W drugim grupowym występie tegoroczna mistrzyni Wimbledonu Iga Świątek uległa Jelenie Rybakinie 1:2 (6:3, 1:6 i 0:6). Nie wygląda to dobrze, ale są jeszcze realne szanse na występ w półfinale WTA Finals w Rijadzie.
Smutne 0:6 w trzecim secie
Pierwszy set to pokaz skuteczności serwisu, spokoju, pewności siebie i rozwagi Polki. Można się było przecież obawiać rywalki, która jest zdecydowaną liderką w klasyfikacji asów. Tymczasem po dość wyrównanym pierwszym gemie, w którym podawała Iga, w kolejnym dość łatwo odebrała serwis Rybakinie. I to ustawiło grę w całym secie. 6:3 to był bardzo obiecujący wynik. Choć nie mieliśmy złudzeń, że tak łatwo nie będzie do końca.
Druga partia to niestety lustrzane odbicie pierwszego do stanu 1:4. A potem było gorzej. Set nie do uratowania przy tak podającej przeciwniczce. 1:6 to, z przykrością trzeba przyznać, zasłużona porażka. Liczba błędów była zbyt duża, żeby myśleć o lepszym wyniku.
A więc decydujący set. Myśleliśmy: oby Polka wróciła do początkowej dyspozycji. W pierwszym gemie serwująca nowymi piłkami Świątek niestety nie utrzymała serwisu. Zrobiło się bardzo niebezpiecznie, bo odebranie podania Kazaszce to sztuka niezwykle trudna. I wszystko się posypało. Kolejna porażka przy własnym podaniu i sytuacja była już niemal bez wyjścia. Tak stabilna tenisistka jak Rybakina raczej nie pozwala sobie na zapaści. W ostatnim secie musieliśmy patrzeć na smutne 0:6.
WTA Finals: nie wszystko stracone
Jaki jest powód takiej przemiany? Dlaczego nagle zobaczyliśmy zupełnie inną Polkę? Ciekawe, czy potrafi odpowiedzieć na te pytania Daria Abramowicz, obserwująca swoją podopieczną z najbliższej odległości przez okrągły rok.
Rybakina zakwalifikowała się jako ostatnia do rozgrywek WTA Finals w Arabii Saudyjskiej. Gdy tylko osiągnęła cel, natychmiast rozbolały ją plecy i z tego powodu poddała swój półfinałowy mecz w Tokio (WTA 500). W Rijadzie po kontuzji nie ma chyba śladu. Może się to podobać lub nie, ale przecież to dość powszechna praktyka w podobnych sytuacjach.
Wróćmy jeszcze do pierwszego meczu w grupie z Madison Keys. Po oddaniu zaledwie trzech gemów w dwóch setach byliśmy w świetnych nastrojach. Przeciwniczka wypadła na tle Polki blado, a przecież po obu stronach siatki stanęły dwie tegoroczne mistrzynie wielkoszlemowe (Australian Open i Wimbledonu).
Nastroje trzeba było lekko stonować po obejrzeniu następnego pojedynku w grupie „Serena Williams”. To był pokaz umiejętności właśnie Rybakiny, która nie potrzebowała nawet godziny na pokonanie rewelacji tego sezonu z USA Amandy Anisimovej.
Iga Świątek nie straciła jeszcze szans na awans i nawet na wygraną w całym turnieju. Najpierw trzeba jednak pokonać Anisimovą w ostatnim meczu grupowym, który odbędzie się pojutrze.
W grupie „Steffi Graf” Aryna Sabalenka nie dała szans Jasmine Paolini, choć ta dzielnie próbowała sprostać wyzwaniu. Więcej emocji dostarczyły dwie Amerykanki: Coco Gauff i Jessica Pegula. Lepsza okazała się ta druga, a Gauff skomplikowała sobie drogę do powtórzenia ubiegłorocznego końcowego sukcesu. Na razie polscy kibice patrzą z obawami na tabelę grupy Igi Świątek, bo przejście Polki do półfinału stanęło pod dużym znakiem zapytania.