnęli duże kredyty hipoteczne w obcych walutach, jesteśmy też na innym etapie rozwoju systemu finansowego niż wielu starych członków Unii i wspólny nadzór bankowy musi brać pod uwagę naszą odrębność. Na razie w strefie euro dominuje przekonanie, że skoro Hiszpanie czy Irlandczycy nie potrafili w porę zapobiec problemom na swoich rynkach bankowych, to trzeba ich ściślej kontrolować. Dla Polski idealne byłoby ograniczone uczestnictwo w unii bankowej, pozwalające nam chronić działające u nas banki, a jednocześnie pozostawiające wystarczającą swobodę KNF i NBP w reagowaniu na problemy polskiego sektora finansowego.

Spór o euroobligacje

Największe kontrowersje wewnątrz strefy euro budzą jednak nie pakt fiskalny czy unia bankowa, ale pomysł emisji euroobligacji. To właśnie od wspólnego pożyczania pieniędzy na rynkach najchętniej zaczęłyby Hiszpania i Włochy, czemu najostrzej sprzeciwiają się Niemcy. Do tej pory powstało wiele różnych pomysłów, które miałyby pogodzić sprzeczne interesy Południa i Północy. Niektórzy ekonomiści proponują emisję euroobligacji obejmujących tylko część potrzeb pożyczkowych. Wspólne papiery mogłyby na przykład składać się na dług publiczny jedynie do wysokości 60 proc PKB. Powyżej tej granicy każdy pożyczałby już sam, bez gwarancji innych. Jest również pomysł odwrotny – to właśnie wyższe długi przeszłyby do specjalnego funduszu, który emitowałby obligacje zabezpieczane przez całą strefę euro. Bez względu na możliwy scenariusz euroobligacje na pewno musiałyby mieć wyższe oprocentowanie niż dzisiejsze papiery niemieckie czy holenderskie, ale niższe od włoskich i hiszpańskich. – Dla Polski euroobligacje prawdopodobnie nie oznaczałyby żadnej rewolucji. Oprocentowanie naszych pożyczek nie powinno ani znacząco wzrosnąć, ani wyraźnie spaść. Właśnie w kryzysie strefy euro jesteśmy coraz częściej postrzegani jako stabilna i odpowiedzialna gospodarka – ocenia Andrzej Raczko.

O ile kraje w kłopotach widziałyby euroobligacje jako znak solidarności i krok do dalszej integracji, to dla Niemców wspólne zadłużanie się mogłoby być co najwyżej ukoronowaniem budowy unii politycznej, a nie etapem w drodze do niej. A taka unia, od dawna postulowana przez euroentuzjastów, oznaczałaby wspólny europejski rząd, szefa Komisji Europejskiej z szerokimi uprawnieniami, wybieranego prawdopodobnie bezpośrednio przez obywateli, i przeniesienie znacznej części wydatków z poziomu narodowego na wspólnotowy. To byłaby realizacja idei prawdziwie zjednoczonej Europy, jednak na tak gwałtowne zmiany, oznaczające powstanie na naszym kontynencie odpowiednika USA, mało kto ma dzisiaj ochotę. Wówczas kraje członkowskie stałyby się odpowiednikami amerykańskich stanów, transfery pieniężne między nimi nie byłyby niczym dziwnym, a wspólne obligacje, tak samo jak jednolity nadzór bankowy, wydałyby się oczywistością.

Jednak mimo najpoważniejszego kryzysu w historii integracji europejskiej ani politycy, ani przede wszystkim społeczeństwa nie są gotowe na tak gwałtowny przewrót. Żeby uratować wspólną walutę pozostaje zatem wypróbowana od kilkudziesięciu lat metoda małych kroków. Nadzieja w tym, że kryzys zmobilizuje Europejczyków. Jeśli nie, to wszystkich czekają naprawdę wielkie kłopoty.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną