Polacy zaczynają wątpić w sens wykształcenia

Czy warto jeszcze się uczyć?
Czy warto zażarcie walczyć o szkolny sukces, spełniać oczekiwania, bić się o każdy punkcik na testach? Czy będąc rodzicem, warto bezwzględnie gnać dziecko do nauki, płacić za prywatne szkoły, histeryzować już przy wyborze podstawówki i nie spać po nocach z powodu matury?
Call-center w Górze Kalwarii.
Piotr Małecki/Napo Images

Call-center w Górze Kalwarii.

Monika Parol, trzy lata temu skończyła resocjalizację na wydziale pedagogiki specjalnej. Gdy próbowała zatrudnić się w zawodzie, zwracano jej CV z argumentem: brak doświadczenia.
Leszek Zych/Polityka

Monika Parol, trzy lata temu skończyła resocjalizację na wydziale pedagogiki specjalnej. Gdy próbowała zatrudnić się w zawodzie, zwracano jej CV z argumentem: brak doświadczenia.

Według CBOS 57 proc. Polaków nie sądzi, by dyplom miał dziś wartość na rynku pracy.
HONGQI ZHANG/PantherMedia

Według CBOS 57 proc. Polaków nie sądzi, by dyplom miał dziś wartość na rynku pracy.

Tegoroczna matura z języka polskiego na poziomie podstawowym pozostawia człowieka z pytaniem, o co właściwie współczesnej szkole chodzi? Test w części pierwszej wymagał głównie znajomości terminologii filologicznej, kompletnie nieprzydatnej dla nikogo, kto nie zostanie w przyszłości akademickim filologiem. 340 tys. młodych ludzi zastanawiało się (strzelało?), gdzie Barbara Skarga użyła w swym eseju inwersji, w których zdaniach dominowała funkcja fatyczna, w których zaś – ekspresywna. W drugiej części napisanie wypracowania „Żołnierskie emocje” (jeden z dwóch tematów do wyboru) wymagało – dla odmiany – radykalnego zifantylizowania sposobu myślenia.

Owe „żołnierskie emocje, zachowania i sytuacje” należało zidentyfikować na podstawie fragmentu „Potopu”, w którym Kmicic przyjeżdża do Bogusława Radziwiłła, by uwolnić Sorokę. Animusz narracyjny sienkiewiczowskiej, archaizowanej prozy zadanie z pozoru ułatwia, gdyż Bogusławowi „jakoby płomień przeleciał przez twarz”, „dzikie światła błysły mu w oczach”, Kmicicowi zaś udzieliła się „febra” wstrząsająca naprzód Bogusławem. Opisując bohaterów językiem współczesnej psychologii, należałoby zauważyć, że Bogusław reprezentuje prawdopodobnie zespół zaburzeń osobowości, nazywany mroczną triadą, na którą składają się psychopatia, makiawelizm oraz narcyzm; a nawet objawia cechy psychopatycznego mordercy (aranżuje wbicie Soroki na pal). Kmicic – to typowa osobowość pogranicza – borderline; objawia on sporą chwiejność emocjonalną, skłonność do ryzykownych, nieadaptacyjnych zachowań. Gdy pluton egzekucyjny przechodzi na stronę Kmicica i Soroki, dochodzi do interesującego procesu grupowego... Itd.

To, rzecz jasna, żart. Nowatorska subdyscyplina naukowa – psychohistoria przestrzega, by współczesnych miar nie przykładać do postaci historycznych (zwłaszcza wyimaginowanych w umyśle XIX-wiecznego pisarza), gdyż trzeba brać pod uwagę mentalność i aparat poznawczy właściwy ludziom epoki. Zresztą słownictwa psychologicznego – w odróżnieniu od filologicznego – maturzyści ze szkoły raczej nie wynieśli, bo psychologia nie została jeszcze przerobiona na przedmiot i nie ma swej podstawy programowej.

Czego więc oczekiwał od nich egzaminator? Z przykładowych odpowiedzi w internecie, antycypujących osławiony klucz, wynika – że psychologicznej bajki. O złym zdrajcy Bogusławie, „wyniosłym, triumfującym, za nic mającym zasady”. Dobrym patriocie – choć „wybuchowym awanturniku” – Kmicicu, „który już umie kontrolować swoje zachowania”. Oraz Soroce, który „żołnierski los przyjmuje z godnością”. Wiadomo: czarny i biały, zdrada i miłość ojczyzny. Każdy da radę.

Coraz lepiej czy coraz gorzej

Dziewiąty raz uczniowie zdają maturę w tej formule i nieuchronnie prowokuje to pytania o sens testowych zagadek i tak pomyślanego egzaminu. A także pytanie fundamentalne: czy naprawdę warto jeszcze się uczyć? Tak się uczyć, jak to proponuje szkoła. Czy to na pewno gwarantuje intelektualny i życiowy awans?

Optymistom w ocenie polskiej szkoły przybył właśnie fantastyczny argument: w renomowanych badaniach Pearsona znaleźliśmy się na dziesiątym miejscu na świecie, można powiedzieć – o włos od edukacyjnych potęg, jak Japonia, Korea Płd., Singapur czy Finlandia. W testach PISA pniemy się w górę, aż w USA zaczęto mówić o „polskim cudzie edukacyjnym”. Świadczy to o gigantycznym sukcesie polskich uczniów i nauczycieli.

Wygrywamy dziś jednak w Europie również dlatego, że tutejszy system szkolny w wielu krajach zderza się z bezprecedensowymi wyzwaniami; np. w Niemczech czy Francji to tysiące dzieci imigrantów z egzotycznym kapitałem kulturowym. Gonimy azjatyckie tygrysy – również dlatego, że wśród polskich korporodziców nadspodziewanie dobrze przyjął się osławiony „azjatycki” styl wychowawczy: obłożenie zajęciami od przedszkola, walka o wynik, wściekła rywalizacja.

Są ponadto wyniki badań, które niepokoją. Mierzono np. ostatnio znajomość języka obcego po sześciu latach nauki, na koniec gimnazjum. Musiano wprowadzić specjalną kategorię dla tych, którzy po prostu niczego się nie nauczyli. Zero znajomości języka angielskiego wykazało 26 proc. gimnazjalistów; niemieckiego – 44 proc. Prof. Zbigniew Kwieciński, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego najsłabsze 20 proc. uczniów gimnazjów nazywa funkcjonalnymi analfabetami.

Instytut Badań Edukacyjnych zbadał 10 tys. uczniów podstawówek, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych pod hasłem „Szkoła samodzielnego myślenia”, dociekając, jak idzie im z rozwiązywaniem zadań trudniejszych, wymagających inwencji. Wynik? „Niesatysfakcjonujący”. Dominował „schematyzm i poszukiwanie rozwiązania narzuconego przez nauczyciela”.

Chroniczne reformowanie polskiego systemu edukacyjnego w ostatnim ćwierćwieczu miało kilka szlachetnych celów. Najszlachetniejszy to podniesienie poziomu wykształcenia Polaków. Fakt, licealna matura stała się czymś nieomal oczywistym, prawie połowa młodzieży coś studiuje. Idzie na studia. Po papier. Najradykalniejszy dziś bodaj krytyk szkoły prof. Jan Hartman grzmi: „Pojęcia, z jakimi wypuszcza się naszą młodzież w świat, mają się tak do współczesnego stanu ducha, jak XVII-wieczne gimnazja jezuickie do życia umysłowego w kręgach Galileusza i Kartezjusza”. Środowisko akademickie wylało już chyba cały zapas łez nad niskim poziomem i brakiem motywacji studentów, a w efekcie – upadkiem kultury akademickiej. Trochę to krokodyle łzy, bo też mało kto zarobił w ostatnich latach tak dobrze, jak animatorzy prywatnych szkół wyższych na iluzji sprzedawanej za grube czesne, że ich dyplomy otworzą drogę do kariery. Ale i najszacowniejsze uczelnie ratować się musiały dochodami z tzw. zaocznych.

Kolejnym celem reform miało być wyrównanie szans młodzieży biednej i bogatej, miejskiej i wiejskiej – właśnie poprzez jednolite egzaminy zewnętrze. I młodzież z mniejszych miast przestała jaskrawo odbiegać od tej w metropoliach, za to w metropoliach nastąpił radykalny podział na szkoły „dobre” i „złe”. Jak mówi Roman Dolata, pedagog związany z Instytutem Badań Edukacyjnych, możemy wkrótce obudzić się w społeczeństwie kastowym, skoro w jednej warszawskiej dzielnicy sąsiadują ze sobą dwa gimnazja i w słabszym najlepszy wynik egzaminacyjny jest gorszy od najgorszego w tym dobrym. Prof. Bogusław Śliwierski, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, przekonuje przy tym, że wyniki testów są sterowane: „Jeśli wychodzi na testach próbnych, że zdałoby w danym roku tylko 60 proc. uczniów, kalibruje się skalę trudności w dół tak, by na egzaminach końcowych zdało co najmniej 75 proc. A najlepiej 80 proc. To są ostatnie zalecenia poziomu zdawalności”.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną