Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

Chudy nabór do liceów. Kręgielnia, solarium i siłownia mają przyciągnąć uczniów do szkół

Rekrutacja w Częstochowie Rekrutacja w Częstochowie Maciej Kuroń / Agencja Wyborcza.pl
O miejsce w liceach, technikach i szkołach branżowych ubiega się zaledwie połowa rocznika. Druga połowa zaczęła naukę rok wcześniej i już jest w szkole ponadpodstawowej. Tak chudego naboru jak obecny dawno nie było.

Rekrutacja w roku 2024 to przedsmak tego, co czeka szkoły średnie, gdy nadejdzie niż demograficzny, już przecież obecny w podstawówkach. Teraz o miejsce w liceach, technikach i szkołach branżowych ubiega się zaledwie połowa rocznika. Druga połowa zaczęła naukę rok wcześniej i już jest w szkole ponadpodstawowej. W 2023 r. mieliśmy rekrutację tłustą, nieomal podwójną.

Tak chudego naboru jak obecny dawno nie było. W moim liceum zamiast pięciu klas pierwszych otworzymy zaledwie trzy. W innych placówkach cięcia nakazane przez władze miasta są podobne. Niestety w kolejnych latach może nie być wcale lepiej. Koleżanki i koledzy, którzy pracują również w podstawówkach, opowiadają o klasach połówkowych, np. 18-osobowych. W każdym kolejnym roczniku dzieci jest mniej, dlatego zespoły przestały być liczne.

W liceach tak dobrze jednak nie będzie. Wobec szkół ponadpodstawowych polityka władz oświatowych jest bowiem inna: klasy będą tak samo przeładowane (obecnie 32–35 osób to norma), ale będzie ich mniej. Wprawdzie niż byłby świetną okazją do zmniejszenia liczebności klas we wszystkich typach szkół, a nie tylko w podstawówkach, jednak takich planów nie ma żadna z partii rządzącej koalicji. Wszystkie nastawiają się na odchudzenie podstaw programowych i inne zmiany w filozofii nauczania, natomiast to, co mogłoby naprawdę zrewolucjonizować szkolnictwo, choćby mniejsza liczba uczniów w klasach, polityków nie obchodzi.

Szkoły potrzebują stabilnej rekrutacji

W ostatnich latach mieliśmy szaloną rekrutację do szkół ponadpodstawowych. W jednym roku siedem klas pierwszych, w innym cztery, rok temu pięć, w tym trzy. Przyczyną tak niestabilnego naboru raz była likwidacja gimnazjów i wynikający z tego podwójny rocznik (jednocześnie po gimnazjum i po szkole podstawowej), potem kumulacja dwóch roczników w jednej rekrutacji (spotkały się dzieci, które zaczęły naukę w wieku siedmiu lat oraz sześciu), wreszcie doczekaliśmy się połowy rocznika w 2024.

Niestabilna rekrutacja przekłada się na niestabilność zatrudnienia. W jednym roku dyrekcja nerwowo poszukuje nowych nauczycieli, gdyż stara kadra nie wystarcza do objęcia wszystkich klas. W kolejnym zaś nie przedłuża umów, gdyż klas jest dużo mniej. Wreszcie w następnym roku nowych klas znowu jest dwa razy tyle, więc dyrekcja wzywa do powrotu nauczycieli, z którymi już się rozstała. Praca w szkole wygląda jak umawianie się z szaleńcem: raz jest o wiele za dużo, raz za mało roboty. Trudno wiązać się z pracą, w której panuje taka niepewność. W jednym roku ledwo wystarcza godzin na etat, a w kolejnym dyrekcja wciska ci dwa etaty do obrobienia.

Rok temu, gdy rekrutacja była podwójna, do szkół ponadpodstawowych trzeba było ściągnąć wielu nowych pracowników. Dyrektorzy nie mogli kusić ich wyższymi zarobkami niż gdzie indziej, gdyż te w oświacie są wszędzie jednakowe. Kartą przetargową było zawarcie umowy o pracę na czas nieokreślony. To gwarantowało pewność zatrudnienia w kolejnych latach, stawiało pracownika w lepszej sytuacji w oczach banku w razie ubiegania się o kredyt. Nauczyciele dawali się przekonać, w wielu szkołach ponadpodstawowych pojawili się nowi pracownicy. Teraz, gdy przyjmujemy znacznie mniej klas, nieraz wręcz połowę, godzin dla nauczycieli może zabraknąć.

Sytuacja w szkołach średnich jest tak niestabilna, że niektórzy nauczyciele nie wytrzymują tego psychicznie i – aby znowu nie kłócić się o godziny – podejmują decyzję o skorzystaniu z prawa do rocznego urlopu na poratowanie zdrowia. Godziny, które mieli dostać, zostaną podzielone na pozostałych pracowników i sytuacja zostanie na jakiś czas uratowana. Takie chude lata już się zdarzały. Najgorzej było jakieś 20 lat temu, gdy w związku z powstaniem gimnazjów w liceach i technikach raz nie było żadnego naboru. Wtedy dyrektorzy bez ceregieli mówili, że jedyną szansą na przetrwanie jest zajście w ciążę i korzystanie ze zwolnień lekarskich, urlopu macierzyńskiego oraz wychowawczego. I tak nauczycielki robiły. Wtedy jednak kadra była znacznie młodsza. Dzisiaj, gdy średnia wieku nauczycieli znacznie przekracza 50 lat, jedynym wyjściem jest urlop na poratowanie zdrowia. W moim liceum nieomal co czwarty nauczyciel zapowiedział, że tak zrobi, gdy jednak przyszło do konkretów, okazało się, że nie każdy ma prawo do tego przywileju.

Jak komuś zostało do emerytury kilka lat, ma też już prawo do wcześniejszej, wtedy nie może skorzystać z urlopu na poratowanie zdrowia (nabył już lub niebawem nabędzie prawa emerytalne, więc roczne urlopowanie się i leczenie, aby móc pracować przez kolejne lata w oświacie, nie przysługuje). Niektórzy muszą więc w szkole zostać. Oczywiście rok można by przetrwać na gołym lub nawet niepełnym etacie, jednak w kolejnych latach rekrutacja do szkół ponadpodstawowych może być równie chuda, a może nawet z każdym rokiem coraz gorsza, dlatego ucieczki przed rozstaniem się ze szkołą raczej nie ma. Starsi przejdą na emeryturę, a młodsi będą musieli się przekwalifikować. Zostanie tylu nauczycieli, ile klas pierwszych przyjmujemy: zapowiada się, że połowa.

Szkoły robią wszystko, aby zapewnić stabilność zatrudnienia

Chociaż polityka oświatowa państwa niszczy poczucie stabilności zatrudnienia w szkole, dyrektorzy robią wszystko, aby przekonać pracowników, że u nas jest inaczej. Gdy nadchodzi podwójna rekrutacja, bronią się przed otwieraniem zbyt wielu pierwszych klas (nie trzeba wtedy zatrudniać nowych ludzi). A gdy zbliża się chudy nabór, jak w tym roku, odpowiednio wcześniej zabiegają, aby – skoro klas musi być mniej – niech będzie więcej podziałów na grupy.

Grupy mogą być przecież nie tylko na lekcjach języków obcych, na chemii czy informatyce, ale na każdym przedmiocie, który jest rozszerzany, a zatem także na języku polskim. Wtedy mimo znacznie mniejszej liczby klas, ogólna liczba godzin dla nauczycieli może być podobna. Oczywiście to są tylko sztuczki, które się stosuje, aby liczba etatów w szkole nie powiększała się nadmiernie w jednym roku, a w drugim gwałtownie nie zmniejszała. Znacznie lepszym rozwiązaniem, szczególnie dla uczniów, byłoby zlikwidowanie przeludnienia w klasach, ale na to władze oświatowe pozostają głuche.

Jeszcze innym sposobem jest budowanie w placówce atmosfery sprzyjającej indywidualnemu nauczaniu. Zawsze część uczniów z powodów zdrowotnych, najczęściej rozchwianej psychiki, nie może pobierać nauki w zespole klasowym. Rodzice ubiegają się więc u władz oświatowych o przywilej nauki indywidulanej dla dziecka. Dla dyrekcji są to kolejne godziny, jakie można przydzielić nauczycielom, którym zabrakło do etatu. Tajemnicą poliszynela jest, że w jednym roku mamy boom na nauczanie indywidulane, a w innym chętnych jest znacznie mniej. Są też szkoły, gdzie takich uczniów prawie nie ma, oraz takie, gdzie jest ich zaskakująco dużo. Do nauczania indywidualnego, podobnie jak kiedyś do zachodzenia w ciążę przez nauczycielki i obecnie do korzystania z urlopów na poratowanie zdrowia czy przechodzenia na emeryturę, można przecież ludzi zachęcać lub zniechęcać.

Kręgielnia w szkole i inne sposoby na przyciąganie uczniów

Dzielenie klasy na grupy czy zachęcanie uczniów do przechodzenia na indywidualne nauczanie nic nie dadzą, jeśli szkoła będzie miała za mało chętnych. Zamiast skupić się na poprawianiu jakości nauczania, szkoły wymyślają różne atrakcje, aby tylko złowić kandydatów. Jedno z łódzkich liceów otwarcie informuje, że jest jedyną w województwie placówką, w której uczniowie mają do dyspozycji kręgielnię. W tym roku na pewno szkoła ta jest wyjątkowa, jednak należy się spodziewać, że w kolejnych latach niżu demograficznego kręgielnie powstaną w każdym liceum czy technikum. Tak było dawniej z siłowniami, przy pomocy których próbowano przekonać absolwentów podstawówek do wybrania danej szkoły średniej. Teraz siłownie są wszędzie. W moim liceum planowano nawet stworzyć solarium, sprowadzono już niezbędny sprzęt. Na szczęście nie trzeba było wdrażać tego absurdalnego pomysłu, gdyż i bez tego mieliśmy tłum chętnych. Gdyby jednak trzeba było kusić nastolatków wyborem naszego liceum, pomysł z solarium mieliśmy pod ręką.

Brak kandydatów to dla władz miasta doskonały pretekst, aby postawić szkołę w stan likwidacji. Dyrektorzy i nauczyciele dobrze o tym wiedzą, dlatego są gotowi chwytać się najbardziej absurdalnych pomysłów, by przetrwać najchudsze lata. W tej karuzeli pomysłów trafiają się czasem sensowne. To właśnie w najmniej popularnych szkołach średnich najpierw powstały indywidualne szafki, którymi zastąpiono boksy i szatnie, a dopiero potem pomysł ten podchwyciły najpopularniejsze placówki. Jeżeli więc jakaś szkoła ogłasza, że zbudowała dla uczniów siłownię, kręgielnię czy inne cudo, można być pewnym, że pozostałe placówki podchwycą pomysł i stworzą coś podobnego u siebie.

Sal lekcyjnych będzie w szkołach ubywać, za to wszędzie będziemy mieli pomieszczenia z atrakcjami. Kiedyś szczytem atrakcji był radiowęzeł prowadzony przez uczniów, sklepik albo kawiarenka, natomiast teraz może być każde wariactwo. Im mniejsza liczba chętnych do danej placówki, tym większa wyobraźnia dyrekcji i pracowników, co jeszcze można uczniom zaoferować. Bardzo chciałbym, aby w moim liceum można było pograć w kręgle oraz w bilard. Nie musiałbym wtedy wydawać fortuny w lokalach, które oferują tę rozrywkę.

Nauka w szkole średniej mogłaby jeszcze bardziej ociekać atrakcjami, gdyby nie konieczność realizowania podstaw programowych. Z tego powodu trzeba uczyć, a nie tylko wybierać zabawę. Na szczęście podstawy mają być chudsze, więc czasu na kręgielnię czy inne rozrywki będzie więcej. Edukacja oparta na zabawie, dawniej ograniczana do szkół podstawowych, szczególnie klas młodszych, wkracza pełną gębą do liceów i techników. Uczniowie są świadomi, że mogą stawiać wymagania, gdyż stali się dla szkół cenni niczym złoto.

Spodziewam się, że przepołowiony rocznik będzie pod tym względem jeszcze bardziej wymagający i tak łatwo nie odpuści. Politycy powinni spełniać obietnice wyborcze, nauczyciele także, a nawet jeszcze bardziej. Jeżeli obiecują uczniom nie tylko naukę, ale przede wszystkim dobrą zabawę w swojej szkole, muszą być świadomi, że to nie mogą być słowa rzucane na wiatr. Młodzież ze wszystkich obietnic nauczycieli rozliczy. Z kręgielni też. Na miejscu dyrekcji tej szkoły planowałbym nie tylko lekcje wychowania fizycznego w kręgielni, ale także polski czy matematykę. Jako polonista chętnie bym taką lekcję poprowadził. Już pracuję nad scenariuszem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Nawrocka i Brzezińska-Hołownia, mundurowe emerytki przed 40. Jak to możliwe? Ten system to tabu

Pierwsza dama Marta Nawrocka i niedoszła pierwsza dama Urszula Brzezińska-Hołownia, obie przed czterdziestką, zostały mundurowymi emerytkami. Armia młodych pobierających do końca życia emerytury mundurowe rośnie szybciej niż tych, którzy mają nas bronić. Każdego roku państwo wydaje na nie ponad 30 mld zł. Ten system to tabu.

Joanna Solska
24.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną