Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

Nowe priorytety MEN. Bije od nich duch księgowego, a nie pedagoga. Co z potrzebami dzieci?

Barbara Nowacka Barbara Nowacka Ministerstwo Edukacji Narodowej / Facebook
Cele edukacyjne państwa zostały tak sformułowane, że łatwo je opisać jako rzekomo zrealizowane. Nie można poprzestać na urzędowym żargonie, gdyż napędza on głównie do działań pozorowanych.

MEN ogłosił kierunki polityki oświatowej państwa w nowym roku szkolnym. Wśród ośmiu głównych celów, jakie będą realizować nauczyciele oraz urzędnicy sfery oświatowej, znalazło się „wspieranie przedszkoli i szkół w procesie współpracy z rodzicami”. Wygląda to na kluczowe zadanie.

Choć język urzędowy nie brzmi jak przeprosiny za to, że Barbara Nowacka nazwała rodziców zmorą szkoły, tak to należy traktować. Nauczyciele będą naprawiać relacje z rodzicami, które ministra w bezmyślny sposób zepsuła. W szkołach jest zbyt wiele zmór, aby wywoływać nowe. W obliczu reformy powinniśmy raczej pozyskiwać przyjaciół, niż tworzyć kolejnych wrogów.

Reforma przyjazna na papierze

Kompas Jutra 1 września wchodzi do szkół podstawowych. Nauczyciele otrzymują jasne wytyczne, że ma to być przyjazna reforma (kolejny priorytet). Dzieci nie mogą ucierpieć na zmianach. O tym, czy ucierpią nauczyciele, np. od nadmiaru kontroli, MEN milczy.

Reformowanie oświaty zawsze wiązało się z ryzykiem chaosu, nerwowej atmosfery, niepewności, jak ocenią nas kontrolerzy. Zwykle strofowano dzieci, aby szybciej się wdrażały, popędzano nastoletnich maruderów, było więc mało przyjaźnie. Urzędnicy patrzyli nie na sposoby osiągania celów, lecz na skutki.

Tym razem ma nie być nerwowo. Dyrektorzy będą musieli się wykazać przed wizytatorami z kuratorium, że u nas jest radośnie. Choć w polityce wojna (reformowaniu oświaty będzie towarzyszyła kampania wyborcza do Sejmu), polska szkoła ma być spokojna.

Reklama