Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Przybywa dzieci, które nie chcą żyć. Od rodziców słyszą: weź się w garść

Ciągle przybywa młodych ludzi, którzy nie chcą żyć. Ciągle przybywa młodych ludzi, którzy nie chcą żyć. cferdophotography / Unsplash
Tylko do końca października ubiegłego roku w wyniku samobójstw zmarło 127 dzieci i nastolatków poniżej 19. roku życia, tyle co w całym 2021 r. „Produkujemy klientów do opieki psychiatrycznej, nie reagując na problemy wcześniej, gdy specjalistyczne wsparcie jeszcze nie jest potrzebne” – mówi Lucyna Kicińska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

JOANNA CIEŚLA: Alarmuje pani, że tylko do końca października ubiegłego roku w wyniku samobójstw zmarło 127 dzieci i nastolatków poniżej 19. roku życia, tyle co w całym 2021 r. Dlaczego ciągle przybywa młodych ludzi, którzy nie chcą żyć?
LUCYNA KICIŃSKA: Prawdopodobnie dlatego, że nie rozpoznajemy kryzysów u dzieci i nastolatków i właściwie na nie nie reagujemy.

Coraz dotkliwszy jest brak specjalistów?
To nie tak. Rodzice i szkoła też mogą zauważyć kryzysy u dzieci i młodzieży i reagować na nie w momencie, gdy jeszcze nie występują myśli samobójcze. One są skutkiem wielomiesięcznych czy wieloletnich zaniedbań we wsparciu i udzielaniu pomocy. Warto dodać, że w danych Komendy Głównej Policji widzimy nie tylko globalny wzrost, lecz także wzrost liczby zachowań samobójczych, również tych zakończonych zgonem, wśród dziewczynek, czego w poprzednich latach nie obserwowaliśmy. Dotychczas dziewczynki dokonywały więcej zamachów na własne życie, ale to w przypadku chłopców takie akty proporcjonalnie częściej kończyły się śmiercią. Jednak w 2021 r. podwoiła się liczba dziewczynek podejmujących próby samobójcze i, co za tym idzie, samobójstw kończących się śmiercią również przybyło. Wśród chłopców nie widać gwałtownej zmiany liczby prób.

To jest dziewczynka, dziewczynki tak mają

Co pogarsza kondycję dziewczynek?
Nasuwa się hipoteza, że dziewczynkom dajemy więcej przyzwolenia na komunikowanie swoich kryzysów emocjonalnych, na bycie smutną, płakanie. Jednocześnie dziewczynka, która w ten sposób komunikuje swoje trudności, niestety nie dostaje pomocy. Zostajemy na poziomie myślenia: „to jest dziewczynka, dziewczynki tak mają”.

Bagatelizujemy pogorszenie nastroju bardziej niż w przypadku chłopców?
Z chłopcami nasz problem wciąż polega na tym, że oni – z racji braku przyzwolenia na smutek czy słabość – częściej manifestują emocję złości, nie mają wiary, że mogą okazać inną. To sprawia, że podejmują próby samobójcze proporcjonalnie o wiele częściej kończące się śmiercią. Dziewczynki ze społecznego przyzwolenia na emocje smutku nie mają pożytku w tym sensie, że też nie dostają potrzebnej pomocy. O tym właśnie świadczy wzrost liczby ich prób samobójczych, które częściej są nasilającymi się sygnałami do otoczenia: „zwróćcie na mnie wreszcie uwagę, dostrzeżcie mój problem”.

Profilaktykę w obszarze zdrowia psychicznego powinniśmy prowadzić w pewnym obszarze wspólnym dla chłopców i dziewczynek, ale potem trochę ją różnicować, dając też chłopcom przyzwolenie na manifestowanie wszystkich emocji, które mają, i poważnie traktując manifestacje dziewczynek. To nie jest więc kwestia odpowiedzi systemowej, tego, że mamy za mało psychiatrów dziecięcych. Niezależnie od ich liczby podstawowy problem leży w tym, że produkujemy klientów do opieki psychiatrycznej, nie reagując na problemy dzieci wcześniej, gdy aż tak specjalistyczna opieka jeszcze nie jest potrzebna.

Weź się w garść, co ty wygadujesz

Uważa pani, że system pomocy psychiatrycznej dla dzieci w Polsce nie jest w kryzysie?
Na dziecięcych oddziałach psychiatrycznych w większości nie leżą dzieci i nastolatki, które mają zaburzenia psychiczne w medycznym rozumieniu, tylko dzieci trwale samotne, pozostawione same sobie, z wtórnie obniżoną samooceną przez brak zainteresowania i troski. Myśli samobójcze u tych dzieci mogłyby się nie rozwinąć, gdyby je inaczej traktować. O tym właśnie mówią sami psychiatrzy – że trafiają do nich młodzi ludzie, którym powinni byli pomóc psychologowie – kilka miesięcy lub kilka lat wcześniej. Tylko rodzice albo nie rozpoznali kryzysu, albo nie mieli z dzieckiem więzi, w której ono mogłoby ten kryzys zakomunikować, albo dziecko usłyszało: weź się w garść, co ty wygadujesz, spróbuj o tym nie myśleć, zajmij się nauką.

Rodzice często widzą, że coś się z dzieckiem dzieje, ale czują się zagubieni – nie wiedzą, jak długo można przeczekać, zakładać, że pogorszenie nastroju jest chwilowe, a w którym momencie szukać bardziej fachowej pomocy.
Wiem, że ten brak reakcji często nie wynika ze złych intencji, tylko z braku wiedzy, także o tym, że warto skorzystać z przewodnictwa w kryzysie dla swojego dziecka. A z drugiej strony, paradoksalnie, ogrom miłości sprawia, że rodzicom trudno wyobrazić sobie, że ich dziecko może głęboko cierpieć, nie są w stanie tego zaakceptować. Widzą sygnały, ale w związku z tym, że nie umieją sami zweryfikować, czy sytuacja jest poważna, czy przesadzają – nie reagują. Wybierają alternatywne wytłumaczenia, co z czasem – gdy kryzys nawarstwia się na tyle, że pojawia się konieczność leczenia na oddziale – jest źródłem wyrzutów sumienia: widziałem, a nie reagowałem; tłumaczyłam sobie, że jest pandemia, że się rozstała z chłopakiem, że koniec semestru itd.

Co robić, gdy zaczynamy podejrzewać, że u dziecka zaczyna się kryzys?
Pierwsza rzecz to nie zagłuszać swojej intuicji, tylko podążać za nią, a także zdobyć rozeznanie w tym, gdzie we własnym otoczeniu można zdobyć wsparcie, z kim porozmawiać, kto może pomóc zrozumieć, co dzieje się z dzieckiem. Ważne jest jeszcze jedno: trzeba zrozumieć, że siłą rodzicielskiej miłości nie jesteśmy w stanie sprawić, że dziecko nie doświadczy kryzysu, bo on jest związany z sytuacjami, które dzieją się w życiu dziecka i w naszym życiu bez względu na to, jak bardzo się staramy.

Gdybym miała depresję, tobym była smutna

Trudno pogodzić się z myślą: „moje dziecko może cierpieć”.
Są takie czynniki, nad którymi nie jesteśmy w stanie zapanować, jak wojna w Ukrainie czy wybuch pandemii. Jeśli pomyślimy, że to nie jest nasza odpowiedzialność, żeby nasze dziecko było zawsze szczęśliwe, natomiast naszą odpowiedzialnością jest pomóc mu, kiedy nie jest szczęśliwe, to mamy bazę, by mierzyć się z kryzysem. Pomocne jest też przyjęcie do wiadomości, że kryzys to moment w życiu, a nie prawda o naszym życiu już do jego końca. Wtedy również łatwiej sięgać po pomoc, nie ignorować sygnałów, nie brać ich do siebie, ale i otwierać się na to, że kryzys może również świadczyć o tym, że w naszej komunikacji z dzieckiem nie idzie tak dobrze, jak byśmy chcieli.

Jakie są sygnały wczesnego rozpoznania kryzysu?
Kryzys emocjonalny wśród dzieci i nastolatków często manifestuje się w sposób inny niż u dorosłych. Rodzice czasami mówią: „ja, jakbym miała depresję, to byłabym smutna, a nie zła”. Przebieg depresji u dzieci i młodzieży bywa podobny do przebiegu u mężczyzn, o którym też wciąż za mało mówimy. Nastolatek może być zły, wkurzony, emocjonalno-buntowniczy, łamiący zasady.

Inne przejawy kryzysu to zachowania ryzykowne i kontakt z substancjami psychoaktywnymi. Jeśli dziecko nie wraca na noc, ucieka z lekcji, rodzice czasem myślą: „rozpuszczony bachor, jak mógł nie zrozumieć mojego wychowania…”, albo złoszczą się na „złe towarzystwo” – przechodzą do roli rodzica wychowawcy i kontrolera, egzekutora, odwołują się do kar. A dziecko może takim zachowaniem manifestować kryzys, bo inaczej nie potrafi. Dorośli nie zadają też sobie pytania o to, czy sami, gdy są w kiepskim nastroju, nie sięgają przypadkiem po alkohol „na skołatane nerwy”? Nastolatek, który napije się „na skołatane nerwy”, nie może liczyć na zrozumienie, tylko automatycznie – na karę. I jeszcze słyszy: „zawiodłem się na tobie – tyle razy ci powtarzałem, że to niebezpieczne”.

Jednak 30 proc. nastolatków po prostu przechodzi fazę buntu, uznaje się to za rozwojowe.
Bunt rzeczywiście jest domeną 25–30 proc. dzieci, ale nie powiedziałabym, że jest on „rozwojowy”. Rozwojowa jest separacja – w zależności od tego, jaką rodzice mają więź z dzieckiem, co ono myśli o nich, o ich wartościach, czy widzi ich jako osoby bezpieczne, bunt może się pojawić, ale nie musi. No i nie godziłabym się na to, że 30 proc. zbuntowanych nastolatków mamy puścić samopas, żeby sobie chodzili po nocach albo pili alkohol, ani na to, żeby ich karać. Takie zachowanie to po prostu sygnał, że nie najlepiej zawiązaliśmy więź, że nie udało nam się transmitować wartości. Dzieci, które miały dobrze zawiązaną więź pierwotną z rodzicem, będą miały poczucie akceptacji, szacunku, przynależności, będą też potrafiły dawać przynależność, szacunek, akceptację rodzicowi. Jeśli będą się buntować, to na zasadzie: „ale ty beznadziejnej muzyki słuchasz”, choć jeszcze rok temu śpiewały z rodzicami te same piosenki. Jeśli bunt staje się bardziej spektakularny, od razu warto szukać wsparcia, żeby rodzicom łatwiej było przyjrzeć się relacji z nastolatkiem, a nastolatkowi zrozumieć, w jaki sposób przeżywać tę fazę separacji, by nie narażać się na konsekwencje prawne, zdrowotne i żeby mu rodzic nie suszył głowy.

Nie ma sensu obrażać się na system

Nie uciekniemy od rozmowy o systemie. Gdzie szukać wsparcia?
Myślę, że – zwłaszcza na wcześniejszych etapach – ono nie jest aż tak trudno dostępne, jak zwykło się powtarzać, a wręcz że narzekanie na system czasem służy za podstawę dla bierności, wspomnianego ignorowania problemów, które zaczynają się objawiać. Gdy cokolwiek zaczyna rodzica niepokoić, warto zacząć od rozmowy ze szkolnym specjalistą – psychologiem albo pedagogiem. Ja jestem takim pedagogiem, pracuję w warszawskim liceum „Lelewela”. Dzisiaj rozmawiałam z mamą uczennicy o tym, jak obie widzimy sytuację tej nastolatki, uwspólniłyśmy perspektywę, zaplanowałyśmy działania. Myślę, że gdybyśmy nie porozmawiały, dziewczyna za dwa lata byłaby na oddziale. Naprawdę warto z tej ścieżki korzystać – i gdy specjalista zaprasza, i z własnej inicjatywy – żeby nas wyprowadził z nadopiekuńczości albo żeby powiedział: „super, że pani zauważa te objawy – będziemy sprawdzać, co się dzieje”.

Ale bywa, że na specjalistę w szkole naprawdę nie można się doczekać. Albo nie znajdujemy u niego czy u niej zrozumienia.
Nadal nie ma sensu obrażać się na system, tylko trzeba szukać innego specjalisty, np. w rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej. Owszem, zdarza się, że poradnia zajmuje się tylko diagnozowaniem dysleksji, ale wtedy trzeba wykonać kolejny telefon – do jednego z ośrodków środowiskowej pomocy psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży, które zostały utworzone w ramach reformy psychiatrii dziecięcej.

Według moich informacji sprzed kilku miesięcy w takim ośrodku można liczyć na dość szybką konsultację, ale jeśli potrzebna jest terapia, trzeba się liczyć z kilkunastostronicową kolejką pacjentów.
Z tym jest różnie. Po pierwsze, w trakcie konsultacji może się okazać, że naszemu dziecku nie jest potrzebna terapia, tylko inny rodzaj szybciej dostępnego wsparcia. Po drugie, ośrodków dość szybko przybywa, jest ich już ponad 340 i działają w wielu nawet małych miejscowościach, nawet na Podkarpaciu, które do niedawna było pustynią, jeśli chodzi o ten rodzaj usług. W wielu miejscach problem leży w tym, że nikt nie wie o istnieniu tych placówek. Terminy w różnych ośrodkach rzeczywiście bywają odległe, ale warto szukać alternatyw. Trzeba po prostu dzwonić do skutku – nawet jeśli w jednym ośrodku miejsce jest za pół roku, w innym może być za miesiąc, a w kolejnym w tym samym tygodniu. Znam takie przypadki z własnej praktyki. Jeśli konieczna jest bardziej specjalistyczna pomoc, jest też drugi poziom: centra zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. I mamy ich w kraju 110.

Podobno to jest najwęższe gardło tego systemu.
Zgadza się. Ale znów: jeśli odpowiednio wcześnie będziemy rozpoznawać problemy dzieci i opiekować się nimi, to niewiele z nich do tego węższego gardła trafi. W tych na razie 110 centrach zdrowia psychicznego oprócz pomocy psychoterapeutycznej jest ambulatoryjna – psychiatryczna oraz oddziały dzienne dla jeszcze bardziej zaawansowanych problemów. Dopiero na szczycie mamy całodobowe oddziały, które nie są wolne od problemów, ale głęboko wierzę, że ich liczba jest bliska adekwatnej do populacyjnego rozpowszechnienia poważnych psychiatrycznych zaburzeń i chorób, a nie problemów powstałych przez to, że dzieci i nastolatki nie dostały wsparcia w codziennych trudnościach, od rodziców i szkoły, potem nie weszły do opieki środowiskowej i ich pierwszy kontakt z jakąkolwiek pomocą jest dopiero po próbie samobójczej, na całodobowym oddziale psychiatrycznym. Tak się nie powinno dziać. Ale żeby tę sytuację wyeliminować, mamy do odrobienia lekcję wykraczającą poza narzekanie na stan psychiatrii – to szersze zadanie społeczne.

***

Lucyna Kicińska – pracuje w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, jest koordynatorką strefy pomocy serwisu Zwjr.pl i pedagogiem w XLI LO w Warszawie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Mieszkania: ani kupić, ani wynająć. Prawdziwy dramat, fałszywe recepty władzy

Załamanie na rynku nieruchomości to społeczny dramat. Idealny temat na kampanię wyborczą. Po klęsce Mieszkania Plus rząd obiecuje tańsze kredyty, zapowiada walkę z patodeweloperami i zagranicznymi funduszami, które wykupują całe bloki. I diagnozy są tu fałszywe, i recepty.

Cezary Kowanda
04.02.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną