Problem ujemnych stóp procentowych

Po drugiej stronie lustra
Jeden po drugim kruszą się filary tradycyjnych finansów. Ostatnio w wielu krajach coraz więcej problemów sprawiają stopy procentowe. Nie dlatego, że są wysokie, ale że są... ujemne.
MS/Polityka

W Polsce, nie ma żadnych przesłanek do pojawienia się ujemnych stóp procentowych na rachunkach prowadzonych w złotych, a w efekcie uszczuplania przez bank naszych zdeponowanych pieniędzy.
Marek Sobczak/Polityka

W Polsce, nie ma żadnych przesłanek do pojawienia się ujemnych stóp procentowych na rachunkach prowadzonych w złotych, a w efekcie uszczuplania przez bank naszych zdeponowanych pieniędzy.

Wszyscy jesteśmy obywatelami globalnej wioski, którą rządzą prawa ekonomii. Bez ich zrozumienia trudno dziś podejmować ważne życiowe decyzje czy gospodarować domowym budżetem. W kolejnym już Edukatorze Ekonomicznym POLITYKI, przygotowanym we współpracy z NBP, proponujemy wspólny spacer po meandrach polskiej i światowej gospodarki.

***

Wdawnych, prostszych czasach, jeśli ktoś brał w banku kredyt, to było oczywiste, że pieniędzy musi oddać więcej, z ustalonymi w umowie odsetkami. Jeśli miał finansowe nadwyżki, to kupował np. obligacje skarbowe lub zakładał w banku depozyt – w zamian miał prawo oczekiwać odsetkowego profitu. W każdym przypadku dostarczający kapitał liczył na zysk. Tych reguł nikt formalnie nie zmienił, ale w ostatnich latach, zwłaszcza w Europie, widać od nich coraz liczniejsze odstępstwa. Nie zeszły one na poziom przeciętnego klienta banków, ale na samej górze finansowej drabiny życie się pokomplikowało.

Rozruszać gospodarkę

Wszystko dlatego, że rządy i banki centralne wielu krajów, zwłaszcza w Unii Europejskiej, nie uporały się dotąd z wtórnymi konsekwencjami globalnego kryzysu finansowego sprzed 7 lat. Standardowe metody stymulowania wzrostu gospodarczego zostały w zasadzie wyczerpane (m.in. stopy procentowe wielu banków centralnych spadły niemal do zera), więc desperacko szuka się innych, niekonwencjonalnych. W czerwcu 2014 r. Europejski Bank Centralny (EBC) po raz pierwszy w swojej historii obniżył stopę depozytową do minus 0,1 proc. Główny cel tego ruchu, jak mówił Mario Draghi, prezes EBC, to zniechęcenie banków komercyjnych do przechowywania pieniędzy na bezpiecznych kontach we Frankfurcie, a zachęcenie do rozwijania akcji kredytowej, zakupów obligacji korporacyjnych i akcji. Wszystko po to, żeby zaktywizować banki, zwiększyć inwestycje, produkcję przemysłową, podreperować rynek pracy, wzmocnić konsumpcję, a tym samym ograniczyć ryzyko utrwalenia się deflacji.

Ruch z czerwca został powtórzony we wrześniu (stopa depozytowa spadła do minus 0,2 proc. w stosunku rocznym) – bankom komercyjnym w krajach strefy euro faktycznie nie opłaca się trzymać nadwyżkowych pieniędzy w EBC, bo po takiej operacji wyjmują z niego mniej, niż włożyły. A to były, i są, gigantyczne kwoty. Ale skąd pewność, że w zamian rozwiną akcję kredytową, nawet przy równoległym spadku stóp procentowych, po których same pożyczają w Europejskim Banku Centralnym? Nie ma jej wcale. Przecież mogą inaczej niż władze EBC oceniać poziom ryzyka takiej akcji i wybrać inne metody zarabiania, choćby poza strefą euro lub na giełdach. I też nie wiadomo, czy będą w tym skuteczne.

Z kolei jeśli dadzą się przekonać do istotnego wzmocnienia akcji kredytowej, to pewnie stopniowo zacznie się pogarszać jakość ich kredytowych portfeli, a w konsekwencji wzrośnie presja nadzoru na uzupełnienie własnych kapitałów. Gdyby ujemne stopy procentowe miały utrzymać się dłużej, banki komercyjne w niektórych krajach przypuszczalnie ucierpią, spadną ich zyski. – Trudno mieć jednak za złe EBC, że to właśnie przy udziale banków próbuje rozruszać gospodarkę eurolandu – uważa Dobiesław Tymoczko, wicedyrektor Departamentu Stabilności Finansowej NBP. – Dużego pola manewru już przecież nie ma. W tym roku EBC, wzorem amerykańskiego FED, równolegle rozpoczął wielką operację wtłaczania do sektora bankowego ponad biliona euro (tzw. luzowanie ilościowe), też licząc, że spora ich część zamieni się w coraz tańsze kredyty dla ludności i firm. – Na ewentualne efekty trzeba jednak trochę poczekać, sobie i im dać szansę – dodaje dyr. Tymoczko.

Ten właśnie motyw działania banków centralnych schodzących ze stopami poniżej zera wydaje się najważniejszy, ale bywają też inne. W Polsce, z powodu miliardowych kredytów hipotecznych udzielonych we frankach, najwięcej mówi się o decyzji Szwajcarskiego Banku Centralnego (SNB), który w grudniu 2014 r. obniżył własną stopę depozytową do minus 0,25 proc., a w styczniu 2015 r. do minus 0,75. Warto przypomnieć, dlaczego to zrobił.

Szwajcarom, którzy przez kilka lat próbowali nie dopuścić do umacniania się franka względem euro, gromadząc przy tym ogromne rezerwy m.in. europejskiej waluty, chodziło nie tylko o ożywienie własnej gospodarki (to niemal zawsze się przyda), ale przede wszystkim o zniechęcenie inwestorów do lokowania środków w szwajcarskich bankach, a nawet ich częściowe wypchnięcie ze szwajcarskich kont. A to nie było wcale łatwe.

Z jednej strony Szwajcarzy są oczywiście dumni, że ich franki ciągle pełnią rolę trzeciej co do znaczenia waluty rezerwowej świata, z drugiej – patrzą z niepokojem, jak z powodu rosnącej siły franka cierpi konkurencyjność ich gospodarki i eksportu. Żeby ostudzić zapał inwestorów szukających najbezpieczniejszych, choćby i mało rentownych, sposobów przechowywania zgromadzonego majątku, wycelowali więc w nich bardzo ciężką armatę. Strzał okazał się celny, co nie znaczy, że wszystkich odstraszył.

Odkąd w Europie mamy nikłe pokryzysowe tempo wzrostu, z ujemnymi stopami procentowymi, eksperymentuje jeszcze kilka krajów. Powody czasami są uniwersalne, jak w przypadku prób ożywienia gospodarki (EBC), a czasem specyficzne, choćby w Danii. Duńczycy też dotąd nie przyjęli euro, ale lata temu praktycznie związali z nim kurs korony i jak dotąd dość skutecznie go bronią, wykorzystując do tego celu m.in. własne stopy procentowe, które spadły poniżej zera, zanim EBC przyznał, że w ogóle rozważa podobny ruch. Obecnie stopa dla certyfikatów depozytowych w Danii wynosi, podobnie jak w Szwajcarii, minus 0,75 proc., co ogranicza popyt na tę walutę. A dzięki stabilnemu kursowi walutowemu korony wobec euro szanse duńskiego eksportu rosną.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną