Pokolenie NoLo
Pokolenie NoLo. Im alkohol nie jest potrzebny. Coś wyraźnie się zmienia, ale z czego to wynika?
Wódka bezalkoholowa ma zapach palonego zboża, a smakuje w pierwszej nucie owocami, trochę ogórkiem i trochę selerem. W drugiej i trzeciej nucie nie ma nic. Nawet w przełyk nie szczypie, choć producent szkockiego napitku, który testujemy w redakcji, utrzymuje, że kompozycji nie brak pikanterii, a „unikalna woda z gór Cairngorm nadaje jej dziki, naturalny charakter”.
Prawdę mówiąc, „non alcoholic vodka alternative” jest po prostu ohydna. Zwyczajnej wódki, fakt, też nie kupuje się dla wrażeń smakowych. Ale w tym przypadku deficyty – oprócz zawartej w samej koncepcji „wódki zero procent” obrazy dla polskiego obyczaju – sprawiają, że spośród trzeźwych wariantów wysokoprocentowego alkoholu na króla wyrasta rum. W 2024 r. według danych Centrum Monitorowania Rynku Polacy kupili rumu 0 proc. ponad 122 razy więcej niż rok wcześniej. Ginu w wersji bezalkoholowej – dwa razy więcej niż wcześniej. Ile to litrów, badacze nie podają. W liczbach bezwzględnych pewnie wciąż niedużo, ale trendu nie sposób przegapić.
Inna firma badawcza NielsenIQ donosi, że wydatki na oksymoroniczne bezalkoholowe alkohole systematycznie rosną – w ub.r. o 5 proc. w porównaniu z 2024 r. W 12 miesiącach poprzedzających raport NIQ z początku 2026 r. przeznaczyliśmy na „zerówki” prawie 2 mld zł. To mniej więcej tyle, ile na makarony i olej. I więcej niż na herbatę.
Polki i Polacy, zwłaszcza młodzi, podobnie jak ich rówieśnicy na Zachodzie, odwracają się od tradycyjnych kieliszków. Trend, rozwijający się powoli już od 2010 r., został ochrzczony NoLo – od zbitki angielskich słów „no alcohol, low alcohol”.
– Z naszych danych wynika, że najmłodsi dorośli z tzw. pokolenia Z, między 18.