Halo! Może w gorącej dyskusji o smartfonach w szkole wcale nie chodzi o smartfony?
Na początku marca CBOS zapytał Polaków, czy są za zakazem używania telefonów w szkołach. 73 proc. stwierdziło, że tak. 21 proc. było przeciw. W kwietniu już ponad 60 proc. polskich szkół ma w tym temacie własne regulacje i korzysta z ustalonych w ramach społeczności szkolnych zasad lub zakazów używania telefonów komórkowych.
Za tymi decyzjami stoją oczywiście różne motywacje i argumenty. Zwolennicy zakazu podkreślają, że smartfony rozpraszają uwagę, obniżają zdolność skupienia i pogarszają wyniki w nauce. Poza tym kradną czas, ograniczają kontakty rówieśnicze, bo na przerwach młodzież i dzieci, zamiast rozmawiać ze sobą, wgapiają się w ekrany.
UNESCO w jednym z raportów alarmuje, że sam fakt fizycznej bliskości urządzenia ma negatywne konsekwencje dla zdolności do koncentracji. Instytut Cyfrowego Obywatelstwa podkreśla, że ogromnym zagrożeniem staje się dostęp do treści pornograficznych. To są argumenty za zakazem. Z kolei przeciwnicy wprowadzania ograniczeń argumentują, że nie możemy ignorować długofalowych skutków takiego działania, takich jak brak edukacji cyfrowej i nieprzygotowanie młodych ludzi do odpowiedzialnego korzystania z technologii.
Smartfony i społeczna rola szkoły
Placówki – choćby we Francji, gdzie od 2018 r. obowiązuje ogólnokrajowy zakaz korzystania z telefonów w szkołach podstawowych i gimnazjach – uzasadniają ten krok chęcią zwiększenia koncentracji uczniów oraz przeciwdziałania uzależnieniu od technologii. Tu podstawą decyzji było myślenie o społecznej roli szkoły, która dyktuje pewne trendy i stara się modelować zachowania. Zakazy i radykalne ograniczenia używania telefonów obowiązują już w zasadzie w większości krajów europejskich.
Przeciwnicy takiego rozwiązania wciąż jednak dopytują: czy całkowity zakaz rzeczywiście rozwiązuje problem braku higieny cyfrowej, czy tylko czyni go mniej widocznym? Zwolennicy kontrolowanego i rozumnego korzystania z telefonów w szkołach argumentują, że to nie tylko rozpraszacz – przecież w odpowiednich warunkach może stać się świetnym narzędziem edukacyjnym. W oświacie od lat stosujemy zasadę BYOD (Bring Your Own Device) właśnie po to, by pomagać uczniom w samodzielnej nauce. Uczący się mogą w czasie zajęć sięgać po aplikacje do nauki języków, słowników, kalkulator, robić zdjęcia notatek, pracować nad prezentacjami materiału. Ale też nagrywać nauczyciela bez jego zgody, robić zdjęcia kolegom i koleżankom.
I wracamy do argumentów przeciwników. Sprawa zakazu jest jednocześnie prosta i nad wyraz skomplikowana. A może w gorącej dyskusji o telefonach wcale nie chodzi o telefony?
Szkoła, czyli kto tu rządzi
Kilka dni przed świętami wielkanocnymi odbyło się – z inicjatywy marszałka Szymona Hołowni – spotkanie, na którym zaprezentowano założenia projektu prawa ograniczającego dostęp do urządzeń ekranowych w szkołach. Hołownia zaprosił ekspertów, dyskutowano o zagrożeniach dla zdrowia i bezpieczeństwa młodych w świecie, w którym dostęp do urządzeń cyfrowych w szkole jest nieuregulowany. Marszałek zaprezentował się jako radykalny zwolennik ograniczenia obecności urządzeń cyfrowych w placówkach edukacyjnych i zwolennik powołania Narodowego Instytutu Higieny Cyfrowej.
Minister Paulina Piechna-Więckiewicz argumentowała, że zakaz nie jest konieczny, ponieważ tematyka higieny cyfrowej znalazła się w podstawie programowej edukacji zdrowotnej. Tu warto przypomnieć, że ów przedmiot był jednym z flagowych projektów obecnej ekipy zarządzającej resortem. W Polsce nawet dyskusja o kanonie lektur czy wprowadzeniu zajęć z przyrody w klasach IV–VI ma charakter polityczny.
Tak samo było z nowym przedmiotem. Dla obecnego kierownictwa MEN wprowadzenie zakazu używania telefonów byłoby pokazaniem, że jeden z jego ważniejszych projektów, już przecież osłabiony w wyniku negocjacji z Kościołem, w zasadzie nie ma sensu.
Pokażcie, że potraficie
Centralny zakaz znaczy więcej niż dekrety – mówią nauczyciele. Dzielą się także doświadczeniami o tym, jak takie miękkie zakazy w szkole działają, a raczej nie działają. Jarosław Pytlak, dyrektor szkoły niepublicznej, pisze: „po 7 latach tworzenia w szkole rozmaitych zasad umów społecznych zdecydowaliśmy się na wprowadzenie zakazu smartfonów. (...) Teraz staramy się edukować dzieci i rodziców, aby również w życiu pozaszkolnym złagodzić złe efekty bycia w sieci, a propagować dobre. To praca na lata i nawet nie wiem, czy z szansą na sukces”.
Ministerstwo, argumentując swoją niechęć do zakazu używania urządzeń ekranowych w szkołach, używa słowa „autonomia”. Ale to słowo nauczyciele znają bardzo dobrze i rozumieją je niekoniecznie w ten sam sposób. Niedawny zakaz prac domowych został wprowadzony centralnie i radykalnie naruszył szkolną autonomię. Nauczyciele domagają się zatem, aby resort wykazał się sprawczością (skoro chce jej uczyć) i konsekwencją (skoro raz można było czegoś zakazać, to czemu nie można teraz), i rozwiązał sprawę, kończąc dyskusje, których nikt poza dyskutującymi nie potrzebuje. Skoro można było centralnie zakazać prac domowych, można to zrobić także z używaniem telefonów, prawda?
Nie bez znaczenia jest kontekst wyborów. Wybory mają to do siebie, że zbliżają się zawsze, zatem należy bez przerwy o wyborców dbać. Dyskusja o smartfonach to również rozmowa o prawach rodziców do kontaktu ze swoim dzieckiem i decydowania, co i kiedy nosi do szkoły, o prawie do prywatności i świętego spokoju. Rodzice cenią komfort kontaktu z dzieckiem w dowolnej chwili – nawet w trakcie lekcji – i nie lubią, kiedy państwo wtrąca im się w to, kiedy i jak wychowują swoje pociechy. Likwidując prace domowe dla uczniów szkół podstawowych, ministerstwo zdecydowało za rodziców. I po roku okazało się, że rodzice nie do końca są zadowoleni z tego prezentu.
Tęsknota za prostotą świata
Dyskusja o zakazie telefonów jest w pewnym sensie symboliczna. Bez ustanku rozmawiamy przecież – w szkołach, mediach, domach – o kłopotach, z jakimi mierzą się młodzi ludzie. Świat się wali (znowu), przestajemy go rozumieć (czyli „kiedyś to były czasy”), i oto mamy problem, który możemy rozwiązać jedną prostą decyzją – po prostu czegoś zakazać.
Łatwe rozwiązania zawsze będą miały swoich zwolenników. Jednak w tym przypadku zakaz może być nie tylko drogą na skróty, ale i pogłębieniem problemu. Wydaje się, że miałby sens, gdyby towarzyszyły mu kompleksowe rozwiązania: więcej praktycznego szkolenia, jak używać urządzeń cyfrowych, dbać o higienę, bezpieczeństwo. Konieczne byłoby także idące za tym zakazem uporządkowanie rynku usług cyfrowych.
Nasze dzieci w świecie cyfrowym poruszają się w sposób swobodny, a dostawcy usług tylko udają, że weryfikują wiek użytkowników. I niestety trudno nie odnieść wrażenia, że cała dyskusja o zakazie jest prywatyzacją problemu przy maksymalizacji zysku koncernów. W takim układzie to rodzice i szkoła mają obronić dziecko przed dostępem do szkodliwych treści, a dostawcy mogą spać spokojnie. I zarabiać.
Tymczasem to również po ich stronie leży odpowiedzialność i rozwiązanie części problemów, z powodu których rozmawiamy o smartfonach w szkole. Koncerny oczywiście nie chcą nakładać na siebie żadnych ograniczeń. Gdyby potraktować ich tak samo jak producentów i sprzedawców alkoholu, wymagać od nich skutecznej i faktycznej weryfikacji wieku użytkowników, dyskusja o zakazie smartfonów w szkołach wyglądałyby zupełnie inaczej.