Marzenia w pigułce
Lek czy suplement? Nazwy niby brzmią znajomo. W aptece jesteśmy jak zagubieni podróżnicy
Paweł Iwaszko, farmaceuta i właściciel apteki w Dzierżoniowie, wie to od dawna: do apteki nie przychodzi się dziś po poradę. Przychodzi się z własną diagnozą. Ma więc okazję oglądać z bliska narodową wiarę w cudowne tabletki. Scenariusz jest zawsze podobny: do okienka podchodzi pacjent z miną eksperta, który swoją chorobę rozpoznał między blokiem reklamowym a prognozą pogody. Nie pyta, on żąda. Z gotową receptą w głowie. Zmęczenie? Magnez. Ból głowy? Ibuprom. – Ileż razy ktoś się go domagał, bo bolała go głowa, a po zmierzeniu w aptece ciśnienia odkrywaliśmy, że problem jest poważniejszy i wymaga innego leczenia niż doraźna tabletka – mówi Iwaszko, dodając, że akurat ibuprofen (substancja aktywna w popularnych środkach przeciwbólowych) przy nadciśnieniu to zły pomysł, ponieważ obciąża nerki i ciśnienie podnosi.
Podobnie jest z preparatami „na cukier”. O insulinooporności mówi się dziś wszędzie, ale pacjenci zamiast zgłosić się do lekarza, wolą działać na własną rękę. W końcu w reklamie było powiedziane jasno: „działa”. Problem w tym, że organizm nie zawsze chce współpracować z marketingiem.
Prawdziwą furorę – zwłaszcza wśród kobiet w średnim wieku – robi ostatnio Hepaslimin. Reklama obiecuje, że wystarczy „wziąć na wątrobę”, by przy okazji zyskać smukłą sylwetkę. – Choć mowa o suplemencie diety, przekaz jest tak sugestywny, że ludzie traktują go jak pełnoprawny lek – tłumaczy Iwaszko. Farmaceuta wielokrotnie próbował przekonywać pacjentki, że jeśli mają faktycznie problemy z wątrobą, to lepiej sięgnąć po sprawdzone preparaty lecznicze, zamiast wierzyć, że wyciąg roślinny w minimalnej dawce poprawi jej stan i jeszcze odejmie kilogramów. Bezskutecznie. Bo suplement nie tylko „leczy”.