Mowa nie mową
Mowa zanika. Mamroczemy, wysławiamy się niewyraźnie i niechlujnie. Kryzys jest potężny
Coraz częściej i coraz liczniejsi spośród nas mamroczą odwróceni bokiem do rozmówcy, ledwie otwierają usta. Pewnie równie liczni popadają w słowotoki bez kropek i przecinków, wplatają w monotonne paplaniny rozmaite wypełniacze i podpórki (z przekleństwami w przewadze), pokrzykują i pohukują (z kolejnymi prezydentami kraju na czele).
W kryzys popada wszystko, co z wysławianiem się jest związane: artykulacja, intonacja, akcentacja, gramatyka, kultura języka, a przede wszystkim dbałość o sens i treść tego, co ludzie z siebie wydobywają. Magdalena Zawadzka, sławna aktorka, uhonorowana tytułem Mistrzyni Mowy Polskiej, powiada, że sposób wysławiania się rozciąga się na skali między mową elegancką a prostacką. I rozpowszechnia się ta niewyraźna, niechlujna, pełna złych nawyków i rażących (a raczej mało już kogo rażących) błędów.
Przyczyny? Splot okoliczności społecznych, technologicznych, medycznych, psychologicznych, które – można zaryzykować tezę – pchają Homo sapiens w kierunku Homo mutus – człowieka milczącego. Zaczyna się to od współczesnego dzieciństwa.
Ciche dzieci
Dr hab. Natalia Siudzińska, prof. UW, która na polonistyce kieruje Zakładem Logopedii i Emisji Głosu, a także od lat pracuje jako logopeda z młodzieżą i małymi dziećmi, spotyka się wcale nierzadko z przypadkami mutyzmu w sensie ścisłym, tak jak go definiuje psychologia: zaburzenie lękowe, objawiające się zazwyczaj niemożnością mówienia np. w szkole, gdy w bezpiecznych, domowych warunkach nie ma z tym problemów. – Logopedzi – mówi prof. Siudzińska – są dziś maksymalnie obciążeni pracą. Coraz powszechniejsze wśród dzieci opóźnienia i zaburzenia rozwoju mowy, a także towarzyszące temu wady słuchu mają liczne, nakładające się na siebie źródła.