I co my tu widzimy?
I co my tu widzimy? Radiolodzy kłócą się z kardiologami. Pacjenci są coraz bardziej wściekli
Pacjenci są coraz bardziej wściekli. Wchodzą do pracowni radiologicznych, które wyglądają jak centrum kontroli lotów NASA. Już nie piwnice, ale lśniące korytarze, na ścianach certyfikaty, łagodny szum klimatyzacji. Za drzwiami aparaty warte miliony złotych, a w poczekalni ekran z animacją – jak sztuczna inteligencja analizuje obrazy medyczne szybciej niż ludzki mózg.
Ludzie oszołomieni technologią i ceną za kwadrans badania mają prawo oczekiwać szybkiej, precyzyjnej i cyfrowo nieomylnej diagnozy. A zamiast tego kilka tygodni muszą czekać na wynik badania, które potrafi przyjść z błędami.
Pani Anna od dziewięciu lat leczy się onkologicznie w ramach tzw. programu lekowego, który wymaga od niej regularnych badań obrazowych brzucha i klatki piersiowej. Tomografię musi wykonywać co trzy miesiące, więc śmieje się, że świeci już niepowtarzalnym blaskiem. – Za każdym razem mam przed sobą pięć–sześć wykańczających psychicznie tygodni oczekiwania na wyniki – opowiada. W końcu przestała je odbierać osobiście, pozostawiając to onkologowi, który już nieraz, analizując je w swoim komputerze, z ponad dwóch zapisanych maczkiem stron musiał wyłuskiwać najważniejsze informacje. „Gdyby biurokracja NFZ nie kazała naświetlać pani tak często, a opisy nie były epickie, nie mielibyśmy długich kolejek” –wyjaśnił podczas jednej z wizyt. – Był wkurzony, że w opisie znajdowało się mnóstwo znaków zapytania, a i tak najważniejszy jest na końcu jeden wiersz: „Stan jak poprzednio” – dodaje pani Anna.
Najciekawsza rzecz przytrafiła się jej jednak wtedy, gdy z opisu radiologicznego ona i onkolog dowiedzieli się, że ma wycięty jeden z jajników – co prawdą nie jest, choć stale pojawia się przy kolejnych wynikach.