Społeczeństwo

Gnojki

Nauczyciele nie radzą sobie z agresją uczniów

„Telefon komórkowy to powszechny gadżet wszystkich szkół, a dla nauczycieli także jeden z powodów utraty kontroli nad uczniem”. „Telefon komórkowy to powszechny gadżet wszystkich szkół, a dla nauczycieli także jeden z powodów utraty kontroli nad uczniem”. EAST NEWS
Precedens: nauczycielka z Suwałk znieważona przez uczniów gimnazjum podczas lekcji poskarżyła się sądowi. Lżyli ją, obnażali się, wychodzili z klasy, gadali przez telefony, oddawali mocz – wszystko podczas lekcji. Co się dzieje w szkolnych klasach?
„Według raportu CBOS z 2011 r., aż 40 proc. uczniów uznaje przemoc za poważny problem polskiej szkoły, 19 proc nauczycieli zgadza się z uczniami co do powagi problemu”.BEW „Według raportu CBOS z 2011 r., aż 40 proc. uczniów uznaje przemoc za poważny problem polskiej szkoły, 19 proc nauczycieli zgadza się z uczniami co do powagi problemu”.

W Suwałkach gimnazjaliści i ich rodzice nauczyli się, że pani Teresa od matematyki jest funkcjonariuszem publicznym, na którego nie wolno podnosić ręki ani głosu. We wrześniu do szkoły przyszli policjanci z nakazami stawienia się w sądzie dla kilkorga uczniów trzeciej klasy. Za znieważenie funkcjonariusza publicznego można trafić do więzienia na 3 lata.

Nic niezwykłego

– Ale to jest quasi-postępowanie, bo mamy do czynienia z nieletnimi – mówi Marcin Walczuk, sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach. – W tym przypadku nie ma mowy o przesłuchaniach, lecz o wysłuchaniach. Nie można też mówić o wyroku, ale o postanowieniu sądu.

W suwalskim sądzie niechętnie używa się także słowa zarzuty, lepiej powiedzieć: coś na kształt zarzutów. Wśród nich: lżenie nauczycielki, rozbieranie się, wychodzenie z klasy, rozmawianie przez telefon, oddawanie moczu – wszystko podczas lekcji. To pierwszy w Polsce przypadek, gdy nauczyciel stawia uczniów przed sądem. Oprócz pani Teresy status pokrzywdzonego przyznano jeszcze pięciorgu nauczycielom, chociaż o to nie prosili.

W mediach sprawa suwalska porównywana jest do toruńskiej sprzed 9 lat – kiedy uczniowie technikum założyli na głowę nauczyciela języka angielskiego kosz na śmieci. Toruńska wybuchła gwałtownie, szybko ucichła. Zapadły wyroki (choć nauczyciel nie skarżył) – od 5 do 11 miesięcy robót publicznych. Dziennikarze „NIE” opisali przypadek jednego ze sprawców tamtej afery – teraz architekta. Technikum zaprosiło go, by wygłosił wykład, ale na 30 osób w klasie słuchały go dwie. Był zbulwersowany. Jak pani to wytrzymuje? – spytał nauczycielkę. Odpowiedziała: kochany, jeszcze dwa lata i emerytura.

Według raportu CBOS z 2011 r., aż 40 proc. uczniów uznaje przemoc za poważny problem polskiej szkoły, 19 proc. nauczycieli zgadza się z uczniami co do powagi problemu. Przemoc to także obgadywanie, wyśmiewanie, izolowanie. W czasach przedinternetowych – gnębiony przez kolegów uczeń zostawiał opresję za sobą, kiedy wychodził ze szkoły. Teraz opresja idzie za nim, nawet jeśli zdecyduje się zmienić szkołę – jeden prześmiewczy filmik w Internecie wystarczy, żeby kogoś zniszczyć. Takie działania mają już swoje internetowe nazwy: cyberbullyinghating.

Co piąty uczeń skarży się, że doznał psychicznej przemocy ze strony nauczyciela. A odwrotnie? Nauczyciele przyznają – spis przewinień suwalskich gimnazjalistów nie jest niczym niezwykłym. Tyle że o tym oficjalnie się nie mówi. Owszem, istnieją w Polsce szkoły o wysokim poziomie nauczania i niskim poziomie agresji, z nauczycielami z pasją dla zawodu, zdolnymi dziećmi i współpracującymi ze szkołą rodzicami. Ale istnieje też problem „gnojków”, z którymi nikt sobie nie radzi. Gnojek – według Słownika języka polskiego PWN – młody, wzbudzający niechęć człowiek.

Getta latających krzeseł

– W naszej szkole jest klasa, którą w pokoju nauczycielskim nazywa się „latające krzesła” – opowiada nauczyciel historii w krakowskim gimnazjum. Gnojki – mówią nauczyciele o tej klasie. – Wiadomo, że z tymi uczniami nie ma rozmowy. Człowiek idzie tam po to, żeby wyrecytować materiał do ścian i modli się, żeby bezpiecznie przetrwać 45 minut. Wychodzi wypompowany psychicznie.

– Kiedyś były w szkołach pomysły, żeby wszystkich złych uczniów skupiać w jednej klasie, bo nawet dwóch rozrabiaków może zdominować i ograniczyć możliwości rozwoju tym dobrym – mówi emerytowana nauczycielka z Warszawy. – Teraz już tak się nie robi. Jednak w suwalskim gimnazjum to była właśnie taka klasa. W zeszłym roku szkolnym – 270 spotkań pedagoga z dziećmi i rodzicami, 176 spotkań wychowawcy z rodzicami, 150 spotkań psychologa z uczniami. O toruńskiej klasie, osławionej z powodu śmietnika na głowie nauczyciela, też mówiło się, że to przemocowe getto – sami źli.

Przy okazji rozmowy o gnojkach zawsze powraca temat sensowności powołania gimnazjów przez rząd Jerzego Buzka w 1999 r. Większość nauczycieli opowiada, że cieszyli się, kiedy gimnazja powstawały – to było pożegnanie skostniałego, peerelowskiego systemu, krok w stronę Zachodu. Dziś uważają, że reforma była złym pomysłem. W 6,5 tys. polskich gimnazjów uczy się ponad 1,2 mln podrostków, którzy przychodzą tam jako dzieci i przez trzy lata przeżywają najbardziej burzliwy okres dorastania.

– Dzieci nie zdążą przez sześć lat szkoły podstawowej nawiązać więzi między sobą, nie utożsamią się ze szkołą, nie zaprzyjaźnią z nauczycielami, a już muszą iść do gimnazjum – opowiada były suwalski nauczyciel z podstawówki. – Ono trwa tak krótko, że w ogóle nie sposób mówić o nawiązaniu jakiejkolwiek więzi. Produkujemy młodych ludzi wyalienowanych ze społeczności.

– Najpierw się obwąchują, a potem zaczynają ustalać hierarchię w nowym miejscu – obserwuje krakowski historyk. – To bywa bardzo brutalne zachowanie zarówno wewnątrz grupy uczniowskiej, jak też wobec nauczycieli. Przypomina falę w wojsku, wrze.

Naprzeciw suwalskiego gimnazjum mieści się Zespół Szkół Technicznych. Po korytarzach chodzą rośli młodzieńcy. Przychodzą tu po gimnazjum, najczęściej grupami – rozpoczyna się budowanie hierarchii na nowo. – Aspekt wychowawczy i szacunek do nauczyciela został stracony po reformie, która powołała gimnazja do życia – potwierdza nauczyciel tej szkoły. W ryzach trzyma ich jedyna zasada – do 18 roku życia trwa w Polsce obowiązek szkolny, więc jeśli ktoś się uporczywie miga od zajęć, zostanie wyrzucony ze szkoły. I może trafić do poprawczaka – tak już bywało.

Tomasz Wojciechowski, psycholog, prezes fundacji Falochron, która zajmuje się zwalczaniem przemocy w szkołach, opowiada, że gdy jadą do szkoły na interwencję kryzysową, zwykle trafiają na klasowego przywódcę o psychopatycznym rysie – manipulatora pozbawionego emocji, oraz na kozła ofiarnego, któremu klasa przypisywać będzie wszystkie złe cechy i wyśmiewać, poniżać.

Papierowi pedagodzy

Nie tylko uczniowie ustalają hierarchię. W renomowanych liceach warszawskich zdarzają się pokoje nauczycielskie, gdzie miejsca przy stole są przyporządkowane konkretnym osobom i nawet nieumyślne złamanie tego kodu wywołuje kłótnię. Stażyści nauczycielscy siedzą w korytarzu, bo w drzwiach do pokoju od strony zewnętrznej brakuje klamki – kto nie ma kluczyka, nie wejdzie.

– Często nauczyciele są skonfliktowani – mówi Wojciechowski. – Mamy tu analogię z rodziną: jeśli rodzice dogadują się i trzymają wspólny front wobec dziecka, działają konsekwentnie, nie będzie dramatu. W szkole rolę rodziców wobec dzieci przejmuje grono nauczycielskie jako całość.

– Młodzi mają w sobie coś takiego, że zawsze nauczyciela rozgryzą – mówi historyk z Krakowa. – Jakiś detektor charakterów. I albo się dogadamy, albo będzie wojna.

Wojna, walka – słowa weszły do opisu szkolnej rzeczywistości. Podobnie jak kapitulacja. W klasie „latających krzeseł” nauczyciele skapitulowali – mówi historyk, ale prosi, żeby nie podawać jego nazwiska. Klasę wypchnie się ze szkoły w przyszłym roku, a rok jakoś da się przemęczyć. Oficjalne ujawnienie problemu byłoby przyjęte przez dyrekcję jako okazanie słabości. A nawet donos na dyrekcję.

W przypadku pani Teresy, matematyczki z Suwałk, padały – również w telewizji – opinie, że zamiast skarżyć się do sądu, powinna sobie ze złą klasą poradzić.

Tomasz Wojciechowski z Falochronu mówi, że silne przeświadczenie społeczne, iż to nauczyciel powinien sobie zawsze poradzić ze źle zachowującym się uczniem, bo został do tego przygotowany na studiach – alienuje nauczycieli. Jeśli w dodatku w nauczycielskiej hierarchii trafią na przemocowego dyrektora – czują się bezradni:

– Myślą: albo jestem odpowiedzialny, albo jestem do niczego. Tak zaczyna się wypalenie zawodowe.

Do zawodu coraz częściej trafiają ludzie już na starcie w jakimś sensie wypaleni, bo znaleźli się tam przypadkowo, uciekając przed bezrobociem. Zaoczne, weekendowe studia pedagogiczne (dwa razy w miesiącu przez dwa lata) należą do najbardziej obleganych w Polsce – są ważnym źródłem zarobku dla wielu uczelni. – Papierowi pedagodzy to dramat – przyznaje Wojciechowski. – Na trwającym 270 godzin kursie pedagogicznym można się na przykład dowiedzieć, że żeby mieć spokój w klasie, należy wyłowić klasowego lidera i się z nim dogadać. To bzdura.

– Uczelnie przygotowują nauczycieli do wykonywania zawodu w warunkach sterylnych, zakładających sytuacje idealne – mówi Andrzej Raczyło, dyrektor suwalskiej filii kuratorium. – Przedstawia się rzeczywistość w ten sposób, że szkoła jest pełna uczniów, którzy czekają na wiedzę, którą poda im nauczyciel. A co z tymi, którzy tego nie chcą?

Często nie tylko uczniowie, ale i nauczyciele nie chcą wiedzieć więcej. Ludzie z Falochronu opowiadają, że podczas interwencji w szkołach zarażonych przemocą trudno im czasem zdobyć uwagę nauczycieli. Zdarzają się reakcje ucieczkowe, padają wymówki: zaraz mam autobus do domu albo: już 20 minut mówicie, a konkretów brak. Falochron pojawia się z interwencją, często – na sygnał od rodziców dzieci. Nauczyciele oczekują, że oto ktoś zrobi porządek za nich.

A nic nie da się zrobić bez zbudowania zaufania nauczycieli i uczniów – tylko wtedy można usiąść i terapeutycznie przepracować problem. Bywa, że wobec przemocowców stosuje się ich własną broń – klasowego manipulatora pozbawia się władzy nad klasą przez ośmieszenie w oczach kolegów. Wtedy zwykle wyłania się nowy lider, rozsądny, i nie ma mowy o powrocie do starego układu. To proces rozłożony w czasie.

Niewspółmierni rodzice

Pani Teresa, matematyczka z Suwałk, jest doświadczoną nauczycielką, nie wytrzymała. Gdy posypały się wezwania na wysłuchania sądowe, nie wytrzymali rodzice.

– Przyszli rodzice trojga – relacjonuje Grażyna Suchocka, starszy wizytator z suwalskiej filii białostockiego kuratorium oświaty. – Mówili, że zdają sobie sprawę, iż ich dzieci sprawiają trudności wychowawcze, ale uważają, że stawianie zarzutów może zaszkodzić w ich dalszym życiu, a kara, która ich spotkała, jest niewspółmierna do przewinień.

– Rodzice są teraz bardzo roszczeniowi – mówi nauczycielka z Warszawy. – Potrafią zrobić w szkole awanturę o zabranie dziecku telefonu, przez który rozmawia na lekcji, ale z równą stanowczością domagają się, aby szkoła dziecko wychowała za nich.

Telefon komórkowy to powszechny gadżet wszystkich szkół, a dla nauczycieli także jeden z powodów utraty kontroli nad uczniem. Jak mamy wychowywać – pytają – jeśli odebrano nam narzędzia do wychowywania? Zarekwirowanie przeszkadzającego na lekcji telefonu może skutkować wizytą wezwanej przez rodzica policji i zarzutem dla nauczyciela o kradzież mienia.

W sprawie suwalskiej oburzeni rodzice zapewniali w kuratorium: często bywamy w szkole. Bywali, bo byli przez szkołę wzywani. Zdarza się, że rodzice często usiłują wymóc działania, strasząc kuratorów. – Mówią na przykład: albo się tym zajmiecie, albo wzywam telewizję – przyznaje jeden z kuratorów ze średniej wielkości miasta. – Można odnieść wrażenie, że to nie policja i sąd, tylko telewizja jest najważniejszą instancją.

I telewizja przyjeżdża, jak przyjechała do Suwałk. W Suwałkach to była sensacja – ekipa czatowała pod szkołą, pokazywała plecy uciekających przed rozmową nauczycielek, zamazane twarze rodziców tych jedenaściorga dzieci oraz same dzieci, które twierdziły, że na lekcjach pani Teresy czasem rzuciły papierkiem, a najwyżej gumką. Pani Teresa się nie wypowiadała, ale w kręgach nauczycielskich mówiło się, że i jej rozgłos sprawia pewną przyjemność. Zagotowało się na suwalskich forach internetowych – o wszystkich uczestnikach sprawy mówiono prześmiewczo: celebryci. Internauci w większości popierali jednak decyzję nauczycielki.

W ramach tymczasowych

Sędzia Walczuk zastrzega, że w sprawach nieletnich sąd nie ma wyznaczonych ram czasowych – postanowienie może zapaść zarówno za tydzień, jak i za kilka miesięcy. Dyrektorka suwalskiego gimnazjum dostała zalecenie: zorganizować nauczycielom szkolenia z rozwiązywania problemów wychowawczych i radzenia sobie ze stresem. Feralną klasę rozbito na dwie części, pani Teresa już w niej nie uczy, ale pozostała w szkole.

– Dobrze zrobiła, agresywni uczniowie nie mogą myśleć, że wszystko ujdzie im bezkarnie – wspiera matematyczkę z gimnazjum Czesław Wielgat, dyrektor wspomnianego Zespołu Szkół Technicznych w Suwałkach, nauczyciel z ponad 40-letnim stażem. – Nie możemy się bać.

Podobnie Andrzej Raczyło, dyrektor suwalskiej filii kuratorium: – Uważamy, że nauczycielka miała prawo skorzystać z przysługującego jej statusu funkcjonariusza publicznego.

– Nastolatek ma w sobie coś z dorosłego i coś z dziecka – mówi Tomasz Wojciechowski, prezes Falochronu. – Nie może być tak, że podejmuje działania jak dorosły, a kiedy przychodzi do odpowiedzialności, jest dzieckiem. Ważne, żeby uczyć odpowiedzialności za czyny. Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to mówić: biedne dzieci. Bardzo dobrze, że nauczycielka zdecydowała się pójść z tą sprawą do sądu.

Marek Michalak, rzecznik praw dziecka, z wykształcenia pedagog z ponad 20-letnim doświadczeniem wychowawcy terapeuty, będzie obserwatorem w suwalskim procesie gimnazjalistów, jeśli do niego dojdzie: – Dzieci nie mogą być bezkarne. Ale odpowiedzialność musi być adekwatna. Przyjrzymy się, jakie było uwarunkowanie tej przemocy, jak do niej doszło. Bo agresja nie zaczyna się w szkole, tylko w domu. 68 proc. polskich rodziców nie widzi innej możliwości niż wychowywanie za pomocą kar cielesnych.

Filia kuratorium w Suwałkach i miasto jako organ prowadzący szkołę zorganizowały psychologiczną grupę wsparcia dla rodziców jedenaściorga dzieci przesłuchiwanych, a raczej wysłuchiwanych przez sąd. Przyszło sześć osób.

Polityka 43.2012 (2880) z dnia 24.10.2012; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Gnojki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną