Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Sprawa Iwony Wieczorek wraca na Netflixie. I nadal budzi wielkie zainteresowanie

Matka zaginionej Iwony Wieczorek Matka zaginionej Iwony Wieczorek Dominik Werner / Agencja Wyborcza.pl
„Sprawa Iwony Wieczorek” szybko stała się hitem Netflixa. Nie kusi widza fałszywą obietnicą, iż znajdzie odpowiedzi na kluczowe pytania. Po serial na pewno obowiązkowo powinna sięgnąć policja.

Młoda, ładna dziewczyna, zdeterminowana matka, tajemnica. Im dłużej nie wiemy, co się stało, tym bardziej jesteśmy ciekawi. No i do tego media, które chcą znaleźć coś nowego – tak fenomen rozgłosu tej historii, która mimo upływu lat wciąż przyciąga uwagę, tłumaczy Janusz Kaczmarek, były minister spraw wewnętrznych, dziś adwokat. On w pierwszej chwili myślał, że za zaginięciem 19-letniej Iwony Wieczorek kryje się porwanie dla seksbiznesu. Może to z racji zainteresowań, jego doktorat dotyczył porwań dla okupu. Dziś już raczej nikt (włącznie z matką) nie liczy, że Iwona się odnajdzie. Jest przekonanie, że nie żyje. Ale nie ma ciała. Są znajomi, z którymi bawiła się w nocy z 16 na 17 lipca 2010 r. w sopockim Dream Clubie. Ale nie wiadomo, co się tam stało, że postanowiła wracać do domu sama, pieszo, nadmorską trasą. Na końcowym etapie drogi przepadła jak kamień w wodę.

Od zaginięcia minęło 13 lat, a zainteresowanie sprawą nie słabnie. Spekulują media, spekuluje internet, co pewien czas ktoś zapowiada przełom. Ukazują się książki, kolejne są „w produkcji”, a teraz doszedł jeszcze miniserial dokumentalny (trzy odcinki) w konwencji true crime zrealizowany przez Piotra Bernasia dla serwisu Viaplay. Szybko stał się jednym z hitów Netflixa.

Tego typu dokumenty powstają najczęściej, gdy uda się już rozwiązać zagadkę zbrodni. Czasem po wielu latach od jej popełnienia. Dzięki rozwojowi technik kryminalistycznych, nowym informacjom albo świeżemu spojrzeniu na zgromadzony materiał dowodowy. Tu nadal nie wiadomo, co się właściwie stało. A tytuł „Sprawa Iwony Wieczorek” nie kusi widza fałszywą obietnicą, iż znajdzie odpowiedzi na kluczowe pytania. To solidnie opowiedziana historia, którą zainteresowani zdążyli już lepiej lub gorzej poznać. Wciągająca dla zwykłych oglądaczy. Uczestnicy internetowych grup dyskusyjnych mogą być rozczarowani, bo nie znajdą nowych faktów – pożywki dla dalszych spekulacji.

Młoda poszła w długą

Po serial obowiązkowo powinna sięgnąć policja podczas szkoleń swoich funkcjonariuszy. Jednym z istotnych wątków są tu błędy popełnione przez stróżów prawa zarówno w pierwszych dniach od momentu zaginięcia Iwony, jak i później, na dalszych etapach śledztwa. – Zabrakło intensywnych działań na początku tego postępowania – mówi Janusz Kaczmarek. – Wtedy są największe szanse na zgromadzenie materiału, który stwarza perspektywę do wykrycia sprawców. One zostały zaprzepaszczone, jak się zdaje, bezpowrotnie. Najprawdopodobniej zaciążyło przyjęcie i uznanie za jedyną obowiązującą wersji: młoda dziewczyna poszła w długą. Wersji, nawiasem mówiąc, najwygodniejszej dla policji.

Policja niechętnie przyjęła zgłoszenie zaginięcia i przez pierwsze dni nie wykazywała aktywności. Być może w ogóle nie byłoby sprawy Iwony Wieczorek, bo jakoś by się rozmyła, zaległa w policyjnych szufladach, gdyby nie zdecydowane działanie jej matki Iwony Główczyńskiej, gdyby nie media, do których zwróciła się o pomoc. Presja matki i mediów, następnie włączenie do akcji dyżurnego detektywa RP Krzysztofa Rutkowskiego – wszystko to razem wzięte wymusiło elementarne działania ze strony policji.

W 2011 r., wobec braku postępów w śledztwie i ogromnego zainteresowania opinii publicznej, Komenda Główna Policji wysłała do Trójmiasta Marka Siewerta, analityka, nadkomisarza wydziału zabójstw, żeby świeżym okiem spojrzał na materiał, pomógł wiedzą i doświadczeniem. Jego ustalenia zaskakują, a z powołanej wcześniej w Gdańsku grupy zadaniowej przy sprawie pozostał tylko jeden policjant, bardzo zagubiony i mający jeszcze inne obowiązki. Przesłuchania kluczowych świadków w niektórych ważnych momentach prowadzili funkcjonariusze, którzy... nie znali sprawy. On sam przez miejscowych policjantów nie został przyjęty z otwartymi rękami, tylko potraktowany jak intruz, persona non grata. Czyli po bagatelizowaniu sprawy, po błędach w komunikacji z matką zaginionej przyszedł czas na urażone ambicje policjantów z Sopotu i Gdańska. Jakby nie chodziło o los człowieka, tylko drobną kradzież z garażu czy piwnicy.

Stąd myśl, że policjanci powinni zobaczyć ten film. Bo może łatwiej wyciągnąć naukę z ekranowej opowieści niż z kart najlepszych nawet podręczników.

Kalejdoskop hipotez

Czas mijał i młodzi dorośli związani ze sprawą Iwony, których milczenie przy innym podejściu śledczych być może dałoby się przełamać, stali się osobami w pełni dojrzałymi, okrzepłymi i tym bardziej nieskorymi, by coś ujawnić. Nie dali się też namówić do zabrania głosu reżyserowi filmu. Połączył on w swoim obrazie relacje różnych osób, mniej lub bardziej zaangażowanych w sprawę (matka, dyrektor szkoły, do której chodziła Iwona, policjanci z KGP, detektyw Rutkowski, dziennikarze, eksperci) z materiałem dokumentalnym (nagrania z kamer, archiwum rodzinne) oraz rekonstrukcjami fabularnymi. Ten chwyt, typowy dla gatunku, niczego specjalnie nie wnosi, jest ozdobnikiem, niekiedy irytującym. Za to pięknie grają dzienne i nocne ujęcia rozrywkowego Sopotu i niepokojący obraz Parku Reagana nocą.

Ciekawym pomysłem było wprowadzenie w roli opowiadaczek trzech młodych kobiet – dziennikarek Natalii Grzybowskiej i Marty Bilskiej oraz licencjonowanej detektyw Anny Trojanowskiej. To osoby, które w 2010 r. były zbliżone wiekiem do zaginionej Iwony. I ich zainteresowanie sprawą miało osobistą nutę. Też łaziły nocami po klubach ze znajomymi. Wraz ze sprawą Iwony do każdej z nich w jakiś sposób dotarło, że to mogło spotkać ją. Nawiasem mówiąc, może to w jakiejś mierze tłumaczyć fenomen utrzymującego się wciąż zainteresowania tą historią.

Szkoda, że pokoleniowy filtr rychło znika i panie ograniczają się do prostej relacji, pozbawionej głębszej analizy. Że reżyser nie pociągnął dalej za ten sznurek. Ale trudno się dziwić – tak krawiec kraje, jak materii staje. A on szył patchwork z faktów, hipotez, domysłów. Przez lata zebrało się tego multum. Część zupełnie „od czapy”. Do tego każda z osób zainteresowanych sprawą ma swoje typy. Matka klucza do wyjaśnienia tajemnicy upatruje w gronie znajomych, z którymi Iwona wyszła do klubu, w ich milczeniu na temat tego, o co wtedy poszło. Z kolei analityk Marek Siewert koncentruje się na Patryku G., byłym chłopaku Iwony, którego matka dziewczyny broni jak lwica. Dziennikarz Marek Sterlingow podejrzewa Pawła P., należącego do paczki, z którą Iwona imprezowała feralnej nocy. Zastanawia się nad miejscem ukrycia ciała.

Ludzie z krakowskiego Archiwum X, które w 2019 r. przejęło sprawę i w latach 2021–22 przeprowadziło kilka pokazowych akcji, nadal nie puszczają pary z ust. W dokumencie Bernasia też są nieobecni. Wiele wskazuje na trafność hipotezy, że swymi posunięciami próbują kogoś wytrącić z równowagi, sprowokować do działania. I jeśli to się nie uda, to przełomu nie będzie.

Matka Iwony i głodni rozgłosu

W serialu najważniejszą postacią jest Iwona Główczyńska, matka Iwony Wieczorek. To ona stała się swego rodzaju zwornikiem różnych wątków. Kreśli charakterystykę córki („Dla każdej matki dziecko jest najpiękniejsze”), opisuje swoje relacje z policją, poszczególne etapy poszukiwań. To ona otwiera każdy z odcinków. Nie jest już tą kobietą, która na zdjęciach z córką wyglądała na starszą siostrę. Trudne przeżycia i czas zrobiły swoje. Ale to ona, jej emocje, nadzieje, pragnienia, jej wyciszona opowieść nadają całej tej historii ludzki wymiar, wynoszą ją na inny poziom niż tylko ciekawostka kryminalna. Szacunek budzi otwartość kobiety, np. dzielenie się snami o córce, nieczęstymi snami, w których ona żyje. Na ich wspomnienie twarz matki się rozjaśnia.

Tak bardzo dbała, by zainteresowanie zaginięciem, które zdołała rozbudzić, nie wygasło wraz z upływem czasu. Pozwoliła wypowiadać się na temat córki dyrekcji szkoły, udostępniła publicznie własny telefon. Pewnie nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji – że będą do niej dzwonili ludzie z różnymi wizjami, że pojawią się rozniecający złudne nadzieje oszuści, chcący wyłudzić pieniądze. Że będzie musiała się zmierzyć nie tylko z tym, ale także z interpretacjami stawiającymi w negatywnym świetle jej córkę albo i ją samą, z całym tym internetowym hejtem i szambem.

Nie wyobrażała też sobie, że zaginięcie Iwony stanie się żerem dla osób głodnych rozgłosu. Detektyw Rutkowski miał być antidotum na policyjną inercję, ale znalazł w sprawie Iwony scenę teatralną dla siebie i swojej zamaskowanej ekipy. W ujęciach wykorzystanych przez reżysera filmu przypomina napuszonego tokującego bażanta.

Nie to co wyblakły, poszarzały dziennikarz śledczy Janusz Szostak (zmarły w grudniu 2021 r.), autor dwóch książek poświęconych Iwonie („Co się stało z Iwoną Wieczorek?” z 2018 r. i „Kto zabił Iwonę Wieczorek?” z 2021). Ale dokument pokazuje scenę publicznej kłótni obu mężczyzn. Bo obaj poczuli medialnego bluesa. Szostak zdecydował się nawet na współpracę z medium i rzekomo w ten sposób nawiązał kontakt z Iwoną.

Matka uświadomiła sobie, że ona i sprawa Iwony jest traktowana instrumentalnie. „Tak się czasami czuję, że zostałam potraktowana jak mięso armatnie” – mówi w dokumencie Bernasia.

Nawet jeśli powszechnie wiadomo, że taki jest ten nasz współczesny świat, to ten wątek, w którym ludzie, nie przebierając w środkach, walczą o rozgłos i uwagę innych, jest jedną z mocnych stron „Sprawy Iwony Wieczorek”.

Jej wyjaśnienie, o ile kiedyś do tego dojdzie, dla szerokiej opinii publicznej będzie oznaczało zaspokojenie ciekawości. Może szansę na sprawiedliwość po latach, kto wie. Dla matki będzie zamknięciem rozdziału, który, otwarty, nie daje spokoju. „Kiedy przyjdzie ten dzień, że się dowiem, co się z nią stało, chyba będę najszczęśliwszą osobą na świecie” – mówi w finale serialu.

I chyba o tym głównie jest ta opowieść. O ciążeniu sprawy nierozwiązanej, która jednych ekscytuje, dla innych jest drogą do publicity, a dla najbliższych źródłem bólu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Mieli rusyfikować, a się spolonizowali. Rosyjscy kolonizatorzy na Mazowszu

W XIX w. car sprowadził na Mazowsze rosyjskich kolonistów. Mieli krzewić rodzimą kulturę i zruszczać okoliczną ludność. Zamiast tego Rosjanie sami się spolonizowali.

Violetta Wiernicka
21.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną