Społeczeństwo

Edukacja klimatyczna w szkołach? Nie róbmy tego młodzieży

Młodzieżowy Strajk Klimatyczny Młodzieżowy Strajk Klimatyczny Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Uczniowie nie potrzebują przedmiotów – choćby najwspanialszych, jak edukacja klimatyczna czy edukacja cyfrowa – z których nauczyciele organizowaliby sprawdziany, zadawali prace domowe i robili kartkówki.

Każde pokolenie powinno mieć swój zestaw przedmiotów szkolnych odpowiadający potrzebom i czasom. Także podstawy programowe powinny być odpowiednie, a nie przestarzałe. Nie ma nic gorszego niż nauka rzeczy, które do niczego się nie przydadzą. Świat się zmienia, szkoła nie może być skansenem.

Aby nie uczyć się rzeczy anachronicznych, trzeba domagać się zmiany. To uczniowie powinni być świadomi, jakich przedmiotów im trzeba, a które należy usunąć. Tego już nie da się zrobić za nich. Ostatnie reformy oświaty pokazały, że gdy władza chce zrobić uczniom dobrze, robi im jeszcze gorzej. Gdy ktoś – np. minister edukacji, rzecznik praw obywatelskich, działacz społeczny – próbuje powiedzieć, że listę przedmiotów należy powiększyć np. o edukację klimatyczną, uczniowie odbierają to jako atak. Kolejny ciężar na barki?

Uczniów nikt nie pyta o zdanie

Gdy zmiany są narzucane, młodzież stawia opór. Nie ma bardziej przykrego widoku niż niechęć uczniów do nauki muzyki, plastyki czy filozofii – przedmioty nieobecne w liceum przez ok. 20 lat, przywrócone decyzją ministra w 2019 r. Wielka szkoda, że twórcy reformy likwidującej gimnazja nie zapytali nastolatków, jakich przedmiotów potrzebują. Czy chcą w czteroletnim liceum uczyć się tego, co ich rodzice i dziadkowie – właśnie muzyki i plastyki – czy czegoś zupełnie innego, co starszym pokoleniom nawet nie przyszłoby do głowy. Zmarnowano szansę nadania dzieciom podmiotowości.

Jak wprowadzano informatykę? Trudno w to dziś uwierzyć, ale gdy uczyłem się w liceum – połowa lat 80. XX w. – nie było takiego przedmiotu. Komputer był, jeden w całej szkole Macintosh 512K, ale lekcji nie prowadzono. Nikt nie widział takiej potrzeby. Lista przedmiotów wydawała się nauczycielom i rodzicom idealna. Po co marnować czas na naukę programowania, lepiej niech dyrekcja da więcej godzin na przygotowania do matury z matematyki, polskiego i języka obcego. Czyżbyście byli tak dobrzy z przedmiotów naprawdę ważnych – pytali zatroskani nauczyciele – że macie czas na fanaberie? Komputerami zainteresujecie się po maturze.

Dowiedzieliśmy się, że informatyka jest prowadzona poza szkołą. W ogóle wszystkie naprawdę ważne rzeczy działy się poza szkołą. Na lekcje chodziło się tylko po to, aby zdać maturę, a potem – jak zarzekało się wielu – nigdy nasza noga nie postanie w tym miejscu. Bierzemy świadectwo dojrzałości i stąd spadamy. Gdy dzisiaj jako nauczyciel słyszę, iż uczniowie nie chcą informatyki, ponieważ nie jest prowadzona przez programistę, to aż mnie skręca ze złości. Zatem wciąż nie ma informatyki w szkole, a to, co jest, to namiastka, a nieraz parodia tego przedmiotu.

Oczywiście winą jest też brak fachowców, na których zatrudnienie oświata publiczna nie ma pieniędzy. Czasem uczniowie mówią, że zamiast nauki Worda czy Excela w liceum, zamiast trywialnie prowadzonej informatyki, przydałby się przedmiot pokrewny, ale bardziej odpowiadający ich potrzebom, np. edukacja cyfrowa. Ale w żadnym wypadku treści programowych „cyfrówki” nie powinien wymyślać zespół MEN, gdyż wyjdzie z tego kolejny idiotyzm. Wiem też, że podobnie jak 35 lat temu niektórzy uczniowie chodzą na lekcje technologii cyfrowej gdzieś poza szkołą. Uczą się projektować gry. Tak samo jak moi nauczyciele odruchowo reaguję na to przerażeniem. A co z maturą? Po co wam to? Macie czas na fanaberie?

Stare przedmioty po nowemu

Uczniowie pierwszej klasy poprosili, abym nie robił sprawdzianów ze swojego przedmiotu. Przecież to filozofia, nie matematyka. Raczej nikt nie będzie zdawał z tego matury. Nie możemy zwyczajnie porozmawiać? Pomyślałem: czemu nie. Zaryzykuję. Mam nadzieję, że nie naruszę w ten sposób jakiegoś ważnego paragrafu w statucie. Uczniowie innej klasy zapytali, co powinni zrobić, aby też mieć filozofię. Taką bez sprawdzianów i prac domowych. Niestety, mają muzykę. Niby filozofia, muzyka i plastyka są przedmiotami, z których uczeń wybiera jeden, ale oni niczego nie wybierali. Ktoś zdecydował za nich. Dyrektor szkoły? Czy decyzję dyrektora da się podważyć?

Jeszcze inni uczniowie zapytali, w jaki sposób wpłynąć na szkołę, aby proponowała przedmioty naprawdę do czegoś potrzebne, a nie – jak jest teraz – totalnie zbędne. Na przykład zamiast wiedzy o społeczeństwie woleliby uczyć się psychologii. Albo jeszcze lepiej – jak przygotowywać fajne potrawy. Szczególnie kuchni wegańskiej. Czy to możliwe? Większość uczniów jednak o nic nie pyta. Zresztą rzadko ich widuję. Na mój przedmiot już nie przychodzą, gdyż dostrzegli, iż nie jest im potrzebny w osiągnięciu sukcesu na maturze.

Gdyby to był przedmiot ważny, miałbym prawo się złościć. A tak dzięki niskiej frekwencji mam szansę popracować z tymi, dla których to ma jakieś znaczenie. Może wybrali studia humanistyczne i nie muszą chodzić na korepetycje z matematyki, chemii czy biologii? Mają więc czas na filozofię. Nie ma sensu walczyć z niską frekwencją, gdyż po pierwsze, to nic nie daje, a po drugie, strzeliłbym sobie w kolano. Wyniki z przedmiotów nieegzaminacyjnych nie mają znaczenia ani w ocenie pracy nauczyciela, ani w ocenie poziomu placówki. Więc jak uczeń poświęca czas wyłącznie na to, co się liczy w rankingach, szkoła tylko na tym zyskuje. Zdolniejsza młodzież będzie chciała u nas się uczyć. Może pozyskamy geniuszy, z których zrobimy olimpijczyków?

Jak szkoła upośledza uczniów

Dzięki niestrudzonej pracy wychowawczej uczniowie mają zakodowane, że liczą się tylko przedmioty zdawane na egzaminach. Niektórzy z takim przekonaniem przychodzą już do liceum i od pierwszej klasy nastawiają się wyłącznie na naukę tego, co jest wymagane na maturze. Od wieków liczy się to samo: matematyka, język ojczysty, język obcy, chemia, biologia, historia. Na resztę, w tym na własne pasje, szkoda czasu. To dobrzy uczniowie, których udało się urobić. Nauka nie poszła w las. Oferta szkoły jest skrojona głównie pod egzaminy, na to idzie niemal cała energia kadry pedagogicznej. Reszta przedmiotów i działań to kwiatek do kożucha. Można na nich odrobić pracę domową albo przejrzeć materiał przed klasówką z przedmiotu naprawdę ważnego.

W drugiej klasie taka postawa staje się dominująca, a w trzeciej trudno znaleźć ucznia, który demonstrowałby ochotę na inne lekcje niż związane z maturą. To zgodne z filozofią szkoły. Stawiamy na sukces na egzaminach i olimpiadach. Inne potrzeby w sobie duście. Niestety, spora część młodzieży ma potrzebę bycia zakręconym na punkcie czegoś zupełnie innego niż oceny i wyniki. Być może to naturalna potrzeba odreagowania stresu szkolnego: mieć własną pasję, z której nie ma sprawdzianów, kartkówek czy prac domowych. Wykazać się czymś poza szkołą i odnaleźć w tym sens.

Młodzi są więc podatni na modę, na to, czym żyje ulica. Trzeba wciąż nad tym czuwać, inaczej uczniowie zamiast na matematykę pójdą na manifestację w obronie klimatu. A nie mogliby poczekać do czerwca, gdy będzie już po maturze? Modne pasje budzą przerażenie nauczycieli i rodziców, że „dziecko”, zamiast uczyć się do matury, marnuje czas na ekologię, kuchnię wegańską albo misie koala. Jak nie skupi się na matematyce czy biologii, nie dostanie się na prawo, medycynę czy co tam sobie zaplanowało. Najbardziej zdesperowani rodzice nawet proszą dyrekcję, aby zabroniła klasom maturalnym uczestniczenia w czymkolwiek, co nie jest ściśle związane z egzaminami. Powinno się wprowadzić całkowity zakaz realizowania pasji w ostatnim roku przed maturą. Misiami koala niech się zajmą pierwszoklasiści.

Świetne wyniki na maturze, brak celu w życiu

Instytucja wybija więc młodym ludziom z głów ich pasje, przekonując, że muszą skupić się na maturze, inaczej zmarnują sobie życie. Koleżanki i koledzy dostaną się na wymarzone studia, a tylko ty, uparty amatorze gotowania potraw wegańskich albo adoptowania poparzonych zwierząt, polegniesz na egzaminie i przyniesiesz wstyd rodzicom, nauczycielom i rówieśnikom. No i swoim marnym wynikiem z matury pociągniesz szkołę w dół w rankingach. A tego zagrożenia już lekceważyć nie można. Czasem wystarczy seria próbnych matur, aby przekonać pasjonata zbędnej aktywności, że zagrożenie porażką na egzaminie jest całkiem realne. A czasem trzeba sypnąć jedynkami.

Lekceważenie innych umiejętności niż te, które są sprawdzane na egzaminach, prowadzi do poważnych deficytów w rozwoju społecznym oraz do znacznego ogłupienia człowieka. Maturzyści, którzy mają świetne wyniki na egzaminach, nie wiedzą, co chcą studiować, kim być w życiu, jaką drogą pójść. Nie znają samych siebie, ponieważ skutecznie pozbawiono ich pasji i zainteresowań, a przekierowano na egzaminy. Szkoła zrobiła z nich maszyny do zdawania matury. Teraz może być z nich dumna, natomiast oni sami z siebie już nie są. Odrabia się te straty latami.

Jeśli uczeń był przez kilkanaście lat tresowany, aby samotnie osiągać sukcesy na egzaminach, tyle samo czasu i wysiłku potrzebuje, aby wreszcie osiągnąć dojrzałość jako członek wspólnoty, uczestnik życia społecznego, osoba odnajdująca się w swoich pasjach i nawiązująca twórcze relacje z innymi pasjonatami. To wcale nie smartfony i ciągła aktywność w internecie ograbiają dzieci z kompetencji społecznych, winna jest raczej edukacja nastawiona na jeden cel – egzaminy. Wprowadzenie nowych treści nauczania nic nie da, jeśli inicjatywa przyjdzie z zewnątrz.

Uczniowie nie potrzebują przedmiotów – choćby najwspanialszych, jak edukacja klimatyczna czy edukacja cyfrowa – z których nauczyciele organizowaliby sprawdziany, zadawali prace domowe i robili kartkówki. Nie ma w szkole wolnej przestrzeni dla kolejnych przedmiotów, które wpędzałyby młodzież w jeszcze większe deficyty i utrudniały osiągnięcie dojrzałości. Należy raczej odwrócić to, co jest, i na istniejących przedmiotach uczyć szacunku do własnych i cudzych pasji, budować relacje społeczne, preferować współpracę. A wtedy inicjatywa wprowadzenia nowych przedmiotów wypłynie z wnętrza szkół. Zażądają uczniowie. Tylko jaki dyrektor szkoły, jaki kurator i jaki minister edukacji jest na to gotowy? Przecież ich wszystkich trzeba by wymienić na nowych.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Nie chcą naszego mięsa

Dla zdobycia głosów drobnych rolników rząd nie waha się ryzykować zdrowia polskich konsumentów, a także załamania eksportu polskiej żywności.

Joanna Solska
29.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną