Społeczeństwo

Czarnek zadowolony, a nauczyciele w coraz gorszych nastrojach

Minister Przemysław Czarnek z wizytą w AGH w Krakowie, 14 lipca 2021 r. Minister Przemysław Czarnek z wizytą w AGH w Krakowie, 14 lipca 2021 r. Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Nie ma żadnych powodów do obaw: minister nie przewiduje czwartej fali epidemii w szkołach. Zapowiada za to „bardzo duże podwyżki”, „to będą miliardy zwiększonej subwencji”. Co mówią na to moi koledzy i koleżanki w pracy?

Z duszą na ramieniu komentuję wywiad P. Czernicha i S. Białacha z Przemysławem Czarnkiem na Onecie. Od kilkunastu dni dzwonią bądź piszą do mnie przyjaciele, prosząc, abym dla własnego bezpieczeństwa zaczął ministra i jego partię chwalić. Czarnek może bowiem mnie bezceremonialnie zwolnić, jak to niedawno zrobił, ogłaszając na wizji wyrzucenie z pracy uczonego z UAM, gdyż – zdaniem ministra – uchybił godności nauczyciela akademickiego, ponieważ krytykował Kukiza. Wracamy do czasów, kiedy wolno było mówić to, co wolno?

Na szczęście Przemysław Czarnek nie jest bez serca. Wystarczyło mu, że uczony wycofał się ze swoich słów i przeprosił (tak się przestraszył groźby ministra), a rozmowa z rektor uczelni okazała się na tyle konstruktywna, iż zwolnienie z pracy nie jest na razie potrzebne. Jako następny kandydat w kolejce do uciszenia chciałbym wiedzieć, co oznacza określenie „konstruktywna rozmowa”, a jeszcze bardziej chciałaby to wiedzieć dyrektor mojego liceum. Jest bowiem trochę chorowita i na sercu niedomagająca, więc musi przyjąć właściwą porcję leków, aby podczas „konstruktywnej rozmowy” z ministrem nie paść trupem. Choćby ze względu na zdrowie swojej szefowej ograniczę się w krytykowaniu, a nawet spróbuję Czarnka pochwalić.

Czytaj też: Nowy spis lektur jak z parafialnego muzeum

Przeładowane podstawy programowe

A jest za co chwalić. Minister bowiem ujawnia, dlaczego podstawy programowe nie są odchudzane. Celowo są tak przeładowane, aby w szkole nie było na nic więcej miejsca, tylko na realizację celów wyznaczonych przez MEiN. Czarnek dziwi się, że niektórzy nauczyciele mają czas na dodatkowe rzeczy, choćby na edukację seksualną (nie ma jej w podstawie żadnego przedmiotu), a przecież „szkoła jest przede wszystkim miejscem realizacji programu, który służy temu, aby uczniowie radzili sobie w kolejnych etapach kształcenia”.

Jaśniej tego nie da się powiedzieć. Koniec z dodatkowymi treściami, które nie podlegają kontroli MEiN. Jak ktoś koniecznie musi wiedzieć więcej, niż rząd pozwala, niech – wskazuje minister – puka do domów kultury. Szkoła natomiast ma być całkowicie wolna od treści niezatwierdzonych w podstawie programowej. Innej wiedzy szukajcie w domach kultury. Tutaj niestety muszę Czarnka skrytykować (niech mi rodzina wybaczy ryzyko). Wiadomo przecież, że w domach kultury nie ma szans na prowadzenie edukacji seksualnej, gdyż na to nie pozwoli kolega z rządu, minister kultury i dziedzictwa narodowego Piotr Gliński. Nie tylko zwolniłby edukatora treści seksualnych, ale wyrzuciłby na zbity pysk także dyrektora tej instytucji, a może nawet samą instytucję zlikwidował. Nastolatkom zostaje więc, bądźmy szczerzy, tylko Kościół oraz internet. Na razie nikt w MEiN nie pracuje nad narzuceniem internetowi podstaw programowych.

Czytaj też: Cnoty niewieście jako priorytet edukacji

Przemysław Czarnek optymista

Nauczyciele wchodzą w nowy rok szkolny w bardzo złych nastrojach, natomiast Czarnek porywa entuzjazmem. Nie ma żadnych powodów do obaw. Minister nie przewiduje czwartej fali epidemii w szkołach. Nie trzeba będzie wprowadzać edukacji zdalnej, dopóki szpitale będą w stanie obsłużyć wszystkich chorych. Szczepmy się, nie łapmy koronawirusa, nie zarażajmy jedni drugich, a przede wszystkim nie chorujmy, a nie będzie potrzeby wprowadzać w oświacie lockdownu. To od nas zależy, jakie będzie nasze jutro. Minister robi wszystko, co w jego mocy, aby pomóc. Wysyła chociażby do szkół płyny dezynfekcyjne oraz termometry, a nauczycielom nie pozostaje nic innego, jak tylko używać i zabezpieczać dzieci oraz siebie przed zarażeniem. Rząd wydał na ten cel ponad 100 mln zł, więc nie narzekajmy.

Dodam jednak, co mówią koledzy i koleżanki w pracy. Otóż wbrew moim uwagom, że termometrów mamy w szkole nadmiar, a przydałoby się co innego, zauważyli, iż są one bardzo potrzebne do mierzenia temperatury u nastolatek, aby były świadome, kiedy mają dni płodne, a kiedy niepłodne. Warto, aby każda licealistka dostała od ministra taki termometr i nauczyła się nim posługiwać zgodnie z katolicką nauką o seksualności.

Broń Boże, nie chodzi o to, aby uczennice mogły bezkarnie uprawiać seks, ale by przygotowały się do życia w rodzinie. Wiedza o własnej płodności będzie jak znalazł, gdy wyjdą za mąż i będą chciały mieć dzieci. Przypomną sobie, do czego służy termometr. Pomaga w ustaleniu, kiedy seks jest uprawiany na marne, a kiedy dla zajścia w ciążę. Szkoda tylko, że minister nie powiedział otwarcie, w jakim celu zalewa szkoły termometrami.

Czytaj też: Priorytety na wudeżety. Czarnek szykuje kontrrewolucję

Szkoła. Będą podwyżki wynagrodzeń?

Czarnek przyznaje, iż 2900 zł brutto dla młodego matematyka czy informatyka to nie jest wynagrodzenie, które przyciąga do zawodu. Dlatego rząd planuje – cytuję dosłownie – „bardzo duże podwyżki”, „to będą miliardy zwiększonej subwencji”. Minister nie chce podać konkretów, gdyż wiele zależy od wyników rozmów ze związkami. Nie waha się natomiast Głos Nauczycielski, który informuje, iż podwyżki będą poniżej inflacji, a większe tylko wtedy, gdy nauczyciele zgodzą się sfinansować je sami (poprzez podwyższenie pensum, likwidację części dodatków oraz obcięcie zakładowego funduszu świadczeń socjalnych).

Nauczyciele, których znam, chcieliby powiedzieć ministrowi, że w sprawie podwyżek „pieprzy jak potłuczony”, ale ja hamuję koleżanki i kolegów. Nikomu nie wypada tak się odzywać do ministra. „A ministrowi wypada, odpowiada jeden z drugim, w żywe oczy kłamać, iż rząd planuje »bardzo duże podwyżki« w oświacie? Chyba Czarnek nie zna znaczenia słów, którymi się posługuje”.

Czytaj też: Upokorzyć belfrów. Trzeba się było PiS-owi nie stawiać

Co naprawdę mówi minister Czarnek

Muszę przyznać, że mam podobne wrażenia. Nie sądzę jednak, żeby minister nie znał znaczenia słów. Raczej celowo używa ich w sensie odmiennym od słownikowego. Szczególnie wyraźnie widać to wtedy, kiedy dziennikarz żartuje z rozmówcy. Czarnek odpowiada: „Czuję ironię w pana głosie, ale zniosę ją, ponieważ, jak wiadomo, słynę z tolerancji”. Nie należy tego rozumieć dosłownie, znaczenie tych słów jest odwrotne: „To niedopuszczalne, że pan ze mnie drwi, znany jestem z tego, że nie daruję żadnej zniewagi”. Dziennikarz rozumie właściwie wypowiedź ministra, dlatego kolejne pytania są pełne szacunku i bez ironicznych podtekstów.

Rząd coraz częściej komunikuje się ze społeczeństwem językiem, który niewiele ma wspólnego z typowym znaczeniem słów. To raczej nowomowa. Przemysław Czarnek przoduje w tej pisowskiej gadaninie do mas. Kiedy więc mówi, że władza dyrektorów szkół nie jest zagrożona, bo przecież kurator nie będzie odwoływał nieposłusznych ze stanowiska, a jedynie wnioskował o odwołanie, to należy rozumieć, iż „wnioskowanie” o wyrzucenie z pracy jest czymś straszniejszym od faktycznego wyrzucenia.

Minister przecież nie zwolnił wspomnianego wyżej uczonego UAM, a jedynie publicznie w mediach wnioskował do rektor uczelni o zwolnienie pracownika. Potem zaś odbyła się „konstruktywna rozmowa”, po której zbesztany pracownik wystąpił z kagańcem na pysku i odszczekał to, co wcześniej powiedział w sprawie zachowania Kukiza w Sejmie. Na razie takie odszczekanie Czarnkowi wystarczyło, ale jak minister bardziej obrośnie w piórka, a władza PiS utwierdzi się w Polsce, wtedy przeprosiny to będzie za mało. Trzeba będzie wsadzić mordę głęboko w kubeł i niczego przeciwko harcom władzy nie mówić, inaczej ci ten jęzor obetną. Zresztą żeby tylko. Przyjaciele, nie ostrzegajcie więcej, ja dobrze wiem, co mnie, a także nam wszystkim grozi.

Czytaj też: Młodzi nie chcą tańczyć, jak im Czarnek zagra

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną