Społeczeństwo

Onkologia na krawędzi przepaści. Dało się to przewidzieć

Wiele osób w strachu przed zakażeniem SARS-CoV-2 przestało zgłaszać się na badania, nie diagnozuje swoich dolegliwości ani zauważonych (i tak zazwyczaj u nas za późno) objawów. Wiele osób w strachu przed zakażeniem SARS-CoV-2 przestało zgłaszać się na badania, nie diagnozuje swoich dolegliwości ani zauważonych (i tak zazwyczaj u nas za późno) objawów. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Dramatycznie wzrasta liczba pacjentów wymagających pilnego leczenia onkologicznego. To efekt zaniedbań z minionego roku, kiedy polska ochrona zdrowia zajmowała się wyłącznie covid.

Dla ministra zdrowia Adama Niedzielskiego onkologia pozostaje zieloną wyspą. Użył tego określenia po raz pierwszy w marcu tego roku, kiedy do Polski nadeszła trzecia fala epidemii koronawirusa, i powtórzył w piątek, pytany o trudną sytuację chorych na raka.

To lekarze zaalarmowali media niebywałą kumulacją pacjentów, którzy niczym tsunami zaczęli szturmować ich oddziały. Medycy ci twierdzą, że wyobrażenie ministra o zielonej wyspie jest całkowicie mylne. – Wcale tej wyspy nie widać, bo jest dotknięta kataklizmem w równym stopniu co cała ochrona zdrowia – mówił wieczorem w TVN24 prof. Cezary Szczylik, dodając, że katastrofa odroczona w czasie była przecież do przewidzenia.

Czytaj też: Covid nie wstrzymuje raka, onkologię – owszem

Rak, czyli choroba, której się nie „zalecza”

Już wielokrotnie pisaliśmy o tym, jak mocno epidemia covid skomplikowała życie chorym, którzy przez ponad rok nie mogli dostać się do szpitali. Zresztą nie jest tak, że teraz już wszędzie mogą – decyzja o odmrożeniu oddziałów, za sprawą której można już przyjmować pacjentów na planowe zabiegi zgodne z ich profilem, w praktyce w wielu miejscach natrafia na brak personelu. Jeśli brakuje anestezjologów, którzy przez ostatnie tygodnie pełnili ciągłe dyżury przy respiratorach i teraz chcieliby spędzić trochę czasu na zasłużonych urlopach lub nadal są niezbędni na oddziałach covidowych, to nie będzie miał kto znieczulać innych chorych do operacji lub zabiegów ambulatoryjnych.

Wiele osób w strachu przed zakażeniem przestało zgłaszać się na badania, nie diagnozuje swoich dolegliwości ani zauważonych (i tak zazwyczaj u nas za późno) objawów. – Covid nie wstrzymał raka, onkologię niestety tak – mówił mi jesienią ubiegłego roku dr Andrzej Cichocki, chirurg z Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie. Teraz są tego efekty, bo choroby nowotworowe wymagają przecież (poza pojedynczymi, które wystarczy obserwować i po prostu regularnie badać) szybkich interwencji. Czas w rozwoju raka odgrywa bowiem niezwykle ważną rolę. A w ostatnim roku liczba cytologii spadła w niektórych regionach Polski aż o 90 proc.!

Wraz z przestawieniem pracy oddziałów pulmonologicznych na udzielanie pomocy jedynie chorym z covid diagnostyka raka płuca wyhamowała do tego stopnia, że na Dolnym Śląsku liczba pacjentów zgłaszających się na badania z podejrzeniem tego nowotworu spadła o 80 proc. Z kolei 11 ośrodków w Polsce wstrzymało wykonywanie badań przesiewowych w kierunku raka jelita grubego. Dodajmy do tego zamrożenie podstawowej i specjalistycznej opieki zdrowotnej, które przestawiły się na teleporady, co opóźniło rozpoznawanie i początek leczenia wielu przypadków raka.

Czytaj także: Podstępny rak jajnika

Onkologia na krawędzi przepaści

Na jakiej zatem podstawie minister Niedzielski uważa, że polska onkologia w najmniejszym stopniu na tle innych dziedzin ochrony zdrowia została dotknięta obciążeniami walki z koronawirusem? Otóż stale powtarza, że żadne centrum onkologiczne w kraju nie zostało zamknięte ani przemianowane na szpital jednoimienny, w którym leczeni byli wyłącznie chorzy na covid. Krajowa Sieć Onkologiczna, zdaniem ministra, działała świetnie.

Ale ta laurka nijak się ma do rzeczywistego obrazu sytuacji. Bo ktoś chyba zapomniał, że w Polsce 160 tys. chorych, którzy otrzymują w ciągu roku diagnozę raka, nie leczy się wyłącznie w centrach onkologii, ale w wielu innych, ogólnych szpitalach, gdzie wydzielone są (lub ich nie ma) pododdziały onkologiczne. Poradnie w takich placówkach były zamykane, nie można więc było się diagnozować ani leczyć, ani otrzymać skierowania do przyjęcia na oddział.

Zresztą co z tego, że placówki sprofilowane na leczenie nowotworów, które zostały zakwalifikowane do wspomnianej Krajowej Sieci, nie zostały zmuszone zawiesić swojej statutowej działalności, skoro zatrudniony w nich personel również był zdziesiątkowany, a na skutek perturbacji w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej przepływ pacjentów praktycznie zamarł.

Czytaj też: Chory system. Nie ma covidu, nie ma miejsca w szpitalu

Rak. Ubyło 20 proc., przybędzie 40 proc.

Dlatego jeśli minister zdrowia nazywa onkologię zieloną wyspą na podstawie wyimaginowanego obrazka świetnie działającego systemu kilku szpitali onkologicznych, to opowiada co najwyżej półprawdy.

Koronawirus sprawił, że diagnostyka w wielu miejscach Polski stanęła, a to oznacza, że wykrywalność wielu raków w późnym stadium teraz się zwielokrotni. Lekarze ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie zakładają, że w tym roku należy się spodziewać aż o 40 proc. więcej diagnoz nowotworów niż w roku ubiegłym. To skutek nałożenia dwóch roczników, ponieważ w 2020 r. rozpoznano w Polsce 20 proc. mniej chorób nowotworowych. Nie dlatego, że ich nie było, lecz dlatego, że nie były diagnozowane.

Czytaj też: Rak to w Polsce wyrok. PiS nie zamierza tego zmienić

Wielu pacjentów z tej grupy, z wczesnymi stadiami raka, straciło bezpowrotnie szansę na wyleczenie. A teraz czekają w wydłużonych kolejkach – na tomografię, rezonans, biopsję, co jeszcze bardziej odwleka rozpoznanie choroby i rozpoczęcie właściwego leczenia. Odpowiedź na pytanie, czy szpitale (nie tylko onkologiczne) przygotowane są na tę nadwyżkę chorych, na pewno państwo znają. Zwłaszcza że już wcześniej, przed pandemią, pracowały na granicy wydolności.

Czytaj też: Limitów do lekarzy specjalistów nie będzie, kolejki zostaną

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Koniec miłości?

Świat, jaki znaliśmy, dobiega końca. Coraz mniej potrzebna staje się choćby miłość. Uległa współczesnemu kapitalizmowi, który postawił na wolność obyczajową, a z seksualności uczynił siłę napędową gospodarki.

Edwin Bendyk
14.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną