Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Czy Polacy naprawdę nie chcą mieć dzieci? Prof. Kotowska: Bzdura!

Czy Polacy naprawdę nie chcą mieć dzieci? Czy Polacy naprawdę nie chcą mieć dzieci? Tomasz Waszczuk / Agencja Wyborcza.pl
Uwarunkowania obiektywne, związane zwłaszcza z tym, co się dzieje poza Polską, ale i polityka rodzinna – wszystko razem sprawia, że nawet pary myślące o dzieciach odraczają tę decyzję. Rozmowa z prof. Ireną Kotowską, honorową przewodniczącą Komitetu Nauk Demograficznych PAN.

AGATA SZCZERBIAK: Jak panią znam, to po przeczytaniu nowych danych GUS o dzietności, zakończonych wnioskiem o „najniższej liczbie urodzeń zanotowanej w całym okresie powojennym”, mogła się pani trochę zdenerwować.
PROF. IRENA KOTOWSKA: Oczywiście, że się zdenerwowałam. 305 tys. dzieci, które przyszły na świat w 2022 r., to oczywiście jest najniższy wynik od 1945 r., ale porównywanie wyżu urodzeń lat powojennych z zapowiadanym i dokonującym się dołkiem, bez dodatkowego komentarza – jaki to ma sens? Przy tamtym wyżu wszystko zblednie. Jesteśmy obecnie na innym etapie rozwoju demograficznego – charakteryzuje go niż urodzeń w coraz większym stopniu określany przez zmianę struktury wieku naszego społeczeństwa. Nie trzeba jednak w związku z tym dramatyzować, tylko próbować zrozumieć, z czego to wynika i co można zrobić, by ten spadek był słabszy. A wynika z tego, o czym już wielokrotnie mówiliśmy: zmniejsza się liczba kobiet w wieku 15-49 lat i to decyduje o tendencji spadkowej liczby urodzeń. Dalszy spadek dzietności pogłębi tendencję spadkową urodzeń. Na gwałtowną zmianę sytuacji się nie zapowiada.

Jesteśmy w szczególnym momencie nałożenia się na siebie kilku kryzysów: inflacyjnego, mieszkaniowego, usług zdrowotnych, w jakimś sensie także szkolnego. I do tego jeszcze wojna w Ukrainie. Łatwo dopiąć do tej listy kolejny kryzys.
Może mieć pani rację. Kryzys urodzeń – takie określenia wciąż słyszę, ale trzeba zrozumieć, że falowanie liczb urodzeń, czyli występowanie kolejnych wyżów i niżów urodzeń, ma wpływ nie tylko na zmiany ogólnej liczby ludności, ale także liczby osób w różnych grupach wieku. W latach 70., kiedy w wiek największej aktywności prokreacyjnej weszły dzieci powojennego wyżu urodzeń, doszło do znacznego wzrostu liczby urodzeń, ze szczytem ponad 723 tys. w 1983 r. Kolejnego wzrostu liczby urodzeń oczekiwaliśmy w połowie lat 90. i w pierwszej dekadzie obecnego stulecia. Jednak gwałtowny spadek dzietności i utrzymywanie się jej na niskim poziomie od 1998 r. sprawiły, że tendencja spadkowa urodzeń utrzymuje się z okresowymi zakłóceniami w latach 2004–09 oraz 2016–17. Jeżeli się nie rozumie tych powiązań, to można łatwiej manipulować interpretacją danych. I co roku rozdzierać szaty nad coraz mniejszą liczbą urodzeń.

Musimy zrozumieć, że zmiana demograficzna ma pewne reguły, które determinują kierunek przyszłych liczb urodzeń. Tendencja spadkowa jest przesądzona, a jej nasilenie zależy od tego, jak często kobiety będą się chciały decydować na dzieci czy jaka będzie dzietność. Uważam, że uwarunkowania obiektywne, związane przede wszystkim z tym, co się dzieje poza Polską, ale także uwarunkowania wewnętrzne, czyli to, jakie są warunki życia rodzin w Polsce, jak prowadzimy politykę rodzinną, sprawia, że nawet te pary, które myślą o dzieciach, odraczają decyzje o ciąży.

Można być już dziś pewnym, że za rok zejdziemy poniżej 300 tys. urodzeń?
Tak, i pewnie wrócimy do tych samych dyskusji. Generalnie jestem pesymistką, jeśli chodzi o to, czy w najbliższych latach możemy osłabić spadek liczby urodzeń. Dane ze spisu powszechnego pokazują, że między 2011 a 2021 r. liczba kobiet w wieku rozrodczym spadła o ok. 700 tys., ale liczba kobiet młodszych, między 15. a 29. rokiem, spadła aż o 1,3 mln. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę Polki przebywające na czasowej emigracji, która może trwać kilka lat, to kobiet w wieku prokreacyjnym jest jeszcze 365 tys. mniej.

Co więcej, w grupie kobiet w wieku reprodukcyjnym rośnie udział kobiet powyżej 30 lat – według NSP 2021 stanowiły 66 proc. ogółu kobiet w wieku rozrodczym. Coraz mniej jest kobiet w wieku 25–34 lata, których płodność jest najwyższa. To, co możemy zrobić, to zachęcać kobiety do posiadania dzieci, czyli próbować wpływać na to, by częściej niż dotąd decydowały się na dziecko. Szczególnie ważne jest, by kobiety w wieku 25–39 lat, stanowiące blisko połowę grupy kobiet w wieku rozrodczym, mogły zrealizować swoje zamierzenia prokreacyjne.

Nowy CBOS o planach prokreacyjnych Polek był dość wstrząsający we wnioskach: 68 proc. Polek nie planuje dzieci.
Przeczytałam ten raport i nieco inaczej sformułowałabym ostateczne wnioski. Mocno eksponowany jest wynik: 68 proc. kobiet nie planuje w ogóle zachodzić w ciążę. A ja zwracam uwagę na to, że do grupy nieplanujących dziecka zaliczono zarówno odpowiedzi „nie wiem”, czyli brak zdecydowania, co jest dla demografów niezwykle ważną informacją, jak i deklaracje: „na pewno nie”.

Warto też zwrócić uwagę, że wśród kobiet między 25. a 29. rokiem życia 55 proc. planuje potomstwo, czyli znacznie mniej niż w 2017 r. Jednocześnie występuje odraczanie decyzji, co jest obecnie racjonalną reakcją: spadł odsetek kobiet w tym wieku planujących potomstwo w najbliższych trzech–czterech latach i wzrósł odsetek tych, które planują dziecko w dalszej perspektywie. Podobna, ale silniejsza zmiana występuje wśród kobiet w wieku 30–34 lata – odsetek kobiet planujących potomstwo zwiększył się w porównaniu do badania z 2017 r. To jest bardzo ciekawa grupa i bardzo ciekawa zmiana. Wzrósł także nieco odsetek kobiet w wieku 35–39 lat deklarujących swoje plany prokreacyjne (z 14 do 18 proc.). Wniosek z tych badań powinien być oczywisty – wspierajmy te pary, które planują dzieci. Zastanówmy się, czego im potrzeba.

W ogóle to zmiana deklaracji prokreacyjnych według wieku jest bardzo charakterystyczna – młodsze kobiety w grupie 25–39 lat myślą o dłuższej perspektywie, starsze – o najbliższych trzech–czterech latach. Jednak barierą realizacji deklarowanych zamierzeń i formułowania nowych planów prokreacyjnych jest poczucie zagrożenia odczuwane przez kobiety. Chodzi nie tylko o pandemię i jej skutki, ale także o wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r. w sprawie aborcji czy głośne przypadki śmierci ciężarnych. Rząd nie podejmuje tematu dofinansowania in vitro, a coraz więcej osób ma problem z płodnością. I to nie tylko dlatego, że przesuwa się wiek, w którym kobiety rodzą dzieci. Coraz więcej mężczyzn też cierpi z powodu niepłodności. Dlatego wracam z uporem maniaka do tej całej infrastruktury reprodukcyjnej.

Zauważyłam też jeden fakt, którym można by się trochę pocieszyć. W ostatnich dwóch latach mieliśmy o 20 proc. mniej ciąż u nastolatek. „Oczywiście, zdawać sobie należy sprawę, iż jest to nie tylko wynik świadomych decyzji, ale i ograniczenia kontaktów z rówieśnikami z uwagi na przejście na tryb nauczania online i okresowe zakazy przebywania poza domem. Swoje zrobiło zapewne również odejście od gimnazjów” – pisze w komentarzu do tych danych prof. Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego.
W ogóle spada u nas płodność nastolatek. Ja się też z tego cieszę. Mnie się wydaje, że poziom wiedzy na temat seksualności i zdrowia jest u młodzieży coraz wyższy, notabene wiedzy pozyskiwanej poza systemem edukacji. Zapełnić tę lukę próbowała modelka Anja Rubik i różne organizacje pozarządowe. Ja nawet kupiłam jej książkę, bo chciałam się dowiedzieć, jak rozmawiać z moim 15-letnim wnuczkiem. Ale dowiedziałam się z tej książki, że ja również mam luki w edukacji (śmiech).

Wnuk zaskoczył mnie swoją orientacją w przepisach prawnych dotyczących kontaktów seksualnych. Nastolatki o tym rozmawiają. Ich świadomość jest większa niż ich rodziców w tym samym wieku. Jednak brakuje mi w tym uświadamiania, jakie znaczenie ich dzisiejsze zachowania seksualne mają dla przyszłego życia. Przecież niektóre infekcje i choroby, jako konsekwencja przelotnych kontaktów seksualnych, mogą mieć wpływ na płodność w przyszłości. Jakbym miała szukać pozytywów obecnej narracji wokół prokreacji, to upatruję jej właśnie w większej świadomości kobiet i ich partnerów dotyczącej zdrowia prokreacyjnego. Brak pomocy systemowej jest z jednej strony zagrożeniem, ale z drugiej strony sprawia, że wybierany jest tryb „sam muszę sobie z tym poradzić”. To może być dobre.

***

Prof. Irena Kotowska – emerytowana profesor zwyczajna w Instytucie Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, honorowa przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN, członkini Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji im. Stefana Batorego oraz Komisji Ekspertów ds. Osób Starszych przy RPO.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Musicale na fali. Taki mało rozśpiewany z nas naród, a nie ma spektaklu bez piosenki

Nie należymy do narodów rozśpiewanych, ale w teatrze trudno dziś znaleźć spektakl bez choćby jednej piosenki. Przybywa też dobrych rodzimych musicali.

Aneta Kyzioł
18.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną