O pomoc woła 600 uczniów, a psycholog jest jeden. System wsparcia w szkołach to iluzja
Od czasu pandemii i lockdownu w latach 2020-2021 szkolni psycholodzy przeżywają boom na swoje usługi. Prywatna działalność to żyła złota, w publicznej placówce harują za marne wynagrodzenie. Kiedy więc władze oświatowe w związku z ostatnimi tragediami w szkołach nakazały zwiększyć opiekę psychologiczną nad uczniami, wręcz objąć nią całą społeczność, psycholodzy spanikowali. Czyż nie powinni pomagać wszyscy nauczyciele?
Kiedy wychowanie nie wystarcza
Pokoleniu pocovidowemu tradycyjna pomoc wychowawcza i pedagogiczna przestała wystarczać. Młodzi ludzie chcą recepty na szczęście, a tego od nauczycieli nie dostaną. Większość nauczycieli umie uczyć, czasem również wychowywać, ale nie pomagać w depresji czy stanach lękowych. To wymaga innych kwalifikacji i doświadczenia.
Również teraz, gdy z rąk 15-letniego ucznia zginęła woźna, a inni pracownicy odnieśli rany, uczniowie ustawiają się w kolejce do psychologa, a nie do wychowawcy. Nawet przy najlepszych chęciach trudno pomagać zaburzonym i przerażonym nastolatkom, gdy klasa liczy ponad 30 osób, a pilnej pomocy potrzebują nieomal wszyscy. Ktoś jest po próbie samobójczej, ktoś nigdy nie podejdzie do tablicy, gdyż boi się wzroku rówieśników, a inny z kolei zgłasza się do odpowiedzi tylko po to, aby wykrzyczeć, że nie zna odpowiedzi.
Na zbyt głośną mowę kilkoro uczniów reaguje prośbą o zgodę na natychmiastowe wyjście do toalety.